22 września

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów
    Tytułowa "Klinika cudów" to szpital, w którym Mathieu Sorin leczy zaburzenia odżywiania. Osią fabuły są losy pięciu pacjentów kliniki: bulimiczki Emilie, anorektyczki Sarah, otyłych Liliane i Ralpha oraz jeszcze bardziej otyłej Delphine. Czy da się ich wyleczyć? Doktor Sorin jest zdania, że jeśli tylko uda się rozwiązać problemy z ich psychiką, uzdrowienie ciała będzie tylko "efektem ubocznym".
    Książka zainteresowała mnie dlatego, że sama miałam swego czasu problemy z odżywianiem, ale przeszło mi już po lekturze kilku pierwszych zdań. Zainteresowanie książką, nie problemy z odżywianiem- z tymi poradziłam sobie już dawno temu. Nie będę owijać w bawełnę- ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że pisać może każdy, ale nie każdy powinien (a przynajmniej nie każdy powinien publikować swoją twórczość). Jedynym plusem jaki tu dostrzegam, jest dołączenie do książki aneksu z kartami chorób głównych bohaterów, ale myślę, że o wiele fajniej byłoby, gdyby te karty znajdowały się na początku- zaczynając lekturę właściwej części książki już wiedzielibyśmy kto jest kto. Byłoby to o tyle korzystne, że autor pogrupował pacjentów według wieku: młode bohaterki mają anoreksję i bulimię, starsi są chorobliwie otyli przez co trudno ich rozróżnić. To nie jedyny minus- pacjentów łączą nie tylko zaburzenia odżywiania, ale też status społeczny- każdy z nich jest bogaty i/lub ma bogatych/znanych bliskich. Może i to uwiarygadnia klinikę, która jest renomowanym paryskim ośrodkiem, ale z drugiej strony sprawia, że trudno jest utożsamiać się z bohaterami oraz sprawia, że ktoś, kto nie ma dobrego zdania o osobach z zaburzeniami odżywiania może stwierdzić, że ta książka potwierdza, że to domena osób, które nie mają prawdziwych problemów. Na niekorzyść "Kliniki cudów" przemawia też to, że dialogi są mdłe i płytkie, tak samo jak płytko są potraktowane aspekty psychologiczne chorób pacjentów. Owszem, autor podaje przyczyny zaburzeń, ale ktoś, kto nie rozumie takich chorób, na pewno nie przybliży się do ich zrozumienia po lekturze tej książki. Wątek romantyczny? Jest tak kiepski i odrealniony, że może lepiej spuszczę na niego zasłonę milczenia. Poza tym, ta książka jest po prostu nudna- zwyczajnie, po książkowemu nudna, mimo takich zwrotów akcji, jak "porwanie" z kliniki jednej z pacjentek- córki ministra przez pielęgniarza.
    Słówko jeszcze na temat bardziej techniczny- uwierał mnie w tej powieści sposób prowadzenia narracji- jest to narracja trzecioosobowa, przy czym z początku są to jakby rozważania doktora Sorina, ale później, kiedy dochodzi do wspomnianego "porwania" jest to pozbawione sensu, wszak Sorina nie ma z uciekinierami. Mogłabym to zdzierżyć, bo to chyba kwestia mojego odczucia, ale już niezmiernie irytującą dla mnie kwestią było zastosowanie czasu teraźniejszego w narracji. Brzmi to tak:
"Wielkie żółte słońce ogrzewa anemiczny trawnik przed wejściem do kliniki. Po schodach prowadzących do środka wchodzi Baptiste de Luzille w towarzystwie młodej, pełnej uroku kobiety. W drzwiach niemal zderza się z dwoma mężczyznami w firmowych koszulkach jakiegoś atelier. Reżyser waha się przez chwilę. Czy przypadkiem nie pomylił budynku? Chyba jednak nie, poznaje ten hol. Anonsuje swoje przybycie w recepcji i kieruje się w stronę widny. Na piętrze puka do drzwi." (str. 317)
 Taka narracja na pewno sprawdza się w dynamicznych scenach, jak na przykład scena reanimacji anorektyczki, której zatrzymała się akcja serca, ale w przypadku całej reszty powieści, gdzie akcja jest leniwa, jest to zwyczajnie irytujące.
    Podsumowując- nie, nie i jeszcze raz nie. Co prawda, w przeciwieństwie do "Placu Zbawiciela" dałam radę dobrnąć do końca, ale chyba tylko przez wzgląd na moje osobiste doświadczenia z niejedzeniem. Oprócz wspomnianego aneksu dostrzegam zaledwie jeszcze jeden pozytyw w tej książce- trafny tytuł. Otóż, ta klinika faktycznie musi być cudowna, skoro chorująca od dwóch lat na anoreksję dziewczyna pozwala poić się gorącą czekoladą oraz karmić się chlebem z masłem oraz twarożkiem z miodem, mimo, że jeszcze niedawno trzeba było ją potraktować defibrylatorem, bo umarłaby niechybnie na skutek niedoboru potasu.

Jean-Michel Cohen: Klinika cudów, Wydawnictwo Świat Książki, 2009;362 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 września

Emma Donoghue - Cud

Emma Donoghue - Cud
    Ta książka przypomniała mi o fenomenie Baader-Meinhof, który polega mniej więcej na tym, że tuż po tym, jak pierwszy raz się z czymś spotykamy, trafiamy na to kilkukrotnie w stosunkowo krótkim czasie. W moim przypadku chodziło o angielską twórczynię nowoczesnego pielęgniarstwa- panią Florence Nightingale (ang. słowik). Jej uczennice nazywano "słowikami". Nigdy wcześniej nie słyszałam ani o pani Słowik, ani o jej "słowiczkach", a wkrótce po tym, jak przeczytałam o nich w "Cudzie", w ciągu zaledwie dwóch tygodni kilka razy trafiłam na wzmianki na ich temat w innej książce, internecie i filmie. Fascynujące zjawisko (swoją drogą, pani Nightingale jest równie fascynującą postacią- polecam zapoznanie się z jej życiorysem- bardzo inspirująca kobieta).

    Rok 1850, irlandzka wieś. 11- letnia Anna O'Donnell przestaje jeść. Zupełnie. Jest bardzo pobożna, twierdzi, że żywi się "manną z nieba" i wygląda na to, że faktycznie nie przyjmuje żadnych posiłków oraz pije jedynie niewielkie ilości wody. Rosnące zainteresowanie poszczącą dziewczynką sprawia, że specjalna komisja zatrudnia dwie pielęgniarki, które przez dwa tygodnie będą obserwowały dziewczynkę, by ustalić, czy przypadek Anny to cud czy może mistyfikacja.
"Ale co może zrobić dla ocalenia dziecka, które ocalone być nie chce?" (str. 250)
    Powieść opowiedziana jest z punktu widzenia trzydziestoletniej angielki, Lib Wright, "słowiczka", jednej z dwóch pielęgniarek zatrudnionych do obserwacji Anny, Mimo to, autorka postawiła na narrację trzecioosobową, dzięki czemu czytelnik ma szerszy horyzont. Lib nie ma dobrego zdania ani o Irlandii, ani o Irlandczykach, ani o sprawie Anny. Ma za to wyrazisty charakter, przez który początkowo trudno ją polubić, ale jak to z dynamicznymi postaciami bywa, autorka w końcu ociepla wizerunek Lib. Równie wyraziste, wzbudzające przeróżne emocje, są także pozostałe postaci tej historii- jak pisze autorka:
"Każdy jest skarbnicą sekretów."
i świetnie podsumowuje to najważniejsze osoby tej opowieści. Tacy bohaterowie, w połączeniu z leniwie rozwijającą się, acz niezwykle ciekawą, akcją tworzą bardzo, bardzo udaną powieść. Intryga uknuta przez panią Donoghue wciąga jak irlandzkie trzęsawiska, a zwroty akcji sprawiają, że chce się przyspieszyć tempo czytania. Ogromnym plusem jest też wielowątkowość- to powieść nie tylko roztrząsająca zagadkę natury religijnej, ale także obraz XIX wiecznej Irlandii i ówczesnej obyczajowości (w tym wszechobecnego mezaliansu pomiędzy pobożnością a zabobonami przejawiającymi się zarówno wiarą w czary, jak i chochliki), jest studium nad dzieckiem dotkniętym tragedią, ale na uwagę zasługuje też wątek życia prywatnego głównej bohaterki. Wszystkie te wątki są zbudowane bardzo ciekawie, nieszablonowo i nie pozwalają się nudzić, choć "Cud" z pewnością nie jest jedynie rozrywką. Autorka nie tylko opowiada niesamowitą, niewyobrażalną wręcz, historię, ale też daje do myślenia. Wisienkę na torcie stanowi zakończenie, które jedynie częściowo da się przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem- niemniej jednak pewien aspekt zakończenia był dla mnie bardzo zaskakującym wybiegiem.
"Los jest bezimienny, a życie to dzieło przypadku, »opowieść idioty«." (str. 260)
    Chyba jedyny zarzut, jaki mam, dotyczy nie samej powieści, ale kwestii marketingowej- otóż na odwrocie książki znajduje się rekomendacja Stephena Kinga, w której można przeczytać, że jest to powieść oparta na faktach- nie ukrywam, że ta informacja bardzo rozbudziła moją wyobraźnię i zachęciła do lektury. Natomiast na końcu książki znajduje się informacja, że inspiracją dla autorki były liczne przypadki długotrwałych postów, które odnotowano na przestrzeni wielu lat na całym świecie, ale nie ma tam żadnej informacji o historii zbliżonej do tej opisanej przez panią Donoghue. Czuję się więc nieco oszukana użytym na wyrost stwierdzeniem, że jest to historia oparta na faktach. Piszę to jednak bardziej w ramach ciekawostki i z chęci zwrócenia uwagi na problem przerysowywania faktów na potrzeby marketingu- "Cud" broni się sam, więc taki szczegół nie jest w stanie zepsuć odbioru tej powieści.
    Nie mogę nie wspomnieć też o wydaniu, jakie wpadło mi w ręce, ponieważ zauroczyła mnie jego estetyka. Okładka jest dość gruba (choć nie twarda), drukowana na papierze powlekanym matową, bardzo przyjemną w dotyku powłoką. Porównałabym to do delikatnego weluru. Tekst jest już nadrukowany zwykłą farbą z połyskiem, dzięki czemu kontrastuje z resztą. Okładka naprawdę jest obłędna- jest to najprzyjemniejsza w dotyku okładka, z jaką miałam do czynienia i dotykanie jej jest równie przyjemnie jak wąchanie nowego egzemplarza (nie ściemniajcie- wiem, że też to kochacie).
    Podsumowując, jest to książka fantastyczna pod każdym kątem, którą pochłania się ekspresowo. Jedna z tych, którą chce się przeczytać jak najszybciej, ale jednocześnie nie chce się, żeby się skończyła. Naprawdę cudowna, porywająca opowieść.

Emma Donoghue: Cud, Wydawnictwo Sonia Draga, 2017;288 stron
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

09 września

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
    Gwen, będąc w lodziarni z mężem, spotyka przypadkiem swojego byłego chłopaka z czasów studiów. Zwykle w takich sytuacjach ludzie wymieniają ze sobą kurtuazyjnie kilka zdań, po czym każdy idzie w swoją stronę, ale wówczas powieść miałaby 5 stron. Tak więc Gwen zaprasza Eliota na imprezę, na której mężczyzna ratuje jej życie. Mąż Gwen postanawia spłacić dług wdzięczności zgadzając się na prośbę Eliota, by Gwen udawała przed jego śmiertelnie chorą matką, że są małżeństwem. Pożyczone nie kradzione, ale czy stara miłość przypadkiem nie rdzewieje?
    "Pożyczona miłość" to powieść, której odbiór zależy od nastawienia, z jakim przystępuje się do lektury. Kiedy przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, stwierdziłam, że mi się podoba. Przy drugim podejściu byłam już bardziej krytyczna i zaczęłam zastanawiać się, czy to aby na pewno to ten sam tekst. Otóż, można ją odebrać jako wielowarstwowy romans, ale jednak bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że jest to irytujące, naiwne romansidło z równie irytującą główną bohaterką. Gwen ma wszystko- dom, przyjaciół i męża lekarza, który ją utrzymuje, podczas gdy ona sama co chwilę zmienia pracę bo właściwie nie wie co ma ze sobą zrobić. Po pięciu latach znajomości z mężem, spotyka przypadkiem gościa, z którym dziesięć lat temu przeżyła intensywny, trzytygodniowy romans i od razu daje się ponieść emocjom. Niby romantyczne, ale czy czasem jednak nie naiwne i wskazujące, że babka po prostu chce odskoczni, bo jest znudzona zbyt spokojnym życiem, w którym brakuje problemów? Gdzieś po połowie książki autorka jakby zdaje sobie z tego sprawę i zaczyna przedstawiać męża w coraz bardziej przyciemnionym świetle, aż w końcu okazuje się, że nie traktował Gwen uczciwie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autorka uświadomiła sobie, że Gwen wygląda na niewdzięczną, zdradzającą żonę, więc żeby usprawiedliwić jej zachowanie zwala winę na męża, tak, żeby czytelnik stwierdził "biedna Gwen" oraz nie stwierdził, że jest głupia, jeśli rozważa porzucenie swojego stabilnego życia dla faceta, którego praktycznie nie zna. Do tego dochodzi wątek dzieciństwa Gwen bez matki, wciśnięty jakby na siłę i nie wiadomo po co.
    Historię poznajemy z perspektywy Gwen. Narracja pierwszoosobowa miała chyba sprawić, że czytelnik będzie bardziej utożsamiał się w główną bohaterką, jednak we mnie wzbudzała tylko coraz większą irytację. Gdyby wcześniej zaczęła podejrzewać, że mąż jest nie fair, znacznie lepiej odebrałabym tę historię, a tak, mam o Gwen kiepskie zdanie. Niemniej jednak powieść napisana jest lekkim, przystępnym językiem. Asher nie można odmówić lekkości pióra, co jest podwójną zaletą, sprawia bowiem, że lektura mija szybko.
    "Pożyczona miłość" to jedna z tych książek, którą szybko się czyta i równie szybko się o niej zapomina. Ma niedociągnięcia, bohaterami kierują niezrozumiałe pobudki, ich zachowanie jest nielogiczne. Szkoda, bo pomysł z wypożyczeniem żony jest naprawdę ciekawy i mógłby stanowić wyjście do głębszego i bardziej interesującego studium ludzkich namiętności. Generalnie nie polecam, chyba, że już nie ma się nic innego pod ręką, czym można by zabić czas.
Bridget Asher: Pożyczona miłość, Wydawnictwo Otwarte, 2009;270 stron

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

04 września

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)
 
    "Szału nie ma, jest rak" to rozbudowany wywiad, zapis rozmów Katarzyny Jabłońskiej z chorym na glejaka księdzem Janem Kaczkowskim. Tematem rozmów jest nie tylko śmiertelna choroba, z którą zmaga(ł) się ks. Kaczkowski, ale też hospicjum, które stworzył i prowadził, wiara, umieranie, miłość a nawet seks.
    Po tej, wątłej objętości, książeczce spodziewałam się, że tytuł jest tylko zaczepnym hasłem marketingowym, mającym zwrócić uwagę czytelnika, a w środku znajdę wzniosłe rozmowy na tematy najpoważniejsze- chorobie, wierze, Bogu, jeszcze raz chorobie i Bogu i tyle. No dobra, spodziewałam się jeszcze charakterystycznego dla księży, których znam, tonu bardzo oficjalnego, poważnego i pompatycznego. Dodać muszę, że kojarzę, że było o tym księdzu głośno przed jego śmiercią w 2016 roku, ale nie śledziłam informacji o nim, nie oglądałam ani nie czytałam wywiadów, reportaży, więc opierałam się tylko na własnych wyobrażeniach. A mimo to wypożyczyłam z biblioteki tę książkę, bo złapałam się na tytuł. I co? I guzik. Intuicję mam do wymiany, a co najmniej do porządnego naoliwienia, bo z niczym nie trafiłam. Owszem, tematy bardzo poważne są, ale w takiej formie, że zastanawiam się, dlaczego ta książka jest taka krótka. Pani Katarzyno, dlaczego?!
    To, co nasuwa mi się po lekturze "Szału nie ma, jest rak" i co absolutnie potrzebuję powiedzieć, to po pierwsze to, że nie spotkałam jeszcze księdza, który mówiłby o sprawach zarówno prostych jak i tych najtrudniejszych tak swobodnie, tak... ludzko. Zdaje się, że Kaczkowski nie zna słowa "tabu", nie unika tematów kontrowersyjnych, trudnych- wręcz przeciwnie. Podejmuje rękawicę rzuconą przez Jabłońską i odpowiada szczerze, mądrze i wyczerpująco na wszystkie pytania. Nie pomija takich kwestii jak miłość, która pojawia się także w życiu po święceniach kapłańskich czy zakonnych albo dylemat "kapłaństwo czy ojcostwo", przed którym staje niejeden ksiądz. Można się w niektórych kwestiach z ks. Kaczkowskim nie zgadzać, ale ogromnie cenię to, że nie udawał, że takich problemów nie ma i otwarcie o nich rozmawiał. Po drugie, jest to kopalnia wiedzy na temat tego, jak wygląda hospicjum, co dla mnie okazało się ogromną wartością, bo dotychczas kojarzyłam takie instytucje jako szpitale dla umierających- takie "umieralnie", szare i ponure, do których rodziny oddają czekających na śmierć, kiedy nie mają możliwości zająć się nimi należycie w domu. Nie wiem czy wszystkie, ale hospicjum stworzone przez ks. Kaczkowskiego jest inne- owszem, z niego też już raczej się nie wychodzi (chyba, że po to, żeby umrzeć w domowych pieleszach), ale nie wygląda ani szaro, ani ponuro. Przypomina raczej ośrodek wypoczynkowy, a ludzie tam pracujący, to nie klasyczni "etatowcy", czekający tylko do końca zmiany, ale prawdziwe anioły. Po trzecie, jest to źródło wiedzy etycznej- jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak szczegółowym wyjaśnieniem kwestii grzechu związanego z seksem. Może dla większości ludzi to nie ma znaczenia, co Kościół na to, ale jestem przekonana, że gdyby wiedza w temu podobnych zakresach byłaby bardziej rozpowszechniona, wizerunek Kościoła mógłby sporo zyskać. Wszak chyba większości z nas kojarzy się stanowisko, zgodnie z którym każdy stosunek małżeński winien skutkować ciążą, a przy tym najlepiej, gdyby to był bardzo ascetyczny akt, w najprostszej pozycji itd., a wg Kaczkowskiego, tak restrykcyjnie nie jest. Ale tematy związane z etyką to nie tylko seks- sporo z tej książki dowiedziałam się też o informowaniu chorego i jego rodziny o diagnozie, przebiegu choroby czy zbliżającej się śmierci (na studiach tego nie ma, ale na warsztatach Areopag Etyczny stworzonych przez ks. Jana i owszem), o leczeniu paliatywnym czy terapii uporczywej, o stanowisku wobec in vitro czy miłości homoseksualnej.
    Mogłabym tak pisać i pisać, bo Kaczkowski jako doktor teologii moralnej i bioetyk też miał sporo do powiedzenia, ale mówiąc krótko- urzekł mnie Kaczkowski i urzekła mnie ta książka. Choć "Szału nie ma, jest rak" porusza tematy ciężkiego kalibru, to jednak używając tonu, który nadaje (o ile to możliwe) lekkości, a na pewno przystępności. Ilością anegdot na przeróżne tematy można by obdzielić kilka publikacji- niewątpliwie są siłą tej książki, bo obrazują wiele problemów, o których rozmawiają autorzy (bo autorką nie jest przecież tylko Pani Katarzyna, ale i ks. Jan). Kaczkowski, na łamach tej książki, okazuje się bardziej człowiekiem niż księdzem (a już na pewno nie stereotypowym klechą) i czuję ogromny żal, że tego typu duchowni są w mniejszości, a jeszcze większy, że akurat jeden z tych świetnych księży (choć oczywiście nie życzę choroby ani śmierci nikomu) musiał umrzeć przedwcześnie.
    Obiecuję, że to już ostatnie myśli, bo zaraz się okaże, że napisałam recenzję dorównującą długością recenzowanej książki- zdawać by się mogło, że książka, która w tytule ma chorobę, będącą plagą naszych czasów, będzie działała przygnębiająco, wręcz depresyjnie i wyciśnie łzy z oczu. Otóż wcale nie- jest to fantastyczne źródło refleksji i nadziei. Mimo wszystko pokrzepia, a momentami wręcz budzi uśmiech, nie tylko dzięki lekkiemu tonowi, który utrzymuje się w sporej części tego wydawnictwa.

Katarzyna Jabłońska: Szału nie ma, jest rak, Towarzystwo "WIĘŹ", 2013; 140 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

29 sierpnia

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)
    Nie zamykam się w ramy jednego-dwóch gatunków literackich. Czytam różne rzeczy z różnych powodów, ale dwa najważniejsze to chęć doznawania nowych literackich bodźców oraz nuda. Nuda sprawia, że lubię się zaskoczyć, a czytając powieści jednego nurtu o zaskoczenie raczej trudno. Poza tym, dobieram lektury do nastroju. I tym razem padło na coś, co podnosi ciśnienie, ale w pozytywnym sensie- dobra fantastyka na takie okazje nie jest zła (choć uprzedzam, że specem od tego gatunku nie jestem).
    XXIII wiek. Grupa kosmonautów, wracając z ogromnym opóźnieniem z międzyplanetarnej misji ląduje na Księżycu, gdzie żyją ziemscy osadnicy. Zniechęcają oni podróżników do powrotu na Ziemię tłumacząc, że panują tam warunki niekorzystne do życia, ale nie chodzi o skażenie wód czy atmosfery, ale o zdegenerowanych ludzi tam mieszkających. Jeden z "kosmaków" ucieka jednak z Księżyca. To, co zastaje na Ziemi mogłoby zdawać się utopią- samowystarczalne, zautomatyzowane miasta zapewniają ludziom wszystko, co potrzebne do życia do tego stopnia, że nikt nie musi pracować, a mimo to, nikomu niczego nie brakuje. Jednak to, co brzmi tak świetnie w praktyce wygląda zupełnie inaczej. Okazuje się, że z powodu grożącego Ziemi przeludnienia podjęto szereg, zgubnych w skutkach, działań. Na tle dystopijnego obrazu przyszłości ludzkości Zajdel osadza wątek romantyczny- kosmonauta musi w zdegenerowanym świecie znaleźć kobietę, która miała czekać na niego w tytułowym cylindrze, którego zadaniem miało być uchronienie kochanków od skutków paradoksu bliźniąt.
    Zanim przejdę do treści, słowo na temat wydania- sięgnęłam po "Cylinder van Troffa" w wersji audio i nie żałuję. Jest to powieść szkatułkowa, w której występuje aż trzech narratorów i wydawca na szczęście postawił na nadanie każdemu z nich głosu innego lektora. Każdy z tych trzech głosów jest przyjemny, melodyjny i buduje odpowiedni nastrój- Łukasza Nowickiego mogłabym słuchać w nieskończoność i naprawdę żałuję, że Zajdel nie rozbudował "Cylindra..." do rozmiarów pięciuset stronicowego tomiszcza. Spodobało mi się dodanie do nagrania nastrojowej muzyki na początkach i końcach poszczególnych partii tekstu, ale już dodatkowe dźwięki (na przykład dzwonka kiedy jest o nim mowa w tekście) nie, zwłaszcza, że momentami się one pojawiały, a innym razem nie było ich przez dłuższy czas, tak, jakby zapomniano o tej koncepcji.
    Zwykle zaczynam od pozytywów, by o tym, co mi się nie podobało pisać przed samym podsumowaniem- dziś jednak odwrócę regułę. Otóż, dostrzegłam kilka kwestii czy problemów, które można było rozwiązać szybciej i to w bardzo prosty sposób- UWAGA SPOILER, np. kiedy główny bohater spotyka na ulicach miasta robota wykonującego wszystkie polecenia ludzi, mógł już wówczas zapytać go o drogę do starego budynku uniwersyteckiego oraz zadać dręczące go pytania- najwyżej nie uzyskałby odpowiedzi. O kwestię kobiet mógł zapytać tego samego robota lub zapytać o to pierwszego człowieka, z którym się skontaktował. Przykładów można wymienić kilka KONIEC SPOILERA. Zastanawiałam się również nad tym jak to możliwe, że społeczeństwo żyjące wcześniej, zgodziło się bez większych problemów na wdrożenie tak radykalnych środków kontroli rozwoju populacji (UWAGA SPOILER- środkiem zaradczym było zablokowanie możliwości rozmnażania u wszystkich ludzi i przyznawanie aktywatora tylko wybranym- KONIEC SPOILERA)- doszłam jednak do wniosku, że można to wyjaśnić wprowadzeniem do atmosfery lub wody pitnej odpowiednich substancji psychoaktywnych, pozwalających na manipulowanie społeczeństwem. UWAGA SPOILER- Uważam też, że kolejny krok, a więc ograniczenie liczby urodzeń dziewczynek do ok 1% wszystkich urodzeń o wiele bardziej przyspieszyłoby zagładę, ale mogę się mylić.- KONIEC SPOILERA
    Poza tym jednym małym minusikiem, jest cała masa plusów. "Cylinder van Troffa" to podniecająca, trzymająca w napięciu powieść rozbudzająca wyobraźnię, ale i przerażająca. Zajdel przedstawił wizję tego, do czego może zmierzać ludzkość i choć książka została po raz pierwszy wydana w 1980 roku, to jednak do dziś pozostaje aktualna. Pomysły autora nadal wzbudzają zaciekawienie, są intrygujące i innowacyjne, a kreatywność Zajdla godna podziwu. Na wielki szacunek zasługuje również to, że "Cylinder..." jest powieścią wielowarstwową- autor nie skupił się jedynie na wizji przyszłości opisując futurologiczne rozwiązania techniczne. Mamy tu analogie do systemów politycznych, rozważania na tematy społeczne, gospodarcze, ale też problemy natury egzystencjalnej i romantycznej. Ach! Czego tu nie ma! I nie piszę tego z ironią- wręcz przeciwnie, jestem pełna podziwu dla kunsztu Zajdla, wszak był człowiekiem nauki, a wykazywał się fenomenalnym talentem oratorskim. Nie tylko treść jest świetna, ale i forma- "Cylinder..." to powieść szkatułkowa. Kompozycja naprawdę mi się podoba- nadaje autentyczności i dynamizmu całości, wzbudza zaciekawienie i zachęca do zgłębienia tej historii. Dodatkowo zakończenie tej powieści jest chyba najbardziej pomysłowym i ryjącym banię, z jakim się spotkałam. Jest po prostu mega. To wszystko sprawia, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że książka została nagrodzona w roku wydania przez Ministra Kultury i Sztuki. Ponadto w "Cylindrze..." można dostrzec wiele nawiązań do innych dzieł kultury, nie sposób nie zauważyć też podobieństw między tą powieścią a "Wehikułem czasu" Wellsa.
    Mogłabym tak pisać i pisać i rozpływać się w zachwytach, ale zamiast tego, napiszę jeszcze tylko, żebyście po prostu sami sięgnęli po tę powieść- niezależnie czy w formie tradycyjnej, czy audio, ale koniecznie sięgnijcie, bo to prawdziwa uczta dla każdego bibliofila.

Janusz Andrzej Zajdel: Cylinder van Troffa, Aleksandria, 2010; 7 godzin 4 minuty



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

26 sierpnia

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)
    Chciałam zacząć recenzję tego wydawnictwa od krótkiego rysu o autorze, ale doszłam do wniosku, że to, czym zajmował się zawodowo nijak nie wpływa na treść "Mojej Tulipanki"- na pewno na formę oraz język i styl Ackerleya, był bowiem silnie związany zawodowo z literaturą, więc warsztatu nie sposób mu odmówić. Treść natomiast nijak ma się do jakiegokolwiek zawodu, którym mógłby się Ackerley parać. Ale do rzeczy...
    "Moja Tulipanka" to swego rodzaju pamiętnik autora, skupiający się wokół jedynej na jego niebie gwiazdy- tytułowej Tulipanki. Tulipanka natomiast jest psem, konkretnie suczką, a jeszcze konkretniej owczarkiem niemieckim. Ackerley przygarnął psinę będąc w średnim wieku, kiedy ta miała już 18 miesięcy, a więc powoli wchodziła w psią dorosłość. Okazało się to o tyle zaskakującym i odkrywczym doświadczeniem dla autora, że dotychczas nie był fanem psów i żadnego nie posiadał. Na kartach "Mojej Tulipanki" autor opowiada o perypetiach związanych z opieką nad psem. Przeżywamy razem z nim troskę o psie zdrowie, strach przed ryzykiem potrącenia Tulipanki przez samochód na jednej z ruchliwych londyńskich ulic, ale też zakłopotanie jej niewłaściwym czy niegrzecznym (z punktu widzenia człowieka) zachowaniem. To opowieść o tym, jak naprawdę wygląda życie z psem u boku.
    To, co jest ogromną wartością tej książki, to jej oddanie rzeczywistości- Ackerley nie czaruje i mówi wprost o wzlotach i upadkach, plusach i minusach, które przeplatają się i łączą tak, że czasem nie sposób ich rozdzielić. Nie wciska nam bajek o tym, że posiadanie psa to same przyjemności i tym samym daje książkę, która staje się pozycją obowiązkową dla osób, które rozważają sprowadzenie sobie do domu psa, a nie mają w tym obszarze żadnych doświadczeń. Ponadto jest to książka, którą czyta się sprawnie i szybko dzięki swobodnemu stylowi. Język, którym posługuje się autor, jest przyjemny, dość lekki, ale i bardzo specyficznie upstrzony ciekawymi, melodyjny zwrotami. Jest to język, który bezwiednie kojarzę z dostojnymi Brytyjczykami w średnim wieku, ale widać też wyraźnie, że Ackerley jest doświadczonym literatem.
   Ale tak, jak w opiece nad psem, nie ma plusów bez minusów tak i tu uwierały mnie pewne szczegóły. To, co przeszkadzało mi w "Mojej Tulipance" i zniechęcało do dalszej lektury, to opisy we fragmentach o dążeniu autora do inicjacji życia seksualnego przez jego psa.  Nieczęsto to przyznaję, ale momentami te opisy wzbudzały we mnie niesmak. Chodzi zarówno o ich dosadność, jak i nagromadzenie. Na 176 stron aż 54 to perypetie związane z próbą rozmnożenia Tulipanki. Serio? Ok, są tam wartościowe informacje, jak na przykład to, jakie piekiełko mogą człowiekowi zgotować psy podczas rui, ale zdecydowana większość tej części to gadka-szmatka o szukaniu odpowiedniego psa oraz o tym, jak suczka Ackerleya nie dopuszcza do siebie tych nieodpowiednich. Nudziła mnie ta część okropnie i równie mocno irytowała. Także to, jak Ackerley opisywał relację ze swoim psem budziło we mnie negatywne uczucia, a mówiąc wprost przywodziło mi na myśl zapędy nieco wręcz zoofilskie, choć oczywiście jedynie platoniczne, ale jednak niestrawne. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana- nie oskarżam Ackerleya o czyny niemoralne, to, co mam na myśli można porównać do tego, że niektórzy ludzie mówią do swoich zwierzaków jak do własnych dzieci i tak też je traktują- rodzi to we mnie niechęć, tak jak mówienie o swoim psie jak o kochance czy wręcz określanie go tym mianem, jak robi to autor tej książki.
    Podsumowując, "Moja Tulipanka" to cenne źródło wiedzy dla osób, które chciałyby mieć psa oraz dla fanów owczarków niemieckich. Ze względu na przydatność informacji zawartych w tej książce jestem w stanie przymknąć oczy na nieznaczne niedogodności. "Moją Tulipankę" polecam więc serdecznie wszystkim miłośnikom psów, choć przez opisy związane z fizjologią zdecydowanie nie polecam dzieciom (w ramach ciekawostki- w przeciwieństwie do sieci Empik, która na swojej stronie umieściła tę książkę w kategorii książek dla dzieci w wieku 6-8 lat -serio? Książkę, w której mowa o "masturbowaniu" psa?).

Joe Randolf Ackerley: Moja Tulipanka, Studio Emka, 2013; 176 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

24 sierpnia

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza
    Przed założeniem aparatu oraz na początku noszenia miałam problem z nazewnictwem jego elementów. Kilka razy zachodziłam w głowę co ma na myśli moja ortodontka, kiedy tłumaczyła mi co i jak. Pomyślałam, że nie tylko ja mogę mieć z tym problemy i przygotowałam małą ściągę podpowiadającą jak nazywają się elementy aparatu na zęby. A więc tak:

     Zamek - to metalowy (lub ceramiczny - w zależności od tego na który rodzaj aparatu się zdecydujemy) element aparatu przyklejany specjalnym klejem ortodontycznym do powierzchni zęba. Jego zadaniem jest podtrzymywanie drutu- zamek "ciągnie" ząb w stronę drutu, dzięki czemu możliwe jest przesuwanie zębów. Ortodonta nakleja zamek na ząb tak, żeby krawędzie zamka były równoległe do krawędzi zęba, co tuż po założeniu aparatu wizualnie uwidacznia krzywiznę zębów- zamki są przyklejone nierówno względem siebie i rzuca się to w oczy. Wygląda to tak:
Widać, że każdy z zamków żyje swoim życiem i ani myśli przejmować się tym, jak stoją koledzy obok. Każdy jest nachylony pod innym kątem a jeśli spojrzysz na dwójkę i trójkę po lewej stronie zdjęcia zobaczysz, że między dolną krawędzią zamka na trójce, a górną tego z dwójki jest spora odległość- jest tak dlatego, że moje zęby na tym zdjęciu są jeszcze bardzo krzywe (zdjęcie zrobiłam dzień po założeniu aparatu- swoją drogą nie mogę uwierzyć, że miałam tak dramatycznie krzywe zęby, masakra!). Zamki można porównać do żołnierzy, a drut, który przez nie przechodzi, do dowódcy, wydającego komendę "w szeregu zbiórka!".
    Drut - to potoczna nazwa łuku ortodontycznego; w zależności od rodzaju, wykonany ze stali lub stopu niklu i tytanu. Drut ma kształt idealnego łuku, a mocowany do zamków wywiera na nie nacisk, przez co "wymusza" ich ustawienie właśnie zgodnie z kształtem łuku, co jest jednoznaczne z wyrównywaniem zębów- po prostu ustawienie zębów dostosowuje się do kształtu łuku ortodontycznego.
    Ligatury - czyli kolorowe lub bezbarwne elastyczne gumki, które utrzymują łuk ortodontyczny w szczelinie zamka, zapewniając jego stabilność (dzięki ligaturom drut nie wypadnie ani się nie przesunie). W zależności od tego jak ortodonta zahaczy ligaturę o zamek oraz jakiej ligatury (pod względem jej rozmiaru) użyje, łuk będzie wywierał inny nacisk na zamek, a co za tym idzie, zęby będą się nieco inaczej przesuwać co będzie też miało wpływ na poziom bólu. Na każdej wizycie kontrolnej ligatury są wymieniane ze względów technicznych i higienicznych, dzięki czemu przy każdej takiej wizycie można wybrać inny ich kolor- zapraszam do lektury wpisu o tym, na co warto zwrócić uwagę przy wyborze koloru ligatur (mała dygresja- na ostatniej wizycie nie mogłam samodzielnie wybrać koloru gumek, bo moja ortodontka zdecydowała, że muszą mieć odpowiednie średnice i akurat miała odpowiednie ilości ligatur w odpowiednich rozmiarach tylko w jednym kolorze, ale to rzadka sytuacja).
    Pierścień - metalowa obręcz zakładana i mocowana za pomocą cementu ortodontycznego na zęby trzonowe (szóstki, a w przypadku aparatu przedłużanego, także na siódemki- tak jak u mnie), której zadaniem jest utrzymanie łuku ortodontycznego, czyli po prostu zastępuje zwykłe zamki na ostatnich zębach. Do pierścieni przymocowane są też rurki.
    Rurka - metalowy element pierścienia służący do mocowania wyciągów zewnątrzustnych. W moim przypadku rurka jest używana właśnie w tym celu, a o moim wyciągu pisałam więcej TU.
    Haczyk - element zamka, służący do mocowania wyciągów elastycznych (wyciąg elastyczny to specjalna gumka, którą zakłada się samodzielnie i nosi w zależności od wskazań ortodonty, wyciąg tego typu wyrównuje zgryz, tzn. pomaga dopasować górne i dolne zęby "dociągając" je do siebie).
    Oprócz elementów widocznych na zdjęciu i wymienionych wyżej, warto wiedzieć jeszcze o tym, czym są separatory. Mianowicie są to ligatury, które wykorzystuje się nie w celu podtrzymania łuku, ale wciskane pomiędzy zęby trzonowe (w moim przypadku pomiędzy siódemki a szóstki i szóstki a piątki) na około tydzień przed założeniem stałego aparatu. Ich zadaniem jest zwiększenie przestrzeni międzyzębowych tak, żeby możliwe było założenie pierścieni.
    Są to podstawowe elementy stałego aparatu ortodontycznego. W zależności od przypadku i potrzeb mogą występować inne, dodatkowe elementy.

21 sierpnia

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)
 

    Są takie książki, po które sięgam regularnie. Czasem są to książki banalne, a czasem, jak w tym przypadku, dzieła ponadczasowe, których odbiór zmienia się wraz z upływem lat, jednak niezmiennie jest to odbiór pozytywny. Nie inaczej jest w przypadku "Przygód Sindbada Żeglarza" Leśmiana, które czytam co kilka lat- zawsze jednak latem, bo jak rzadko która książka, pasuje idealnie do gorącego słońca ogrzewającego twarz i letniego wiatru niosącego zapach kwiatów i przygody.
    W wyniku niesamowitego splotu okoliczności młody, za sprawą paskudnego Diabła Morskiego, bajecznie bogaty mieszkaniec Bagdadu wyrusza w podróż, obfitującą w niesamowite (często niebezpieczne) przygody, piękne księżniczki, złych czarodziejów i magiczne oraz niewyobrażalne stworzenia. Czy ujdzie z życiem? Czy poślubi którąś z księżniczek? I czy Diabeł Morski wreszcie pozwoli mu wrócić do domu i żyć bez podróży?
    Bolesław Leśmian, zainspirowany słynną "Księgą tysiąca i jednej nocy", zinterpretował na nowo przygody odważnego Sindbada, by przedstawić je w baśni-niebaśni. Dlaczego niebaśni? Bo baśń musi spełniać pewne znamiona jak np. fantastyczne przedmioty, postaci i zdarzenia, ale też schemat "dobro za dobro, zło za zło". Natomiast "Przygody Sindbada Żeglarza", mimo, że obfitują w magię, to jednak łamią zasady- za dobre uczynki czasem Sindbada spotyka kara, a księżniczki, oprócz niespotykanej urody, mają też wady takie jak głupota, zazdrość czy łakomstwo. Sindbad wyrusza w siedem podróży, w której doświadcza wielu przygód, a w każdej z nich zawiera się jakiś morał.
    Każda podróż, kończąca się powrotem do domu, może stanowić osobną historię. Taka kompozycja sprawia, że dzieło Leśmiana czyta się płynnie i łatwo dzielić je na małe partie, dzięki czemu świetnie nadaje się do wieczornego czytania dzieciom. Lekturę ułatwia i uprzyjemnia także poetycki język oraz humor, przejawiający się zwłaszcza w postaci wuja Tarabuka. Choć jeśli ktoś myśli, że Leśmian uraczy nas tylko ekscytującymi przygodami okraszonymi szczyptą żartu, będzie zaskoczony- niektóre perypetie Sindbada wywołują prawdziwy dreszcz emocji i nawet lekkie przerażenie. Czyż karły-ludojady czy grzebanie żywcem nie jest nietypowym motywem w dziecięcej literaturze? Jak już wspomniałam, pomiędzy wyprawami Sindbad ma chwilę wytchnienia w domu, co umożliwia Leśmianowi sprawniejsze łączenie najbardziej niesamowitych przygód w jedną powieść. Mimo to i tak połączenia perypetii Sindbada w ramach jednej wyprawy bywają totalnie abstrakcyjne, a wydarzenia naiwne, ale to chyba tylko wzmaga efekt niesamowitości, bajeczności i kojarzy powieść ze snem, w którym nie da się przewidzieć dalszego ciągu, a kolejne wydarzenia mogą zmieniać się jak w kalejdoskopie.
    Wydanie Grega, oprócz notatek przydatnych uczniom, zawiera fantastyczne ilustracje autorstwa Jacka Siudaka, jeszcze bardziej rozbudzające wyobraźnię. Szkice są piękne w swej prostocie i świetnie oddają klimat baśni Leśmiana.
 

      Choć zdecydowanie byłam większą fanką tej książki, kiedy byłam młodsza, a z wiekiem słabnie moje zauroczenie sindbadowymi przygodami, to jednak polecam tę książkę każdemu- niezależnie od wieku. Będzie to magiczna przygoda pokazująca (a dorosłym przypominająca), że  nie ma rzeczy niemożliwych, a nas samych ogranicza tylko horyzont wyobraźni.

Bolesław Leśmian: Przygody Sindbada Żeglarza, Greg, 2010; 190 stron



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 sierpnia

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)
 

    Nie lubię imprez. Jestem typem domatora i najlepsza impreza, to dla mnie pidżama party z moim Patrykiem, na której główną atrakcją jest spanie na łyżeczkę. Czyste szaleństwo. Ale "Impreza u Ralpha" z serii "Literatura w spódnicy", to eksperyment- czytałam "Nie całkiem do pary" z tej serii (w zasadzie czytam ją od kilku lat, niemal w każde wakacje) i uważam, że pozornie jest to książka, która ma umilić czas spędzany na opalaniu czy w kolejce do lekarza, jednak za tymi pozorami kryje się pewna mądrość. O "Literaturze w spódnicy" przypomniała mi KEN.G swoją recenzją "Rosyjskiego kochanka" Marii Nurowskiej-  i zaczęłam zastanawiać się, czy każda książka z tej serii jest taka na wpół naiwna, na wpół pouczająca, więc obiecałam sobie wypożyczyć jakiś inny tom przy okazji najbliższej wizyty w bibliotece i oto jest.
    Londyn, lata 90. Jem, młoda, ładna i miła dziewczyna szuka pokoju do wynajęcia. Trafia do mieszkania Smitha i Ralpha- przyjaciół po trzydziestce (ale takich zwykłych, hetero przyjaciół), którzy szukają lokatorki. Zanim jednak wchodzi do środka zauważa, że to, co widzi przez okno salonu przyszłych współlokatorów, to... obraz z jej snów i uświadamia sobie, że oto znalazła przeznaczonego jej mężczyznę. Tylko czy chodzi o Smitha czy Ralpha? Jednocześnie poznajemy innych lokatorów domu- Siobhan i Karla kochającą się parę z piętnastoletnim stażem oraz diabelnie atrakcyjną Cheri. Karl daje się uwieść Cheri, do której od lat wzdycha Smith, o którym Jem myśli, że jest jej przeznaczony, a w której zakochuje się po uszy Ralph. Nadążacie? Jeśli nie, to spokojnie- ostatecznie wszystko rozwiąże się w kulminacyjnym punkcie, czyli na tytułowej imprezie.
    Lisa Jewell najwyraźniej chciała ubiegać się o pracę scenarzystki serialu "Moda na sukces" i zamiast napisać CV, napisała tę powieść. Niezły pomysł, ale sprawdziłam- nie wypalił, Jewell nie ma na liście scenarzystów B&B. Fabuła, oparta o karuzelę uczuć, faktycznie kojarzy się z telenowelą, a niektóre wątki czy sceny są zdecydowanie naiwne, choć przy okazji poruszają delikatne, bolesne i trudne tematy związane ze związkami- głównie damsko-męskimi, ale też przyjaźnią męsko-męską. Poza tym Jewell szuka odpowiedzi na pytanie co sprawia, że ludzie się w sobie zakochują, co wywołuje jedynie zauroczenie, a co pożądanie. Akcja powieści jest wartka, a język i styl autorki lekkie, co razem sprawia, że książkę czyta się szybko i łatwo. Nie mogę jednak nie zauważyć, że powieść jest nierówna- wątek główny, czyli historia Jem i jej dylematu "Smith czy Ralph" jest prosty, wręcz banalny i przewidywalny- praktycznie od początku wiadomo, jak to się skończy. Także obyczajowość związana z tym wątkiem zdecydowanie mi się nie podoba- Jem wdaje się w romans ze Smithem w ekspresowym tempie, by zaraz flirtować z jego najlepszym przyjacielem i chodzić przy współlokatorze bez bielizny, w samej tylko, za dużej koszulce. Niby kocha jednego, ale jakby go nie chce, bo przecież ten drugi to chodzący ideał, ale jak tylko widzi obu z inną kobietą przeżywa dramat, trzęsie się i płacze. Rozumiem, że życie nie zawsze jest czarno-białe i ludzie mają dylematy, ale bez przesady. Natomiast wątek Siobhan i Karla jest głębszy, zbudowany dużo lepiej, ciekawiej i bardziej wciągająco, ale też zdecydowanie bardziej wiarygodnie. Ponadto zgrzyta mi z tą "romantyczną" historią ilość wypalonej przez bohaterów marihuany. Z jednej strony nie lubię wygładzania rzeczywistości w literaturze, bohaterów, którzy nigdy nie klną i nie piją ani jednego kieliszka wina czy butelki piwa przez całe kilkaset stron powieści obyczajowej, ale z drugiej, zachowanie bohaterów w sferze erotyki, ich bezpośredniość i sięganie po używki w sporych ilościach jakoś mnie tu rażą.
    Bohaterowie powieści są bardzo zróżnicowani, choć nie wewnętrznie- mamy tu cały wachlarz różnych osobowości i postaci. Każda z nich jest dość ciekawa, ale momentami infantylna i irytująca. Ale czy ludzie po prostu nie są irytujący i czy nie robią głupot w stanie zakochania? Niezależnie od tego jak odpowiemy na to pytanie, muszę przyznać, że Jewell tak zbudowała postaci i fabułę, że jestem bardzo ciekawa, jak potoczyły się dalej losy niektórych bohaterów, chętnie dowiedziałabym się też co nieco o wcześniejszych losach Cheri.
    To, co rzuciło mi się w oczy, to błędy. Kilkukrotnie zauważyłam wpadkę, polegającą na użyciu niewłaściwego imienia (np. bohater mówi coś do drugiego i zamiast użyć jego imienia, używa własnego albo osoby o której rozmawiają). Wyłapałam też dziwnie spolszczoną odmianę imienia Smitha, choć to już kwestia polskiego wydania, a nie błędu autorki.
    Podsumowując, "Impreza u Ralpha" to impreza, która wzbudza we mnie mieszane uczucia, na której poznamy wielu gości, z których, jak to na imprezach, z częścią będziemy mieli ochotę się jeszcze spotkać, a część omijać szerokim łukiem. Spodoba się przede wszystkim tym, którzy chcą się jedynie zabawić. Zaś co do moich wniosków na temat "Literatury w spódnicy", to, wbrew mojej pierwotnej opinii, nie sposób na podstawie "Imprezy u Ralpha" stwierdzić, że książki do tej serii wybierane były wg klucza "mądrość skryta pod płaszczykiem banału". O banał tu nietrudno, gorzej z głębszą wartością i mądrością.

Lisa Jewell: Impreza u Ralpha, Axel Springer Polska, Zysk i S-ka, 2005; 283 strony


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger