20 lipca

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?
     Jedną z zalet aparatu stałego z ligaturami jest to, że można co wizytę zmieniać ich kolor. Jaki jednak wybrać, żeby przez miesiąc nie żałować? Odpowiedź jest prosta: to zależy, na czym Ci zależy, poza tym jest to kwestia gustu. Pod uwagę warto wziąć także możliwości- mam tu na myśli to, że jeśli jesteś nastolatkiem, to możesz pozwolić sobie nie tylko na dowolny kolor, ale nawet na ich łączenie- pamiętam, że moja koleżanka, która nosiła aparat w szkole średniej, decydowała się na łączenie dwóch kolorów, a raz zafundowała sobie prawdziwą tęczę. Natomiast jeśli jesteś osobą dorosłą na jakimś poważnym stanowisku, lub takim, na którym po prostu nie wypada świecić jaskrawymi gumkami na zębach, to oczywiście musisz celować w kolory stonowane. Aczkolwiek nie chciałabym tu roztrząsać komu co wypada- sam musisz ocenić swoją sytuację, ja tylko podpowiem, jakie gumki do aparatu wybrać, żeby uzyskać odpowiedni efekt.
    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby optycznie wybielić zęby?
    Jeśli Twoim priorytetem jest sprawienie, żeby zęby wyglądały na bielsze, polecam np. niebieskie ligatury, ja wybrałam lekko turkusowy odcień, dokładnie taki:
Ten kolor świetnie się sprawdził- żółtawy odcień zębów zupełnie przestał być widoczny, ale za to aparat mocno rzucał się w oczy. Podobnie powinien zadziałać kolor zielony, choć w jego przypadku warto się zastanowić- wiele osób jest zdania, że wygląda, jakby miało się szczypiorek między zębami :)
    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby aparat nie rzucał się w oczy?
    Przede wszystkim pamiętaj, że jeśli decydujesz się na aparat z metalowymi zamkami, to zawsze będzie zauważalny, więc jeśli bardzo zależy Ci na tym, żeby nie było go widać, zainwestuj w aparat z zamkami ceramicznymi lub szafirowymi albo samoligaturujący (jak sama nazwa wskazuje nie będziesz potrzebować też ligatur, więc odpadnie Ci problem z wyborem koloru). Ale jeśli jest już po ptakach, albo po prostu krzykliwe kolory wydają Ci się infantylne, to polecam zdecydowanie odcienie różu- sprawdzają się najlepiej, jeśli priorytetem jest maskowanie aparatu. Sekret tkwi w tym, żeby kolor ligatur zlewał się z otoczeniem, a więc dziąsłami lub wargami. Dotychczas miałam już dość jasnoróżowe gumki i ciemniejsze, niemal amarantowe i oba warianty były świetne właśnie pod kątem rzucania się w oczy aparatu.
Innym neutralnym kolorem, który nie rzuca się w oczy jest szary- planuję założyć ligatury w tym kolorze na kolejnej wizycie, 06.08. i wówczas zaktualizuję ten post o zdjęcia (o ile oczywiście moja ortodontka będzie miała ligatury w tym kolorze).

Jest też kilka kolorów, których warto unikać:
  • czarne ligatury- mogłoby się wydawać, że czerń będzie kontrastowała z bielą zębów, dzięki czemu będą wydawały się bielsze. Nic bardziej mylnego. Zęby będą wydawały się szare lub wręcz będą wyglądały na zepsute, a to nigdy nie wygląda dobrze, prawda?
  • białe ligatury- biorąc pod uwagę poprzedni punkt można by dojść do wniosku, że skoro nie czarne, to białe będą idealne. Pudło. Białe ligatury pokazują, że Twoim zębom do bieli jeszcze trochę brakuje, a poza tym bardzo szybko przestają być białe- zabarwiają się od jedzenia i napojów (o tym, co barwi ligatury napiszę za jakiś czas- na razie jestem w fazie testów) i wyglądają na brudne. Ble.
  • bezbarwne ligatury- zachowują się podobnie jak białe- szybko się brudzą i wyglądają nieestetycznie.
  • ligatury w bardzo jasnych, pudrowych kolorach- po pierwsze, na jasnych ligaturach bardziej widoczne jest barwienie od żywności, więc w odróżnieniu od tych ciemniejszych, prawdopodobnie nie zachowają długo pierwotnego koloru. Po drugie w przypadku wszystkich gumek, kolory nieco tracą na intensywności po kilku dniach- nie chodzi o zmianę koloru z powodu przebarwienia, ale o zmianę odcienia na jaśniejszy- ligatury po prostu bledną, więc jeśli zdecydujesz się na bardzo jasne, pudrowe kolory, to po kilku dniach staną się one jeszcze jaśniejsze.
A Ty, jakie kolory wybierasz najchętniej, albo jakie podobają Ci się u osób noszących aparat?

17 lipca

Camilla Läckberg - Czarownica (recenzja)

Camilla Läckberg - Czarownica (recenzja)

    Kiedy z gospodarstwa stojącego na uboczu, pod lasem, znika czterolatka, cała okolica włącza się w poszukiwania, które mają tragiczny finał- w leśnym jeziorku zostają znalezione zwłoki dziewczynki. Wszyscy są zdruzgotani i zastanawiają się, kto mógł zrobić coś takiego. Trzydzieści lat później, kiedy z gospodarstwa stojącego na uboczu, pod lasem, znika czterolatka, cała okolica włącza się w poszukiwania, które mają tragiczny finał- w leśnym jeziorku zostają znalezione zwłoki dziewczynki. Wszyscy są zdruzgotani i zastanawiają się, kto mógł zrobić coś takiego. Myślisz sobie "Hej! Powtarzasz się!"? Otóż nie, to nie pomyłka- tym razem Läckberg opisuje przypadek dwóch bliźniaczych spraw, odległych o trzy dekady. Nikt nie wierzy, że to, co się stało, to przypadek, a emocje wzmaga fakt, że w rodzinne strony właśnie wróciła jedna z kobiet, która jako trzynastolatka została uznana za winną popełnienia pierwszej zbrodni. Jak te sprawy łączą się z historią kobiety skazanej w XVII wieku na śmierć za czarownictwo?
    "Czarownica" to, jak na razie, ostatnia książka z sagi, sięgnęłam po nią, bo jakże mogłabym inaczej po lekturze wszystkich poprzedzających ją dziewięciu tomów? Läckberg trzyma się sprawdzonej konwencji, zgodnie z którą przeplata wątki obyczajowe i kryminalne, jednocześnie łącząc sprawę prowadzoną aktualnie z historią z przeszłości. Tak, jak poprzednio, mamy jasno wydzielone mini rozdziały z retrospekcjami, w których akcja rozwija się leniwie, żeby na ostatnich stronach rozwiać wszelkie wątpliwości i wyjaśnić ostatecznie jak obie historie się łączą. Jednak tym razem wszystkiego jest więcej- opowieści retrospektywne są dwie, zamiast jednej, bo cofamy się o trzydzieści lat do sprawy zabójstwa pierwszej czterolatki oraz o prawie trzysta pięćdziesiąt do sprawy tytułowej czarownicy. Więcej jest wątków obyczajowych- oprócz opowieści o życiu pracowników posterunku w Tanumshede (choć mam wrażenie, że akurat tych wątków jest wyjątkowo niewiele), przeczytamy także o problemach społecznych związanych z imigrantami (to nie pierwsze podejście do tematu w tej sadze), zaburzonych relacjach rodzinnych czy między nastolatkami, ale można też wyszczególnić wątek trudnej miłości (nie tylko tej pierwszej). Więcej niż zwykle jest też tropów w śledztwie- na ogół Patrick i jego ekipa podążają dwoma głównymi szlakami, tym razem sprawa jest bardziej zawiła. Ponadto można śmiało powiedzieć, że także historia czarownicy łączy się w dwójnasób z aktualnymi wydarzeniami- po pierwsze jest to powiązanie wskazane jasno na końcu powieści, a więc więzy krwi, ale po drugie, jest to zestawienie dwóch historii, w których występuje przyznanie się od niepopełnionego przestępstwa oraz kara za nie. Tym razem autorka odsłania też szybciej więcej kart przed czytelnikiem, dzięki czemu wcześniej można odgadnąć rozwiązanie zagadki.
    Ja wprawdzie mam za sobą lekturę wszystkich wcześniejszych tomów, niemniej jednak uważam za plus fakt, że mimo, że "Czarownica" jest częścią większej całości, to jednak bez problemu można ją przeczytać nie znając wcześniejszych perypetii Hedströma. Wątek poza kryminalny prowadzony jest tak, że to, co konieczne jest wyjaśnione, a wszystkiego poza tym można się domyśleć.
   Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka chce jakoś przełamać monotonię, która siłą rzeczy wkrada się do jej sagi, zaburzyć dotychczasowy schemat, nie odchodząc jednak od głównej konwencji. Myślę, że w pełni jej się to udało, a najlepszym dowodem niech będzie Mellberg, który jak zwykle popełnia fatalny w skutkach błąd, jednak pod koniec książki robi coś, co zupełnie nie pasowałoby do jego postaci, gdyby nie to, że Läckberg konsekwentnie ociepla jego wizerunek. Z resztą, ten, kto lekturę "Pogromcy lwów" ma już za sobą wie, że wprowadzanie elementu zdecydowanie wychodzącego poza schemat, Szwedka rozpoczęła już wcześniej. Na szczęście udaje się osiągnąć ten efekt bez szkody dla całości- styl jest niezmiennie fantastyczny, powieść, tak, jak wcześniejsze, czyta się jednym tchem. Niezaprzeczalnym atutem tej książki jest nie tylko jej emocjonalność (zarówno historia czarownicy jak i obu zamordowanych czterolatek, imigrantów czy skrzywdzonej nastolatki podnosi ciśnienie), ale też mnogość tematów będących świetnym punktem wyjścia dla dyskusji nad różnymi problemami społecznymi. Wiele książek z tej serii jest czystą rozrywką, natomiast "Czarownica" zmusza do refleksji.
    Läckberg, tradycyjnie, zachwyciła mnie, choć teraz nie tylko zagadką kryminalną, ale i formą w pełni. Już nie mogę doczekać się kolejnej jej powieści.

Camilla Läckberg: Czarownica, wydawnictwo Czarna Owca, 2017; 589 stron

Jeśli jesteś po lekturze tej książki, to daj proszę znać, jak Ci się podobała. A jeśli chcesz być na bieżąco, to koniecznie polub profil Swojemu Po na FB tu i/lub na instagramie tutaj- bądźmy w kontakcie :)

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka

13 lipca

Ból związany z aparatem ortodontycznym- cz. II

Ból związany z aparatem ortodontycznym- cz. II
     Tydzień temu dzieliłam się z Wami moimi doświadczeniami z bólem związanym zarówno z samym zakładaniem aparatu jak i przygotowaniem do tego- tutaj znajdziecie zeszłotygodniowy wpis. Dziś, zgodnie z obietnicą, cała reszta, czyli użytkowanie aparatu, noszenie wyciągów i ból z tym związany.
    Jeśli chodzi ściśle o noszenie aparatu, to muszę przyznać, że moje odczucia są bardzo zróżnicowane- na początku, kiedy miałam tylko górny łuk, bywały dni, że zapominałam o aparacie. Nie bolało mnie niemal nic, ani normalnie, ani podczas jedzenia. Bywały oczywiście dni bolesne, ale ten ból był lekki i jak najbardziej do przeżycia bez jakichkolwiek proszków. W pierwszym tygodniu po założeniu aparatu zastanawiałam się nawet, czy nie zadzwonić do mojej ortodontki i zapytać, czy na pewno wszystko jest ok, skoro w ogóle nie boli- gorzej czułam się po samych separatorach. Sielankę przerwał dolny łuk- przez pierwszy tydzień bolało przez cały czas umiarkowanie lub bardzo. Starałam się nie brać leków przeciwbólowych, ale był to poziom bólu bliski mojej granicy wzięcia czegoś, co pomoże. Dość mocno bolało podczas szczotkowania zębów, a jedzenie było jakimś koszmarem- nawet kaszka manna była za twarda. Na szczęście już pod koniec pierwszego tygodnia czułam poprawę. Dziś minęły dwa tygodnie od założenia aparatu na dolnym łuku i dziś jest już o niebo lepiej, choć nadal nie jestem w stanie pogryźć skórek od chleba ani nic o podobnej twardości.
    Moje obawy budziła zmiana ligatur, którą wiele osób nazywa podkręceniem aparatu, ale okazało się, że niepotrzebnie się bałam, bo to przebiegło tak samo pozytywnie, jak pierwszy miesiąc z aparatem- poziom bólu bliski zeru. Momentami czułam bardzo lekki dyskomfort, ale umówmy się- to wizyta u ortodonty, a nie w parku rozrywki. Przy okazji zmiany ligatur, ortodonta zmienia też czasem sposób ich zahaczania o zamki, dzięki czemu inaczej działają siły przykładane do zębów. Jak na razie miałam okazję zmieniać gumki tylko na górnym łuku i po wymianie przez około jeden dzień czułam po prostu, że te zęby są, ale nie nazwałabym tego bólem. Założę się, że w przypadku dolnego łuku nadrobię i będzie to znacznie boleśniejsze.

    W moim przypadku konieczne jest noszenie wyciągu zewnątrzustnego, czyli takiego stelaża:
 Jego zadaniem jest przesunięcie w tył szóstek i siódemek, ale mam wrażenie, że także rozszerzenie szczęki. Na szczęście jest to narzędzie ruchome, więc noszę je tylko w domu (także na noc)- zakładam tuż po umyciu zębów po obiedzie i zdejmuję dopiero rano, z przerwą na szorowanie zębów po kolacji oczywiście oraz ewentualne wyjścia z domu. Montowanie tego ustrojstwa jest bezbolesne, ale ze względu na jego rolę, noszenie korektora tyłozgryzu powoduje nieco bólu. Ból doskwiera mi najbardziej po kilku godzinach w wyciągu oraz tuż po jego zdjęciu. Wynika to z tego, że kilkugodzinne działanie korektora daje już jakiś tam efekt, a po uwolnieniu się od niego, zęby chcą wrócić na swoje pierwotne miejsce. Ból nie jest silny, ale sprawia, że często nad ranem lekko się wybudzam i na wpół świadomie ściągam wyciąg jakąś godzinę przed tym, jak dzwoni mój budzik. Niemniej jednak nie jest to na tyle bolesne, żeby wspomagać się środkami przeciwbólowymi. Siłę docisku wyciągu można regulować, dzięki czemu da się sterować też bólem, ale trzeba mieć świadomość, że za mały docisk sprawi, że efektów nie będą, lub nie będą zadowalające. O wyciągu napiszę jeszcze na pewno osobny post.
    Ból wywołują też urazy wywołane aparatem. Przez pierwszy miesiąc po założeniu góry, co chwilę miałam obtarte, przez zamki, wewnętrzną stronę policzków albo język. Rany pojawiały się początkowo tak po prostu, później już tylko kiedy jadłam lub więcej mówiłam, a więc przy wzmożonym natężeniu ruchu policzków, a także w trakcie snu, kiedy dociskałam aparat do wewnętrznej strony policzka. Każdy przygryzł sobie kiedyś język, albo uszkodził śluzówkę wewnątrz jamy ustnej i Ty na pewno też, więc wiesz, jaki to ból. Z tym, że przy aparacie te uszkodzenia są większe (przynajmniej ja tak to czułam) i są cały czas drażnione przez aparat, co po pierwsze boli samo w sobie, a po drugie utrudnia gojenie przez co ból utrzymuje się dłużej. Mi pomogło oblepianie zamków specjalnym woskiem, który dostałam od mojej ortodontki- z tego, co się orientuję, wszyscy ortodonci dają takie cudo swoim pacjentom. Wosk odklejam tuż przed myciem zębów i jak tylko skończę przyklejam nowy, aż do wygojenia ran. Na szczęście na zagojenie tych urazów nie trzeba czekać długo, raptem 2-3 dni. Mała rada: czasem mniej znaczy więcej- u mnie lepiej sprawdzało się oblepianie zamków małymi skrawkami wosku- z płytki odcinałam fragmenciki o wymiarach ok 4x2mm i to dawało super efekt. I najważniejsze- naprawdę rozgrzej ten wosk pod ciepłą wodą- stanie się bardzo plastyczny i nawet jeśli weźmiesz większy kawałek, to dopasuje się do elementów aparatu i zęba, nie będzie nigdzie odstawał, uwierał i nie odpadnie dopóki go czymś mocno nie podrażnisz. Jeśli wosk lekko rozetrzesz w palcach też zrobi się bardziej miękki, ale nadal nie tak plastyczny- możesz mieć wrażenie, że to wystarczy, ale naprawdę będziesz o wiele bardziej zadowolony z efektu jeśli rozgrzejesz wosk np wkładając na chwilkę pod strumień ciepłej wody. Aktualnie rany mam już wygojone i nowe się nie pojawiają, mimo, że nie używam wosku- po prostu ciało przyzwyczaiło się do aparatu i jest dobrze. Kiedy rany były najbardziej zaognione zastosowałam też stomatologiczny klasyk- Sahol.
    Przy okazji chciałabym wspomnieć o dość ciekawym uczuciu związanym z działaniem aparatu, czyli czymś, co ja określam jako "luzy" w zębach- polega to na minimalnym ruchu zęba i wynika z tego, że w trakcie przesuwania się zęba, ząb naciska na tkankę kostną w kierunku, w którym ma się przesunąć przez co ta tkanka zanika. W pierwotnym miejscu tkanka się nawarstwia, ale zanim do tego dojdzie, przez krótki czas ząb nie jest osadzony w kości stabilnie i nieco się przesuwa. To przesuwanie jest minimalne, ale jednak wyczuwalne, np. przy przełykaniu śliny ząb charakterystycznie delikatnie przeskakuje. Jak już wspomniałam, jest to uczucie specyficzne, ale w moim przypadku zupełnie bezbolesne- nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam, więc jeśli Ty też znasz to uczucie, daj proszę znać, jak to jest/było u Ciebie.

    W moim przypadku ból jest zróżnicowany zarówno pod względem nasilenia jak i długości występowania, jednak z pewnością jestem dowodem na to, że noszenie aparatu nie zawsze jest bardzo bolesne. Znam osoby, które przez 2-3 dni po wizycie u ortodonty nie są w stanie funkcjonować z bólu, niemal nie jedzą, nie mogą spać. Pamiętaj więc, że to mój przypadek i w Twoim może być zupełnie inaczej (czego Ci nie życzę). Jest to sprawa bardzo indywidualna i niestety, większość osób boryka się z silnymi dolegliwościami bólowymi w związku z noszeniem drucików.
    Oprócz tego, co opisałam wyżej oraz w pierwszej części tego wpisu TU, ból może być spowodowany (i pewnie jest) tym, czego jeszcze nie doświadczyłam- noszeniem wyciągów gumowych, zdejmowaniem aparatu i być może jeszcze czymś, co mnie czeka, a o czym w tej chwili nie mam pojęcia- na pewno będę takie rzeczy opisywać, jak tylko się pojawią.
    A jakie były Wasze doświadczenia z bólem? Jak sobie z nimi radziliście? A jeśli jesteście przed założeniem aparatu, to czy coś jeszcze budzi Wasze obawy?

10 lipca

Jakob Arjouni- Idioci (recenzja)

Jakob Arjouni- Idioci (recenzja)
     Gdyby ktoś mógł spełnić jedno Twoje życzenie, ale nie mógłbyś prosić o nieśmiertelność, miłość, zdrowie ani pieniądze, co by to było? Wiedziałbyś od razu, czy musiał byś się zastanowić? I czy życzenie dotyczyłoby bezpośrednio Ciebie czy kogoś innego? Między innymi takie pytania zadaje nam Jakob Arjouni, niemiecki autor kilku powieści kryminalnych i jednej... bajki.
    Akcja "Idiotów" toczy się współcześnie w Niemczech. Pięć osób zostaje odwiedzonych przez wróżkę, która może spełnić jedno życzenie i której bohaterowie nie będą za chwilę pamiętać. Wśród nich jest człowiek, który zawsze chce dobrze, ale nie widzi, że wychodzi wręcz odwrotnie, stojący u progu kariery scenarzysta przepełniony strachem, narcystyczna, nadopiekuńcza matka, powieściopisarz cierpiący na niemoc twórczą oraz dziennikarz, który myśli, że jest fajniejszy niż jest. Każdy z bohaterów jest inny, ma inne życie, problemy i marzenia. Każda z pięciu przedstawionych historii ma też inny koniec, ale to od punktu siedzenia zależy, czy można powiedzieć o szczęśliwym zakończeniu. Ta bajka nie jest optymistyczną sielanką. To gorzka opowieść o krótkowzroczności, zaślepieniu i strachu.
    Im dłużej myślę o tym, która z pięciu historii jest najlepsza, tym większy mam dylemat. Każda z nich ma coś w sobie i jest dobrym punktem wyjścia do długich i ciekawych dyskusji. Zbiór jest krótki, ale jego lektura, właśnie dzięki rozmyślaniom, może znacznie się przeciągnąć. Arjouni stawia przed nami mnóstwo pytań i otwiera oczy. Czy my sami nie zachowujemy się często jak jego bohaterowie? Czy dostrzegamy drzazgi w oczach innych, nie zauważając belki pod własną powieką? Jak niewiele potrzeba, żeby stać się tytułowym idiotą? Ale oprócz pytań, które nasuwają się od razu, pojawiają się też inne dylematy, nad którymi warto się zastanowić, jak chociażby pojawiający się w pierwszej bajce problem zaprzedania swoich ideałów.
    Pomysł na powieść jest bardzo interesujący i ciekawie zrealizowany. Przeszło mi przez myśl, że trochę szkoda, że autor nie rozwinął tego projektu bardziej, ale z drugiej strony mógłby przekombinować, a tak, otrzymaliśmy kompaktową, prostą, acz niebanalną lekcję pokory. Atutem tej niepozornej książki jest nie tylko treść, ale też forma. Każda z pięciu bajek jest napisana nieco inaczej, ale każda po prostu dobrze, a w przypadku "Obrony koniecznej" muszę pokusić się o stwierdzenie, że wręcz, kunsztownie.
    "Idioci" stoją na mojej półce od kilku lat, wracałam do nich kilkukrotnie i tak, jak za każdym razem stwierdzam, że okładka jest paskudna, tak samo każdorazowo dostrzegam w tej książce coś innego, inne odcienie uniwersalnych mądrości i prawd. Za każdym razem utwierdzam się też w przekonaniu, że zdecydowanie nie jest to lekka lektura i nie powinnam jej czytać do poduszki, bo sprawia, że myśli organizują sobie naprędce tor wyścigowy w mojej głowie. Kiedy zaś zamykam tą książkę, zawsze nachodzi mnie refleksja, że każdy z nas powinien mieć swój egzemplarz i czytać raz na jakiś czas.

http://www.nieperfekcyjnie.pl/p/grunt-to-okadka.html?showComment=1530544614928
 Recenzja bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka

06 lipca

Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. I

Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. I
     Ból związany z aparatem ortodontycznym to bardzo obszerny temat- przygotowując ten wpis, zlokalizowałam aż siedem potencjalnych przyczyn bólu związanego z aparatem na zęby, od przygotowań po noszenie, a przecież nie liczę jeszcze tego, co przede mną, czyli wyciągów gumowych i zdejmowania aparatu. W związku z tym, wysmarowałam tak długą notkę, że postanowiłam podzielić ją na dwie części- dziś skupię się na przygotowaniach i założeniu aparatu, a za tydzień będzie już o wszystkim, co dzieje się po odrutowaniu.
    Moje zupełnie pierwsze doświadczenie z aparatem było pośrednie- koleżanka zaczęła tę przygodę kilka lat temu i obserwowałam jej doświadczenia z bliska. Niestety, znajomej dokuczał ból nie tylko po założeniu aparatu, ale też po każdej wizycie kontrolnej. Podobne odczucia opisywali wszyscy, którzy aparat nosili, a z którymi miałam okazję na ten temat rozmawiać. Przyjęłam więc, że równanie:

aparat ortodontyczny = ból

jest prawdziwe i pogodziwszy się z tym, podjęłam kroki zmierzające w stronę odrutowania.
    Chronologicznie, pierwszą przyczyną odczuwania przeze mnie bólu w związku z aparatem na zęby, było usuwanie ósemek i jednocześnie wiązało się to z najsilniejszymi dolegliwościami. Przeszłam cztery ekstrakcje i za każdym razem ból miał inne nasilenie. Podczas każdej z nich miałam miejscowe znieczulenie, które minimalizowało ból podczas zabiegu, ten jednak pojawiał się około godziny-półtorej po wyjściu z gabinetu. Tylko w jednym przypadku rana poekstrakcyjna goiła się bezproblemowo- w pozostałych trzech zmagałam się z bardzo bolesnymi powikłaniami. Dwukrotnie miałam do czynienia z suchym zębodołem. Ostry ból pojawił się już około dwóch godzin po zabiegu i utrzymywał się mimo zastosowania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych i okładów z lodu oraz towarzyszył mu nieprzyjemny zapach z rany po zębie. Ulgę przynosił wtedy jedynie ketonal, chociaż skłamałbym twierdząc, że uwalniał od bólu- ketonal znacznie ten ból łagodził. Zimne okłady i płukanie jamy ustnej naparem z szałwii nie dawały nic, oprócz przekonania, że nie cierpię bezczynnie. Pomogło dopiero przeczyszczenie rany przez dentystę oraz terapia antybiotykowa. Szczerze mówiąc, suchy zębodół to najgorsze i najboleśniejsze, co mnie dotychczas spotkało- nie życzę nikomu. Po drugiej ekstrakcji zaczęłam odczuwać dolegliwości niemal identyczne jak po pierwszej, więc po weekendzie (ząb wyrwałam w piątek) od razu pojechałam do dentysty, żeby wyczyścił ranę. Okazało się, że ta goi się poprawnie, a ból wywołuje najprawdopodobniej afta powstała na skutek mikro urazu doznanego podczas zabiegu. W tym przypadku pomogły leki przepisane przez dentystę.
    Zarówno w przypadku suchych zębodołów jak i afty, ostry ból o dużym nasileniu utrzymywał się przez ponad tydzień, w trakcie którego niemożliwe było funkcjonowanie bez środków przeciwbólowych. Po tym czasie odczuwałam standardowy ból przechodzący w dyskomfort, związany z gojeniem się rany po ekstrakcji oraz kości. Utrzymywał się on do kilku tygodni (w moim przypadku najdłużej ok 5 tygodni). Dodatkowo, usunięcie ósemek wpłynęło na pozostałe moje zęby- zaczęły się przemieszczać i niestety nie spowodowało to, że zaczęły wyglądać lepiej. Wręcz przeciwnie- wbrew pozorom, zęby zamiast skorzystać z darowanego im dodatkowego miejsca i porozsuwać się, stłoczyły się jeszcze bardziej, wykrzywiając się przy okazji niemożliwie. Czasem te wędrówki wywoływały mniej lub bardziej dokuczliwy ból.
    Kiedy ma się już piekło ekstrakcji za sobą, lub to ogromne szczęście wylosowania możliwości ominięcia tego pola w grze pod nazwą "piękne zęby", czas na zakładanie separatorów. W moim przypadku, samo zakładanie separatorów nie było bolesne, a jedynie nieco nieprzyjemne. Dla niewtajemniczonych- separatory to małe gumeczki (takie, jak później zakłada się na aparat), które wkłada się pomiędzy zęby trzonowe na około tydzień przed założeniem aparatu, żeby pomiędzy tymi zębami zrobiło się miejsce na metalowe pierścienie. Te pierścienie zakłada się właśnie na zęby trzonowe i można powiedzieć, że są głównym stelażem aparatu. Wydawałoby się, że coś tak małego nie może za bardzo rozepchać zębów, zwłaszcza jeśli jest gumowe, więc zęby będą tą gumkę ściskać. Nic bardziej mylnego. Te małe cholery są tak skuteczne, że już dzień po założeniu separatorów musiałam przejść na dietę półpłynną, bo jedzenie płatków ryżowych na mleku, bez żadnych dodatków, było niemal niemożliwe- prawie ich nie gryzłam z powodu bólu. Na szczęście taki ból utrzymywał się tylko jeden dzień i to tylko przy jedzeniu- w kolejnych dniach mogłam jeść pokarmy stałe, pod warunkiem, że były odpowiednio miękkie. Kiedy nic nie jadłam ból był na tyle lekki, że nie musiałam się wspomagać żadnymi lekami (tylko pierwszego dnia brałam Apap). Co ważne- bolą nie tylko separowane zęby. One wywierają nacisk na kolejne, więc momentami bolał mnie cały łuk. Wyjmowanie separatorów trwa ułamek sekundy i może, ale nie musi boleć.
    Samo zakładanie aparatu można podzielić na kilka etapów i na szczęście nie jest prawie w ogóle bolesne. Na wszystkie zęby, oprócz tych wcześniej separowanych, ortodonta nakleja zamki (takie metalowe kosteczki, do których później mocuje się gumeczkami-ligaturami, drut)- jest to całkowicie bezbolesne. Następnie montuje się pierścienie- metalowe obręcze, wciskane i naklejane na zęby trzonowe. Do pierścieni przymocowane są zamki- nie wiem jak u innych, ale w moim przypadku, na górze są po zewnętrznej i wewnętrznej stronie, a na dole tylko po zewnętrznej. Zakładanie pierścieni było dla mnie nieco bolesne, bo po pierwsze trzeba było pracować na zębach obolałych po działaniu separatorów, a po drugie, pierścienie nieco "wcięły" mi się w dziąsło. Nie wiem, jak to opisać, ale chodzi o to, że żeby pierścień był stabilny, trzeba go dość mocno docisnąć i to dlatego bolało, jednak ból był niewielki i trwał dosłownie chwilkę. Kiedy wszystkie zamki są na swoich miejscach czas na drut- ortodonta najpierw wkłada go w zamki na pierścieniach, a następnie mocuje do zamków na pozostałych zębach, za pomocą gumeczek. Nie jest to bolesne, ale to w tym momencie zaczynają pojawiać się naprężenia, więc pojawia się dyskomfort. U mnie, w przypadku górnego łuku, na dyskomforcie się skończyło i kilka dni po założeniu aparatu chciałam już dzwonić do mojej ortodontki, bo zęby bolały jedynie podczas jedzenia, ale na pewno nie tak, jak moich znajomych, którzy przez co najmniej pierwsze trzy dni nie wytrzymywali z bólu. Natomiast w przypadku dolnego łuku od razu, tuż po założeniu drutu, poczułam silny dyskomfort, który chwilę po wyjściu z gabinetu przerodził się w ból.
    Ból wywołuje też oczywiście samo noszenie aparatu, ale o tym i innych przyczynach napiszę za tydzień.
    Jeśli zastanawiasz się nad założeniem aparatu i ból Cię przeraża, to pamiętaj, że jest on kwestią indywidualną i na jego wystąpienie wpływa tak wiele rzeczy, że można śmiało powiedzieć, że to loteria. W moim odczuciu, efekty noszenia aparatu w pełni ten ból rekompensują.
    A jak Wy znosiliście ból związany z przygotowaniami do założenia aparatu?

PS. Tu przeczytasz: "Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. II"

02 lipca

Katarzyna Nosowska- A ja żem jej powiedziała (audiobook; recenzja)

Katarzyna Nosowska- A ja żem jej powiedziała (audiobook; recenzja)

     Przyznam się bez bicia, choć znam osoby, które zaserwowałyby mi za to, co zaraz napiszę ostre cięgi, że Nosowską znam tylko z nazwiska i radiowych kawałków. Nie jestem fanką i nigdy nie przesłuchałam jej płyt. Dlaczego? Nie wiem, ale jakoś nie wzbudzała mojej sympatii i głupio mi ogromnie, bo okazało się, że to równa babka, a przynajmniej taki wniosek można wysnuć po wysłuchaniu jej audiobooka "A ja żem jej powiedziała".
    Debiutancka książka Kaśki Nosowskiej to zbiór 50 krótkich (czasem ledwo kilku zdaniowych) tekstów, które pod płaszczykiem humoru, mówią całkiem serio o naszym świecie, związkach, show biznesie i wielu innych. Nosowska niezwykle celnie diagnozuje skazy na rzeczywistości, ale nie stawia się w roli wszechwiedzącej i najmądrzejszej. Ba! W jednym z rozdziałów krytykuje stawianie celebrytów w roli ekspertów. Kaśka jest kąśliwa, jej uwagi są trafne, błyskotliwe, dowcipne ale i momentami gorzkie przez ich celność, natomiast wszystko to z zachowaniem niezwykłej wręcz skromności, co do której czuje się, że jest szczera i prawdziwa.
    Słuchając tego audiobooka, w pierwszej chwili pomyślałam, że jest skierowany do kobiet, nie tylko całkiem dojrzałych, ale nie do nastolatek. Jednak wraz z kolejnymi nagraniami (muszę przyznać, że mój odtwarzacz uparł się przy odtwarzaniu losowym, więc nie słuchałam z kolejnością obmyśloną przez autorkę) zmieniałam zdanie i ostatecznie jestem pewna, że tą książkę powinni przeczytać/przesłuchać wszyscy. Kobiety młode, bo Nosowska dzieli się wieloma mądrymi radami, także tymi, które wyniosła z domu będąc u progu dorosłości, jak również ważnymi uwagami na temat szacunku, miłości i związków. Kobiety dojrzałe, bo z pewnością mają o czym z Nosowską polemizować, ale też niejedna dojrzała pani powinna od Kaśki zaczerpnąć nieco luzu, dystansu do siebie i świata. Mężczyźni, i tu mam na myśli zarówno tych młodszych jak i starszych, bo z tych tekstów płynie nauka nie tylko na temat tego jak zadowolić kobietę, czy jak powinien wyglądać seks, ale też dużo ważniejsza- jaki wpływ macie Wy, Panowie, na swoje dzieci. Niezaprzeczalnie wielka gwiazda, ceniona i podziwiana, nader często wplata uwagi dotyczące relacji z ojcem, która pozostawiała wiele do życzenia, a która silnie wpłynęła na jej osobowość i całe życie. I tak z wielkiej Nosowskiej wyłania się mała Kasia, tęskniąca za ojcowskim ciepłem. Panowie, zróbcie tak, żeby Wasze córki, ale i synowie, nie identyfikowali się z Nosowską na tym polu.
    Słówko o stronie technicznej- wydawać by się mogło, że po usłyszeniu kilka razy, w krótkich odstępach "A ja żem jej powiedziała, Kaśka..." sprawi, że będzie się chciało przewijać pierwsze sekundy następnych nagrań. Otóż nie. Charakterystyczny, mimo, że nieco ochrypnięty, ale jednak miękki i ciepły, głos autorki sprawia, że chce się więcej i więcej, a na dźwięk "A ja żem jej powiedziała" gęba sama się uśmiecha. Strzałem w dziesiątkę jest obsadzenie Nosowskiej w roli lektorki, bo któż inny mógłby to przeczytać tak dobrze? Ponadto nie mogę przemilczeć kapitalnego stylu. Nosowska żongluje słowem sprawnie, elokwentnie, ale przy tym dowcipnie i nieszablonowo. Co prawda wyznaje na łamach książki, że nie przychodzi jej to łatwo, ale cieszę się, że podjęła się tego trudu- efekt jest świetny.
    We wstępie słyszymy, że "Sens zdarzeń objawia się z opóźnieniem.". Przez cały czas nie opuszczała mnie refleksja na temat tego, czy wokalistka grupy Hey zawsze była taka mądra, czy ta inteligencja, błyskotliwość i przede wszystkim dystans przyszły z czasem. Ta myśl nie chce mi wyjść z głowy, dlatego w pierwszej wolnej chwili poszukam starych wywiadów i spróbuję to sprawdzić.
    Audiobook "A ja żem jej powiedziała" niezaprzeczalnie i bezsprzecznie mnie zachwycił. Już teraz wiem, że niejednokrotnie do niego wrócę i czuję, że za każdym razem będę słyszała więcej. Sporo mnie też nauczył oraz zachęcił do tego, żeby o Nosowskiej dowiedzieć się nieco więcej, bo czuję, że zdecydowanie warto.

29 czerwca

Jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty i jak się do niej przygotować?

Jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty i jak się do niej przygotować?
 Każdy, kto zastanawia się nad założeniem aparatu na zęby, zastanawia się też, jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty i jak się do niej przygotować- mnie też to ciekawiło i pamiętam, że gorączkowo szukałam odpowiedzi na to pytanie, a teraz cieszę się, że sama mogę jej udzielić 😊 Przed pierwszą wizytą ważna jest na pewno świadomość, że ortodonta patrzy na problemy pacjentów zupełnie inaczej, niż oni sami- mi np. zależało tylko na tym, żeby wyprostować krzywe i nachodzące na siebie zęby, a okazało się, że dla ortodonty, największym problemem jest niewłaściwe ułożenie górnej i dolnej szczęki względem siebie i na tym się skupia.
 

Jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty przed założeniem aparatu?

    Pierwsza wizyta trwała niecałe pół godziny, w trakcie którego wypełniłam kartę pacjenta (dokument zawierający moje dane osobowe i informacje medyczne np. przyjmowane leki, przebyte operacje i zabiegi, czy choruję na choroby zakaźne itp.), ortodontka obejrzała dokładnie moje zęby i szczękę. Potwierdziła, że konieczne będzie leczenie ortodontyczne i opowiedziała pokrótce na czym ono polega. Dowiedziałam się nie tylko tego, jak działa aparat na zęby, ale także mniej-więcej ile czasu będę musiała go nosić. Usłyszałam też, przez jakie etapy będę musiała przejść, zanim założę aparat, tj. że konieczne jest przygotowanie wycisków, zrobienie dwóch zdjęć RTG, następnie, jeśli się zdecyduję, trzeba będzie wyleczyć wszystkie zęby, wymienić plomby (chociaż po przyjrzeniu się bliżej moim zębom, zmieniła zdanie i stwierdziła, że w moim przypadku nie jest to absolutnie konieczne i mogę nie wymieniać- decyzja należała do mnie), założyć separatory i na koniec będzie można założyć aparat. Na pierwszej wizycie zdecydowałam się też zrobić wyciski (mogłam to zrobić na kolejnym spotkaniu, ale wówczas polegałoby ono tylko na tym) i umówiłyśmy się, że w ciągu najbliższego tygodnia dostarczę zdjęcia RTG pantomograficzne oraz cefalometryczne, a także ustaliłyśmy termin kolejnej wizyty, mogłam też zadać wszelkie nurtujące mnie pytania. Zarówno wyciski jak i zdjęcia RTG są ortodoncie niezbędne do przeprowadzenia analizy naszej sytuacji i opracowania planu leczenia.
    Równie ważna, o ile nie istotniejsza, co pierwsza wizyta, była dla mnie druga konsultacja, na której moja ortodontka była już po przeprowadzeniu analizy wycisków i zdjęć, więc mogła mi udzielić więcej konkretnych informacji. Na drugiej wizycie przede wszystkim usłyszałam jaki jest plan leczenia, tzn. co w moim przypadku trzeba poprawić i jak moja ortodontka planuje to zrobić (musisz mieć świadomość, że ortodonci patrzą na szczękę inaczej niż pacjent- ja np. chciałam tylko wyprostować krzywe i zachodzące na siebie zęby, a okazało się, że trzeba też poprawić ułożenie górnej i dolnej szczęki względem siebie). Dowiedziałam się, że w moim wieku (26 lat) tyłozgryz, czyli wadę zgryzu, którą mam, najlepiej byłoby leczyć operacyjnie, ale alternatywą może być usunięcie dodatkowych zębów (ortodontka zaproponowała górne czwórki, ponieważ mam w nich spore wypełnienia i dolne piątki, które u mnie mają bardzo krótkie korzenie), niemniej jednak, zaproponowała też, żebyśmy spróbowały założyć najpierw aparat i zobaczyć efekty. Dopiero, jeśli postępy nie będą satysfakcjonujące usuniemy te dodatkowe zęby. Oprócz tego, na drugiej konsultacji dowiedziałam się dokładnie jakie są rodzaje aparatów, czym się różnią oraz, że możliwe, że w trakcie leczenia będę musiała mieć dołożony dodatkowy element aparatu- taką szynę rozpierającą pomiędzy siódemkami. Oczywiście zapoznałam się też z kosztami tego wszystkiego oraz ortodontka potwierdziła swoje wcześniejsze przypuszczenia co do orientacyjnego czasu leczenia. Ponadto, zapoznałam się z dokumentem określającym m.in. możliwe niepożądane skutki noszenia aparatu oraz zalecenia dla pacjenta i znowu miałam możliwość zadawania pytań w dowolnym momencie wizyty. Jako, że zdecydowałam się na leczenie, podpisałam umowę o leczenie ortodontyczne (zawierała podsumowanie planu leczenia, orientacyjny czas leczenia oraz kosztorys). Drugie spotkanie także trwało niecałe pół godziny.

    Zastanawiasz się pewnie na czym polega zrobienie wycisków zębów? Otóż ortodonta nakłada na specjalną szpatułkę równie specjalną masę, wkłada Ci to do ust i przyciska do zębów, ale tylko do jednego łuku na raz. Wolę to doprecyzować, bo ja bałam się, że nałoży mi do ust tej masy i będzie odciskała jednocześnie górę i dół i będę miała problemy z oddychaniem, albo coś w tym stylu 😅. Następnie czeka chwilę, aż masa nieco zastygnie i wyciąga szpatułkę, po czym robi to samo z drugim łukiem. W ten sposób powstaje forma do przygotowania gipsowego odlewu Twojego krzywego zgryzu (moja ortodontka ma w gabinecie gablotkę pełną takich odlewów- jest to doprawdy interesująca galeria). Trwa to dosłownie kilka minut i nie boli ani trochę, ale pozostawia charakterystyczny, metaliczny posmak w ustach na kilka godzin. Generalnie nie ma się czego bać.
 

Jak przygotować się do pierwszej wizyty u ortodonty?

    Już umawiając się na wizytę zapytaj, czy konsultacja jest płatna. Jeśli tak, to ile kosztuje i czy będzie można zapłacić kartą czy gotówką oraz, jeśli to dla Ciebie istotne- czy płatność za aparat będzie można rozłożyć na raty. Na pierwszą wizytę przygotuj sobie co najmniej taką kwotę, która pokryje koszt konsultacji, ale warto mieć więcej gotówki w zanadrzu. W moim przypadku, na pierwszej konsultacji płaciłam też za wyciski (czyli dodatkowe 100zł).
    Spisz na kartce lub w telefonie wszystkie pytania, jakie przychodzą Ci do głowy- nawet te najgłupsze. To ważne, bo podczas wizyty możesz zapomnieć o czymś, co Cię nurtuje mimo, że ortodonta na pewno sam udzieli Ci wielu informacji. Ja zwykle zaczynam spisywać takie pytania na kilka dni przed spotkaniem, bo zwykle nie zawsze pamiętam o wszystkich pytaniach w chwili, kiedy siadam do notowania- na ogół jeszcze kilka wątpliwych kwestii przypomina mi się później.
    Jeśli w przeszłości miałeś jakieś operacje, spisz sobie ich daty oraz informację co to dokładnie były za zabiegi. Najprawdopodobniej ortodonta poprosi Cię już na pierwszej wizycie o wypełnienie karty pacjenta, która zawiera tego typu informacje.
    W tym samym celu przygotuj sobie Twój numer PESEL.
    Przygotuj zdjęcia RTG pantomograficzne oraz cefalometryczne- ortodonta i tak będzie ich potrzebował do przeprowadzenia analizy, więc będziesz musiał je dostarczyć. Dzięki temu, że będziesz je miał już na pierwszej wizycie, zaoszczędzisz nieco czasu zarówno na jeżdżenie do gabinetu, ale też do kolejnej konsultacji.
    Nie muszę chyba pisać, że powinieneś umyć zęby?:)

26 czerwca

Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym

Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym

Na owoce czarnego bzu czeka wielu miłośników nalewek, konfitur i innych przetworów. Ja jednak zacieram ręce już w okresie jego kwitnienia, czyli od kwietnia do lipca, a to za sprawą fantastycznego deseru idealnego na wiosnę i pierwsze dni lata. Smażone kwiaty czarnego bzu, bo o nich myślę, skradły moje serce od pierwszego spróbowania- są delikatne w smaku, mają ciekawą nutę i są przyjemnie słodkawe. Świetnie komponują się z cukrem pudrem, ale warto zestawić je z nieco kwaśnymi dodatkami, takimi jak sok z cytryny czy sos truskawkowy. Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym to deser robiący duże wrażenie, ale jego przygotowanie jest na szczęście szybkie i banalnie łatwe, dzięki czemu świetnie sprawdzi się na spotkaniach z przyjaciółmi czy rodziną.
Ciekawostka- kwiatów czarnego bzu nie należy płukać, tracą wówczas aromat, dlatego ich czyszczenie polega tylko na otrzepaniu.

Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym- przepis

Potrzebujesz: 
  • baldachy czarnego bzu (na poniższą ilość ciasta potrzebnych będzie ok 4 dużych baldachów),
  • ciasto naleśnikowe (polecam to przygotowane wg poniższego przepisu),
  • olej do smażenia,
  • opcjonalnie: cukier puder do opruszenia i/lub sok z cytryny do skropienia. 
Ciasto naleśnikowe: 
  • 1 jajo,
  • szczypta soli,
  • ¼ szklanki wody (najlepiej gazowanej- ciasto będzie bardziej puszyste),
  • ¼ szklanki mleka,
  • łyżeczka cukru (może być waniliowy, ale zwykły też jest świetny),
  • ½ szklanki mąki.
Przygotowanie:
Jajko (całe) rozkłóć z solą za pomocą trzepaczki lub miksera do momentu aż będzie się pienić. Dodaj mleko, wodę i cukier a na koniec mąkę- mieszaj, aż składniki uzyskasz jednolite ciasto- jeśli będzie zbyt gęste dolej nieco wody, a nie mleka. Najlepiej, żeby ciasto trochę "odpoczęło"- będzie dzięki temu delikatniejsze, dlatego, jeśli masz czas, odstaw je na około pół godziny. Baldachy (same kwiaty) zamocz w cieście i smaż na gorącym oleju do uzyskania złotego koloru. Smażone kwiaty czarnego bzu oprósz cukrem pudrem i/lub skrop sokiem z cytryny. Jedz bez zielonych łodyżek- mają gorzki posmak. Możesz je poobcinać przed podaniem, lub podać z łodyżkami- dzieciaki lubią jeść ten deser rękoma łapiąc właśnie za łodyżki.
Smacznego :)

Widoczny na zdjęciu napój, to woda z arbuzem i miętą- smaczna, chociaż jak dla mnie smakuje jak woda ogórkowa, a nie arbuzowa.
Copyright © 2016 Swojemu po , Blogger