20 października

Aparat ortodontyczny na NFZ

Aparat ortodontyczny na NFZ
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
      Leczenie ortodontyczne jest dość bolesne, nie tylko fizycznie, ale niestety i finansowo- jakiś czas temu rozpisałam wszystkie poniesione przeze mnie koszty leczenia ortodontycznego. Mimo, że na rynku regularnie pojawiają się nowe, droższe technologie, które skracają czas potrzebny na wyleczenie wady albo poprawiają jakość leczenia, to jednak nie wpływa to znacząco na obniżenie kosztów "tradycyjnego" leczenia czy aparatów starszego typu. Nieco pocieszające jest to, że część kosztów jest rozłożona w czasie- na przykład za comiesięczne wizyty nie płaci się przecież za cały okres leczenia z góry, ale sukcesywnie, co miesiąc płaci się za daną konsultację. Tak czy inaczej w polskiej rzeczywistości koszty związane z noszeniem aparatu stałego są po prostu bardzo wysokie i dla wielu rodzin czy nawet osób samotnych jest to wydatek, do którego trzeba się przygotować ze znacznym wyprzedzeniem. W związku z tym wiele osób szuka sposobu na obniżenie kosztów leczenia- warto zastanowić się nad wyborem rodzaju aparatu, bo różnice w cenie sięgają ponad 6 tysięcy złotych za łuk, jest się więc nad czym zastanawiać. Kolejnym aspektem, który warto rozważyć jest wybór tańszego ortodonty lub takiego, do którego nie trzeba daleko jeździć (choć tu lepiej kierować się w 100% jakością, a nie ceną). Jedynym sposobem na całkowicie darmowe leczenie jest jego refundacja przez NFZ.
   Założenie aparatu ortodontycznego "na kasę chorych" jest możliwe, ale niestety warunki są bardzo ograniczone. Zasady, na których można korzystać z darmowej opieki ortodontycznej określa rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 06.11.2013 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia stomatologicznego (Dz.U. 2013.1462 ze zm.), przy czym w załączniku nr 6, w tabeli nr 1 można znaleźć pełną listę dostępnych świadczeń.. NFZ w ogóle nie refunduje aparatów stałych, a oferta skierowana jest tylko do dzieci. NFZ refunduje w ramach opieki ortodontycznej między innymi:
  • leczenie aparatem ruchomym: do końca 12. roku życia (w tym aparat ruchomy, za który nikt nie może pobierać opłat ani żadnych dopłat),
  • zdjęcia RTG wewnątrzustne: do 2 zdjęć w roku kalendarzowym,
  • pantomograf (zdjęcie RTG wszystkich zębów): najczęściej jednorazowo w czasie całego leczenia, w uzasadnionych przypadkach dwa razy w trakcie całego leczenia (na podstawie skierowania od ortodonty ze wskazaniem przez lekarza gdzie wykonać za darmo takie zdjęcie),
  • przygotowanie wycisków: do 12. roku życia, 
  • wizyty kontrolne w trakcie leczenia: maksymalnie 12 wizyt w roku kalendarzowym,
  • kontrolę wyników leczenia w okresie retencji (po zakończeniu leczenia, ale w okresie kiedy jeszcze trzeba kontrolować zgryz pod kątem tego, czy zęby się nie przesuwają): do końca 13. roku życia,
  • naprawę aparatu: do końca 13. roku życia.
Oznacza to, że jeśli Wasze dziecko nie ukończyło 12. roku życia, to NFZ może zapłacić za przygotowanie do leczenia, aparat zdejmowany, a jeśli leczenie zakończy się w 12. urodziny dziecka, to jeszcze przez rok może korzystać z darmowych wizyt kontrolnych (retencja zwykle trwa dłużej, bo mniej więcej tyle czasu, co noszenie aparatu, ale to i tak spora oszczędność).
    Dodatkowo, w ramach NFZ, do 18. roku życia można skorzystać z:
  • badania przeprowadzonego przez ortodontę,
  • korekcyjnego szlifowania zębów,
  • protezy dziecięcej częściowej lub całkowitej (w przypadku, jeśli dziecko ma ubytki w zębach- protezę wykonuje wówczas ortodonta). 
    Do ortodonty można się wybrać z dzieckiem bez skierowania do dowolnej placówki- nie obowiązuje tu zasada rejonizacji.


PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB!  

16 października

Katarzyna Michalak - Kawiarenka pod różą

Katarzyna Michalak - Kawiarenka pod różą
Czujesz te okruchy w łóżku?
      Są takie książki, których największym atutem jest to, że są krótkie, ale w tej nawet to mnie poirytowało. Ale może po kolei...
    Malownicze miasteczko gdzieś pod Chojnicami, może bliżej Tucholi (moje rejony- polecam, bo łatwo się kocha te strony). Pewnego dnia do najpiękniejszej, choć zapuszczonej kamienicy przy rynku wprowadza się na oko dwudziestokilkuletnia, piękna nieznajoma imieniem Amelia. Dziewczyna jakiś czas temu uległa wypadkowi (lub została napadnięta, tego nawet policja nie ustaliła), w wyniku którego straciła pamięć. Kiedy ją znaleziono miała na sobie za dużą kurtkę, a w kieszeni krótki liścik z adresem wspomnianej kamienicy i 20 tys. złotych. Dziewczyna nie ma pojęcia kim jest, ale czuje, że ma talent cukierniczy i postanawia otworzyć kawiarenkę. Pierwszego dnia zaprzyjaźnia się z miejscową aptekarką, przedszkolanką i sklepową, a dla równowagi podpada wójtowej, głównie tym, że jest i że pierwszego dnia pobytu w Zabajce wyskakuje w samej koszuli nocnej na rynek i krzyczy "Goooood moooorning, Zabajko!" (str.7.; serio, ale wierz mi proszę na słowo- nie sprawdzaj tego, bo to boli, kiedy się to czyta).
    Postaci, tak jak sama powieść, są sztampowe, kartonowe i nudne, mimo usilnych starań autorki. Piękna, dotknięta amnezją pozytywna wariatka, która życzliwością zjednuje sobie nawet najbardziej zatwardziałych złodupców. Facet, który ucieka przed miłością, przy czym zachowuje się jak nastolatek, który zaczyna się zakochiwać, choć miało to wyglądać na zachowanie zimnego drania. Nieśmiała, utalentowana dziewczyna, którą życie okrutnie zraniło, ale dzięki głównej bohaterce spełnia swoje marzenie (do czego wymagane było nieco gotówki i rozesłanie kilku CV). No i dla przeciwwagi zła wójtowa, którą od Strażnika Teksasu odróżnia jedynie brak wąsa i umiejętności rozłożenia przeciwnika kopniakiem z półobrotu (chociaż tak naprawdę pani Michalak nic o tym nie wspomina, więc może i wąs jest i półobrót), ale żaden obcy na jej terenie nie ma prawa oddychać bez jej wiedzy. Wracając do głównej bohaterki, chyba najlepiej charakteryzuje ją to, że szasta kasą na prawo i lewo, mimo, że wbrew pozorom, nie ma jej wiele, zważywszy na fakt, że nie ma pracy i musi urządzić się praktycznie od zera oraz to, że niedługo po wyjściu ze szpitala robi imprezę dla obcych ludzi, zamiast skupić siły na szukaniu swojej rodziny.
    Akcja powieści toczy się tempem jednostajnym- ani nie przyspiesza, ani nie zwalnia, co akurat jest pozytywem (chyba jedynym, więc jeśli jesteś tu w poszukiwaniu pozytywów, to możesz już poczytać o jakichś dobrych książkach, albo idź zrobić sobie pyszne pancakes owsiane). Ponadto akcja tej powieści toczy się jakoś tak dziwnie. Autorka naupychała tu kilka wyróżniających się wydarzeń, które postarała się jakoś ze sobą sklecić, ale pomiędzy nimi nie ma nic. Trzyma się to wszystko, ale stanowi bajeczkę dla dorosłych, która nie ma w sobie za grosz oczekiwanej magii, ma za to kilogramy infantylizmu i coś, co budzi irytację. O akcji mogę powiedzieć więc śmiało, że jest naiwna, momentami absurdalna i generalnie obraża moje uczucia społeczne. Jak? Przedstawienie społeczności małomiasteczkowej/wiejskiej jest żenujące- zapewniam Was, że w żadnej małej miejscowości nowy mieszkaniec nie ma co liczyć na wizytację jakichś nawiedzonych wójtowych i jej koleżaneczek. Ani normalnych ludzi. Po prostu traktujemy się jak normalni, cywilizowani ludzie w normalnych, cywilizowanych miejscach. Robienie z nas takich oszołomów jest uwłaczające, choć nie wiem, czy bardziej dla mnie czy autorki. Jeśli na wieś wprowadza się ktoś nowy, to zwyczajnie się z tym kimś witamy jak z każdym innym sąsiadem i nawiązujemy z nim takie same rozmowy, ale nie wpadamy do kogoś takiego z ciastem jak w amerykańskich filmach, ani nie podglądamy przez lornetki. I nie, nie śmieszy mnie to, jeśli to miało być zabawne. Po prostu nie. Poza tym, może pani Michalak poczuje się zaskoczona, ale w miastach ani miasteczkach nie ma wójtów- taka instytucja owszem istnieje, ale w gminach wiejskich. Odpowiednikiem wójta w gminach miejskich i miejsko-wiejskich jest burmistrz lub prezydent miasta- warto wiedzieć takie rzeczy (przy okazji zachęcam do głosowania w najbliższych wyborach samorządowych, które odbędą się 21.10.- warto wcześniej odrobić pracę domową, zrobić rozeznanie i wiedzieć, czy będzie się głosowało na wójta czy na burmistrza).
    Jeśli już tak sobie narzekam, to dorzucę jeszcze, że okrutnie, ale to okrutnie bolało/irytowało mnie:
  1. określenie "drimerka" używane przez narratora (narracja trzecioosobowa, gdyby ktoś popełnił grzech rozważania przeczytania tej książki). Że co? Przecież to kłuje w oczy. Gdyby nie było polskiego "marzycielka", to niech sobie będzie, ale co z "marzycielką"? Gdzieś narrator tłumaczy, że była drimerką, a nie marzycielką, bo nie bujała jedynie w obłokach, ale spełniała marzenia, czy coś równie absurdalnego. Serio to aż taka różnica? Drimerka to zdaje się słowo wymyślone przez panią Michalak- wujek Google wyszukuje na to hasło tylko witryny związane z książkami tejże właśnie pisarki. Mam nadzieję, że to określenie nigdy się nie przyjmie.
  2. powtarzanie wciąż określenia "bydgoski szpital" we wszystkich odmianach- to tam Amelia trafiła po wypadku, ale używanie właśnie takiego "zlepka", przy każdej okazji, kiedy była mowa o tym epizodzie, było uciążliwe. Nie wystarczyło napisać np. "po wyjściu ze szpitala", czytelnikowi trzeba bezwzględnie przypomnieć, że to był bydgoski szpital (no tak, przecież mógł być więcborski, tucholski, a nawet chojnicki- jeszcze by czytelnik pomylił i dopiero by było).
  3. ciągłe nawiązywanie do jednej z pierwszych scen, w której to Amelia wyskakuje ze swojego mieszkania w bieliźnie nocnej i nietypowym okrzykiem wita mieszkańców Zabajki- nagromadzenie wzmianek o tym przyprawia o mdłości. Bohaterowie nie mają o czym rozmawiać? Ciach- wrzućmy latanie w pidżamie po rynku. Bo wiecie, to takie szokujące i krejzi! (Coś mi się zdaje, że drimerki nie są szalone, tylko krejzi) Byłoby, gdyby to była powieść młodzieżowa, a nie skierowana do babeczek, które przekroczyły ćwierćwiecze. Szokuje mnie, że ktoś mógł wpaść na tak żenujący pomysł.
  4. otwieranie kawiarenki w totalnie nieperspektywicznym miejscu- to taka sztampa, że jeszcze jedna taka powieść i będę płakać. Pani Michalak uratowała moje serce przed pęknięciem w ostatniej chwili, wspominając o tym, że Amelia załatwiała w związku z tym biznesem jakieś formalności i urzędnicy rzucali jej kłody pod nogi- kropla realizmu i potwierdzenia, że akcja toczy się faktycznie w Polsce, zadziałała jak miód na moje serce.
  5. wątek miłosny- ok, niech napięcie rośnie powoli, niech będą przeszkody i wewnętrzne opory w kochankach, ale obrażanie się o każde słowo, przerysowane reakcje i rozmowy niepasujące do tego, co według narratora czują bohaterowie, to zdecydowanie nie to, co tygryski lubią najbardziej. Ba! To coś, czego tygryski nie akceptują i na co się nie godzą.
  6. banalne, potraktowanie po macoszemu i bez uwagi wątku molestowania seksualnego- tematu trudnego, bolesnego i ważnego. Po co coś takiego wprowadzać do idyllicznej, cukierkowej opowiastki, jeśli nie zamierza się tego rozwijać i omawiać w sposób wartościowy. Po co wprowadzać coś, co dla osób, które dotknął ten problem jest potwornym przeżyciem, raną, którą łatwo rozdrapać, a która goi się paskudnie i traktować to jak fraszkę? Ot, no ktoś kogoś molestował, i ten ktoś molestowany cierpiał, ale to tylko taki powód do zmiany otoczenia jak każdy inny, bo to przecież dobre wytłumaczenie, dlaczego młoda kobieta nagle zrywa kontakt z rodzicami, ale po co ciągnąć temat?
  7. to, że ilość książki w książce jest mniej więcej taka, jak ilość prawdziwego kakao w tabliczce mlecznej czekolady- generalnie ostatnia strona powieści ma numer 296, co daje objętość pozwalającą rozwinąć ciekawie (lub też nie) kilka wątków i zgrabnie (albo pokracznie) je zamknąć. Ale, jak się okazuje, tych 296 stron można też wykorzystać pisząc 91 stron powieści, w której wszystkie wątki zostają otwarte, a na reszcie wydrukować od groma przepisów na słodkości. Lubię książki, w które wplecione są przepisy kulinarne, ale to jest książka kulinarna, którą ktoś przetkał luźno powieścią. Serio- mamy tu cztery rozdziały, z których pierwszy to 21 stron, drugi 22, trzeci 23 i czwarty 25- razem 91. Reszta to nie tylko przepisy, ale też łamanie tekstu w taki sposób, że po końcu rozdziału mamy całą stronę pustą, bo tytuł rozdziału ma dla siebie pełną stronę oraz zarówno strony tytułowe rozdziałów jak i początek ich treści zaczynają się na prawych stronach. Z jednej strony jest to oczywiście estetyczne, ale z drugiej, gdybym kupiła tę książkę przed kilkugodzinną podróżą pociągiem nie zaglądając uprzednio do środka i kierując się objętością, a już w pociągu okazałoby się, że nie ma tam co czytać, byłabym wściekła. Autentycznie wściekła (i o 40 zł biedniejsza). No ja cię nie mogę, to około 30% całości- to dużo mniej niż połowa. HALO??? Panie Prezydencie? Jak żyć? To, że nie dzwonię do Urzędu Konsumenta wynika tylko z tego, że nie ma czego żałować, bo te 30% i tak mi się nie podobało (swoją drogą- UE wymaga, żeby czekolada mleczna zawierała min. 35% miazgi kakaowej- gdyby to była czekolada, nie można by jej nazwać czekoladą, więc dlaczego nazywam to powieścią?).
     Pani Michalak- jeśli pani przeczytała moją opinię, to przykro mi, ale nie mogłam inaczej. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa mogą być okrutne, ale czuję się dogłębnie rozczarowana. Niech pani tego nie traktuje personalnie, po prostu proszę tak więcej nie robić, dobrze? Ja ze swojej strony obiecuję przeczytać jeszcze inną pani powieść, pierwszą, która mi w bibliotece wpadnie w ręce, bo jestem niemożliwie ciekawa, czy miała pani słabszy okres, czy po prostu nie jesteśmy dla siebie stworzone.
    Tymczasem, podsumowując, muszę przyznać, że "Kawiarenka pod różą" jest powieścią słabą, rozczarowującą. Jej klimat i treść, nie pasują do grupy docelowej, do której zdaje się jest skierowane to opowiadanie- jej lukrowatość być może przypadłaby do gustu gimnazjalistkom, ale z pewnością nie rówieśnicom głównej bohaterki. Szkoda tego potencjału, który niewątpliwie był, który dawał nadzieję na przyjemną lub nawet zajmującą lekturę, a który niewątpliwie został zmarnowany. Dodatkowo, jako czytelnik, czuję się oszukana zagrywką marketingową, jaką niewątpliwie jest upchanie ogromnej ilości przepisów tak, by stworzyć złudzenie, że "Kawiarenka..." jest obszerniejsza niż w rzeczywistości. Mam nieodparte wrażenie, że autorka nie wyrobiła się z pisaniem w terminie i coś wydać trzeba było, zwłaszcza, iż rok później ukazała się "Amelia"- książka, która jest nie tylko kontynuacją "Kawiarenki...". "Amelia" łączy w sobie całą treść pierwszego tomu (obnażonego z przepisów) oraz kontynuację. Czy nie można było poczekać rok i wydać "Amelię" bez ściemy?

PS. Czy wiesz, że jeśli polubisz profil Swojemu Po na Facebooku, to będziesz na bieżąco z nowymi wpisami i być może unikniesz marnowania oczu na czytanie książek takich jak "Kawiarenka pod różą"?

Katarzyna Michalak: Kawiarenka pod różą, Wydawnictwo Filia, 2014; 296 stron (z czego tylko 89 to powieść)
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 października

Owsiane pancakes - idealne na drugie śniadanie do pracy

Owsiane pancakes - idealne na drugie śniadanie do pracy



    Przepis na owsiane pancakes, pochodzący z książki Nigelli Lawson- "Simply Nigella", wpadł mi w ręce (i w oko), kiedy już dość dawno temu szukałam alternatywy dla kanapek, które zabierałam do pracy. Nie mam nic przeciwko kanapkom, ale czasem fajnie jest zjeść na przerwie coś innego, a niedawno przypomniałam sobie o tym przepisie, zastanawiając się nad drugim śniadaniem, które nie uszkodzi mi aparatu ortodontycznego oraz które nie będzie sprawiało bólu i problemów podczas jedzenia. Owsiane placuszki świetnie się nadają- są pyszne, bardzo sycące, przyjemnie mięciutkie, a do tego banalnie proste i szybkie w przygotowaniu (ich zrobienie, łącznie ze smażeniem, zajmie ok 20 minut). Sprawdzą się nie tylko w roli (drugiego) śniadania, ale też słodkiego podwieczorku.
 

Owsiane pancakes - przepis

Składniki (na 6 szt.): 
  • 100g płatków owsianych (w oryginalnym przepisie zaznaczono, żeby nie były błyskawiczne, ale jak czasem robię właśnie z takich i też są dobre),
  • szczypta soli,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1,5 łyżeczki cynamonu,
  • 100ml mleka,
  • 1 jajko (duże),
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego,
  • olej do smażenia.
Przygotowanie:
   Płatki owsiane zblenduj do otrzymania mąki (nie musi być idealnie miałka- może mieć spore kawałki płatków, ale jeśli jesteś aparaciarzem, to licz się z tym, że te kawałki mogą Ci utknąć między drutami). W jednym naczyniu wymieszaj mleko z jajkiem i cukrem waniliowym, w drugim pozostałe suche składniki. Dodaj suche składniki do mokrych i wymieszaj do połączenia całości- ciasto powinno być dość gęste, tak, żeby rozlane na patelnię nie rozpływało się zbytnio.
    Smaż placuszki wielkości połowy dłoni, najlepiej na patelni do naleśników, na złoty kolor na niewielkiej ilości oleju. Przewracaj je jak na powierzchni pojawią się pęcherzyki powietrza- to idealny moment (po przewróceniu smaż jeszcze chwilę, mniej więcej tyle, co przed przewróceniem). Ja do wylewania ciasta na patelnię używam małej chochelki (takiej do sosu)- dzięki temu pancakes mają idealny rozmiar (mieszczą się po 2-3 sztuki na jednej patelni, dlatego smażenie jest ekspresowe). Podobną wielkość można uzyskać wylewając 1,5 łyżki stołowej ciasta. Przy takiej wielkości placuszków, ciasta powinno starczyć na 6 sztuk, dlatego ja praktycznie zawsze od razu mnożę składniki x2 (12 placków to porcja dla mnie na kolację + śniadanie do pracy na kolejny dzień).
    Ten przepis jest świetną bazą do kombinowania- możesz odpuścić sobie cynamon albo zastąpić go taką samą ilością kakao (albo dodać i jedno i drugie) i już placuszki smakują inaczej, ale nadal obłędnie. Planuję następnym razem dodać do ciasta posiekane orzechy- podejrzewam, że to będzie coś wspaniałego, ale na pewno dam znać jak wyszło.
    Placuszki są pyszne solo, ale przede wszystkim świetnie komponują się z sosami owocowymi, dżemami (najbardziej pasują te lekko kwaskowe) i/lub  twarożkiem (dobra, już bez świętoszkowania- są obłędnie pyszne jeśli się je posmaruje kajmakiem albo nutellą). Wersja dodatków widoczna na zdjęciu to twarożek + mus z czerwonych porzeczek (popełniony przez moją mamę) + banan + płatki migdałów (jeśli ktoś się zastanawia, to owszem, było to cudownie, absolutnie i niewyobrażalnie pyszne i ślinka mi cieknie na wspomnienie tego smaku).

Twarożek do owsianych pancakes:
  • 125g twarogu,
  • 2-3 łyżki jogurtu naturalnego.
    Ser należy po prostu zblendować z jogurtem do uzyskania gładkiej konsystencji (równie dobrze możesz użyć widelca zamiast blendera, ale wówczas nie uzyskasz kremowej konsystencji- twarożek widoczny na zdjęciu rozmemłałam właśnie widelcem).
    Autorka przepisu, Nigella Lawson, proponuje podawać pancakes z malinami w miodowym syropie, przygotowanymi według poniższej receptury (której ja szczerze mówiąc nie polecam- przygotowywałam ze świeżych malin i było to tak potwornie słodkie, że nie byłam w stanie przełknąć więcej niż 2-3 łyżeczek, a wiedz, że jestem strasznym łasuchem).

Maliny w miodowym syropie:
  • 150 g miodu
  • 150 g malin, świeżych lub mrożonych
Maliny umieścić razem z miodem w garnuszku i podgrzewać co najwyżej 3 minuty, często mieszając.

09 października

Paula Hawkins - Dziewczyna z pociągu

Paula Hawkins - Dziewczyna z pociągu
    Rachel codziennie jeździ pociągiem do Londynu i codziennie przygląda się z pociągu małżeństwu, które zdaje się być idealną parą- Rachel naprawdę wierzy w zbudowany w wyobraźni idylliczny obraz ich życia. Chce wierzyć, bo jej związek rozpadł się po tym jak mąż zostawił ją (jak się okazuje tyjącą, bezpłodną alkoholiczkę) dla innej (młodszej, atrakcyjnej blondynki, która zaszła z nim w ciążę). Pewnego dnia wszystko trafia szlag. Czy to przypadek, że mieszkanka domu obserwowanego przez Rachel znika krótko po tym, jak zostaje przyłapana na zdradzie przez alkoholiczkę przechodzącą załamanie nerwowe po zdradzie męża, która w dodatku nie pamięta co robi po pijaku?
    Książka zdecydowanie nie przypadnie do gustu Czytelnikom, którzy mają apetyt na wartką akcję, niemniej jednak rozsmakują się w niej wszyscy, którzy mają chrapkę na akcję wciągającą, mglistą, rozwijającą się leniwie, ale znacznie przyspieszającą na ostatniej prostej. Pani Hawkins snuje swoją opowieść bardzo charakterystycznie, w sposób, co do którego jestem pewna, że czytelnik może go albo z marszu pokochać albo wręcz odwrotnie. Ja trafiłam do tej pierwszej grupy. Autorka prowadzi narrację z punktu widzenia trzech kobiet- główną bohaterką zdecydowanie jest Rachel, ale jej opowieść uzupełniają Anna (nowa żona byłego męża Rach) oraz Megan (zaginiona dziewczyna mieszkająca cztery domy od Anny). To ciekawy zabieg, pozwalający rozszerzyć czytelnikowi horyzont, który zwykle w przypadku narracji pierwszoosobowej jest dość okrojony. Pani Hawkins uwiodła mnie także miarowym, budującym zaciekawienie odkrywaniem kart- początkowy obraz Rachel, przeciętnej trzydziestolatki, zmienia się diametralnie, podobnie z całą resztą. Autorka świetnie buduje napięcie, umiejętnie wprowadza nowe informacje oraz trzyma czytelnika w niepewności aż do samego końca.
    Bohaterowie są wielowymiarowi, żywi i każdy z nich boryka się z realnymi problemami. Mimo, że zachowanie Rachel często wywołuje zażenowanie i nie da się go racjonalnie wytłumaczyć, to jednak jestem daleka od stwierdzenia, że ta postać jest wykreowana na wyrost. To kobieta, która doświadczyła kilku życiowych tragedii, które nie mogły nie odbić się na jej psychice, zwłaszcza, że w obliczu trudnych doświadczeń nie mogła liczyć na odpowiednie wsparcie. Także pozostali bohaterowie dalecy są od papierowych, sztampowych manekinów, jakie często spotyka się w literackim tle, kiedy autor za bardzo skupi się na projektowaniu głównej postaci- każdy z nich to osobna historia, inne troski, demony i pragnienia, a wszystkie tak samo rzeczywiste. Początkowo uwierały mnie koligacje pomiędzy głównymi bohaterami, jednak szybko się do nich przekonałam.
    Jedyne, co nie do końca mnie przekonywało, to sposób, w jaki Rachel odkrywa prawdę o sobie i swoich pijackich wyczynach- muszę przyznać, że w adaptacji filmowej przedstawiono to wiarygodniej.
    "Dziewczyna z pociągu" to powieść, której akcja, mimo, że rozwija się bardzo, bardzo powoli, to jednak trzyma w napięciu, intryguje i nie pozwala się oderwać. Hipnotyczna. Mglista. Niepokojąca. Genialna.

PS. Czy wiesz, że jeśli polubisz profil Swojemu Po na Facebooku, to będziesz na bieżąco z nowymi wpisami?

Paula Hawkins: Dziewczyna z pociągu, Wydawnictwo Świat Książki, 2015; 328 stron
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

02 października

Remigiusz Mróz - Kasacja

Remigiusz Mróz - Kasacja
     Przyznam się bez bicia, że wypożyczyłam książkę pana Mroza wiedziona wyłącznie ciekawością, a moje podejście nie było pozytywne (delikatnie mówiąc). No bo jak to możliwe, żeby wydawać kolejne (bynajmniej nie krótkie) książki w tak małych odstępach czasu i zachować przy tym wysoką jakość? Gość jest za młody, żeby przypuszczać, że może przez lata pisał do szuflady, a teraz publikuje prace tworzone dużo, dużo wcześniej, jedynie zaktualizowane. Tak więc pomyślałam sobie "No, panie Remigiuszu, pokaż pan co pan tam wymyśliłeś." i zaczęłam czytać...
    Akcja powieści toczy się we współczesnej Polsce. Szanowana adwokat, pracująca dla jednej z największych kancelarii w kraju, zostaje obrońcą mężczyzny oskarżonego o morderstwo dwóch osób ze szczególnym okrucieństwem. Sprawy nie ułatwia fakt, że oskarżony jest synem znanego biznesmena, ani to, że oskarżony prawie się nie odzywa, tym bardziej, że nie przyznaje się do winy, ale też jej nie zaprzecza. Chyłka, wraz z dopiero co przydzielonym jej aplikantem, daje się wciągnąć w grę, w której nic nie jest oczywiste.
    Czytam sobie, czytam i myślę "Co to za głupia baba z tej Chyłki.". Czytam dalej, a tu ni z tego, ni z owego, połowa książki za mną a i sympatia do Chyłki mi przez ramię zagląda. O ile drugi z głównych bohaterów przypadł mi do gustu natychmiast (i cieszę się niezmiernie, że w rolę Zordona w serialu wcieli się Filip Pławiak, bo odpowiada moim wyobrażeniom o tej postaci), o tyle Chyłka zdecydowanie nie. Jej brak kultury i to, jak zachowała się w momencie pierwszego spotkania z Kordianem... Ręce opadają. Tym samym autor nieco łamie konwenanse i powszechny obraz ładnej i miłej pani adwokat. To, że nie spodobała mi się postać, nie oznacza jednak, że oceniam ten aspekt na minus- wręcz przeciwnie. Lubię, kiedy postaci wzbudzają we mnie różne emocje, nie są papierowi, mdli czy zgodni z moimi oczekiwaniami, bo to zwyczajnie może nudzić. Pan Mróz odsłania powoli przed czytelnikiem kolejne karty na temat przeszłości i życia prywatnego swoich bohaterów, co wzbudza ciekawość a z czasem i sympatię. Postaci może nie są dynamiczne, ale na pewno zmienia się stosunek czytelnika do nich wraz z ich lepszym poznaniem. Na plus zasługuje także wątek uczucia pomiędzy panią adwokat a aplikantem- napięcie rośnie bardzo, bardzo powoli, mimochodem. Bohaterowie się nie spieszą i nie poddają się instynktom od razu, wbrew wszystkiemu tak, jak to zwykle bywa w filmach, serialach czy książkach. Brawo!
    Autorowi, oprócz świetnych kreacji bohaterów, nie można odmówić także kreatywności, zręczności i umiejętności knucia. Intryga jest szyta na miarę, zaskakująca, a akcja trzyma w napięciu, nie puszczając ani na moment. Zwrotów akcji jest niemało, wszystkie są ciekawe, większość-nieprzewidywalna. Przy tym wszystkim, dla takiego laika jak ja, całość nie jest zanadto przerysowana, przesadzona- wszystko dla mnie jest życiowo prawdopodobne i tym pan Mróz wygrywa z amerykańskimi autorami. To znaczy- gdyby jacyś gangsterzy uknuli taki właśnie plan, to mogliby go tak przeprowadzić, choć szczerze mówiąc uważam, że gdyby to się wydarzyło na prawdę, to po prostu znaleźliby kozła ofiarnego, który poszedłby siedzieć za tą zbrodnię i finito. Ewentualnie tak ukryliby zwłoki, że nigdy by się nie znalazły. Ewentualnie wręczyli kopertę komu trzeba, żeby sprawę zamknięto z powodu niewykrycia sprawcy. Ale może chcieli się zabawić... A jeśli już o autentyczności mowa, to nie mogę nie wspomnieć i nie docenić tego, że w powieści znajduje się kilka odniesień do rzeczywistości. Nie chodzi wyłącznie o takie sprawy jak umiejscowienie akcji w Warszawie, a nie fikcyjnym mieście, ale na przykład o wzmianki o najgłośniejszych sprawach ostatnich lat.
    To wszystko zostało spięte lekkim piórem, przyjemnie prowadzoną narracją i dobrymi dialogami. Zawiłe prawnicze kwestie są opisywane przystępnie. Język używany przez narratora jest naturalny, z resztą podobnie jak ten, którym posługują się bohaterowie włączając to siarczyste bluzgi rzucane przez Chyłkę. Ktoś o "wrażliwych uszach" może się krzywić, ale dla mnie jest to atut budujący autentyczność postaci i całej powieści. Mówiąc krótko- "Kasację" bardzo dobrze się czyta.
    Podsumowując- ciekawość została zaspokojona, a wątpliwości rozwiane. Minus jest jeden i to tylko w postaci okładki, która niespecjalnie mi się podoba, zwłaszcza, że okładki tej serii są dla mnie niemal identyczne (fajnie, jeśli tworzą spójną serię, ale każda z nich jest inna). Zwracam honor panu Remigiuszowi, chylę czoła przed talentem i dziękuję za fantastycznie spędzony czas przy lekturze. Już nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z twórczością polskiego Johna Grishama- wiem, że na "Kasacji" nie poprzestanę, mimo, że dotychczas zdecydowanie nie przepadałam za thrillerami prawniczymi.

Remigiusz Mróz: Kasacja, Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015; 492 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

27 września

Michał Federowski, Aleksander Barszczewski - Diabelskie wesele. Bajki z Polesia

Michał Federowski, Aleksander Barszczewski - Diabelskie wesele. Bajki z Polesia
 
     "Bajki, podania i legendy są częścią naszej historii i kultury. Niniejszy tom jest zbiorem folklorystycznych opowieści z terenów Polesia, w którym pojawiają się bajki fascynujące, nieskrępowane ludową wyobraźnią (O królewnie, która zaszła w ciążę od śmiechu) oraz takie, w których kryje się mądrość naszych przodków (Jak kot sobie z lisami poradził). Oryginalny jest także sposób opisania świata, ludzki, prawdziwy, nasycony. Wywołując niechęć do postaw egoistycznych, kłamliwych i amoralnych, baśnie uczą sympatii do postaci szlachetnych, sprawiedliwych, uczciwych i sumiennych." (źródło opisu: Wydawnictwo Zysk i S-ka)
    Tymi słowami zachęca do sięgnięcia po niniejszą publikację wydawca, z którym nie sposób się nie zgodzić- bajki są częścią kultury. Ostatnio często słyszę o włoskim Dekameronie, bracia Grimm czy Andersen są tak silnie zakorzenieni kulturze (także we współczesnej), że nie sposób przeżyć tygodnia bez kontaktu z ich bajkami, a przynajmniej elementami ich bajek. To, w połączeniu z moimi, ostatnio bardzo częstymi, refleksjami na temat tego, że mitologię rzymską czy grecką znamy o niebo lepiej od rodzimej, sprawiło, że z dużym zainteresowaniem zdjęłam z bibliotecznej półki "Diabelskie wesele".
    Dziś będzie krótko, bo i bajki zebrane w tym zbiorze są nadzwyczajnie krótkie- dość powiedzieć, że na 243 stronach zmieściło się ich aż 87! Nie mogę powiedzieć, że bajki z Polesia są piękne. No nie. Są pełne przemocy, podstępów, diabłów (które o dziwo w kilku bajkach okazują się szlachetne), czarów i zabijających się wzajemnie braci. W każdej bajce, którą przeczytałam (nie czytałam wszystkich) ktoś zostaje zamordowany z zimną krwią. Przywykłam do bajek i baśni, które uczą, jak powinniśmy żyć, jacy być, pokazując pozytywne postawy. Natomiast mam wrażenie, że bajki z Polesia pokazują jaki jest świat, jacy są ludzie i w ten sposób uczą, co jest złe. Nie ma w tym nic złego, ale wydaje mi się, że sposób, w jaki zostały opowiedziane te bajki jest zbyt szorstki, dosadny i okrutny dla współczesnych dzieci. Być może wcześniej ludzie inaczej wychowywali potomstwo, od najmłodszych lat oswajając je z trudami życia i jego okrucieństwem. Poza bajkami uczącymi ostrożności, w zestawieniu znajdują się też na przykład takie, które pokazują, że czasem osoby niepozorne czy wręcz głupie, dzięki swej dobroci lub przebiegłości osiągają więcej, niż ludzie mądrzy (szereg bajek o dwóch mądrych braciach i jednym głupim).
     Język tych bajek jest bardzo prosty, ale to właśnie prości ludzie je tworzyli i opowiadali. Brak tu rymów, nadających utworom melodię czy rytm, za to mnóstwo tu archaicznych już słów, co z kolei nadaje pewien urok tym bajkom, legendom i przypowieściom. To, co totalnie mnie zaskoczyło, to kwestia erotyki- pojawia się w kilku bajkach i opisywana jest w sposób bezpośredni i dosadni (nie wydaje mi się, żeby było konieczne opowiadanie w bajce, że ktoś z kimś spółkował). Zdarzają się też bajki z elementami zabawnymi, czy kwiatki, które śmieszą, choć raczej nie powinny, takie, jak na przykład w bajce "O Turlajgroszku i smoku":
"Zobaczyła na wodzie siedem płynących strączków grochu. Wyłowiła je i zjadła. Od nich właśnie, jak to się zdarza z babami, zaszła w ciążę (...)" (str. 169)
    Zaskoczeniem była dla mnie bajka "Jak kot sobie z lisami poradził", której łagodniejszą wersję znam z dzieciństwa pod tytułem "Bajka o kotku i kogutku". Jest to bajka, którą opowiadała mi mama codziennie, co najmniej dwukrotnie, dopóki nie zasnęłam- inaczej nie usnęłabym wcale, bo to moja najukochańsza bajka. Akcja toczy się w taki oto sposób: kotek i kogutek mieszkają razem w lesie. Pewnego dnia kotek wybiera się do lasu po drewno na opał i ostrzega kogutka, że nie ma otwierać  drzwi nikomu poza nim. Ale naiwny kogut daje się zwieść podstępnemu lisowi (wybiegi stosowane przez lisa są wymyślniejsze i fajniejsze w wersji mojej mamy), który go porywa. Na szczęście kot słyszy wołanie o pomoc i w porę ratuje przyjaciela z opresji- taka sytuacja powtarza się trzykrotnie w kolejnych dniach. I od tego momentu wersje książkowa i mojej mamy znacząco zaczynają się różnić- według mojej mamy, czwartego dnia kot podjął decyzję, że nie będą więcej ryzykować i od tej pory kogut szedł do lasu razem z kotkiem- pracowali wspólnie. Natomiast wersja książkowa jest mniej łaskawa dla naiwnego ptaka- otóż kot czwartego dnia nie dociera na czas. Lisica smaży koguta na kolację. Zanim jednak lisia rodzina zasiada do posiłku, kot wywabia z nory kolejnych członków rodziny, zabija ich, po czym... wchodzi do nory i zjada usmażonego koguta. Kurtyna. Moim skromnym zdaniem, jest to wersja przykra i ucząca, że naiwność, bycie nieostrożnym, nieposłuszeństwo wobec opiekunów (kogut wobec lisa) a także ciekawość (lisiątka) może być srogo w życiu ukarana, ale nie mam pojęcia, alegorią czego, ma być zjedzenie koguta przez kota, co uważam za dalece okropne. Myślę, że łagodniejsza wersja przedstawiana przez moją mamę, jest lepsza, bo nie tylko uczy tego, że naiwność i nieposłuszeństwo rodzą niebezpieczeństwo, ale też uczą, żeby szukać mądrych rozwiązań ucząc się na błędach.
    Jako, że jest to wydanie ilustrowane (przez panią Magdę Rolkę), nie mogę przemilczeć ilustracji. Oprawa graficzna jest bardzo klimatyczna, pasująca do zebranych bajek. Ilustracje są nieco twarde z wyraźną kreską. Łączą prostotę i dbałość o szczegóły. Dodatkowo wydanie obfituje w rzucane gdzieniegdzie dodatkowe rysunki, najczęściej są to kwiatki wypełniające pustą przestrzeń, jeśli po zakończeniu bajki zostało pół pustej strony- jest to dość urocze i dla mnie wygląda trochę tak, jakby właściciel książki domalował je sam, tak, jak czasem to robią dzieci.
Jak widać miś Nielubiś był tak zaintrygowany, że dopił herbatę zanim dotarliśmy choćby do połowy.
    Podsumowując, mimo, że "Diabelskie wesele. Bajki z Polesia" to tradycyjne bajki, pełne cudów, czarów i gadających zwierząt, zdecydowanie nie przeczytałabym im swoim siostrzeńcom i bratankom. Są zdecydowanie zbyt krwiste dla dzieci, ale jako ciekawostkę, przybliżenie kultury wschodnioeuropejskiej czy bazę do snucia starych-nowych bajek dzieciom (wystarczy te nieco zmodyfikować) dorosłym polecam w stu procentach, bo lektura tych bajek to naprawdę ciekawe doświadczenie.

Mmichał Federowski, Aleksander Barszczewski: Diabelskie wesele. Bajki z Polesia, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2013; 243 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

25 września

Zupa krem z dyni

Zupa krem z dyni
    Decydując się na założenie aparatu ortodontycznego należy nastawić się nie tylko na to, że trzeba będzie poświęcać więcej czasu na higienę jamy ustnej czy że trzeba będzie radzić sobie z bólem, ale też, że trzeba zmienić swoje nawyki żywieniowe. Kiedy zęby się przesuwają, nie sposób wszystkiego pogryźć, poza tym twarde pokarmy mogą uszkodzić aparat. Na szczęście nie trzeba się przestawiać na papki dla niemowląt- wystarczy nieco inwencji. Jednym z moich ulubionych sposobów na obiad, kiedy zęby mi dokuczają są zupy- co prawda w moim przypadku ból jest na tyle delikatny, że spokojnie mogę jeść zupy w klasycznej postaci- miękkie warzywa nie stanowią dla mnie problemu. Jednak po ekstrakcji ósemek nawet to nie wchodziło w grę- wówczas błogosławieństwem były kremowe zupy. A kiedy zaczyna się sezon dyniowy, to oczywiste jest, że jak krem, to tylko z dyni!
    
 

Zupa krem z dyni- przepis

Potrzebujesz: 
  • trzy średniej wielkości ziemniaki,
  • surowa dynia- obrana ze skórki, pozbawiona nasion, pokrojona na kawałki- objętościowo 3x tyle, co ziemniaków,
  • średnia marchewka,
  • mała cebula,
  • czosnek surowy (ja daję 1 ząbek, ale jeśli wolisz bardziej czosnkowe zupy, dodaj więcej),
  • łyżka oleju lub oliwy,
  • około 1 litra wywaru drobiowego,
  • sól,
  • pieprz, 
  • mielona papryka słodka i/lub ostra,
  • imbir suszony,
  • do posypania: prażone ziarna słonecznika lub dyni, posiekana zielenina (u mnie nać pietruszki).
Przygotowanie:
    Przygotuj bulion. W ostateczności możesz wykorzystać kostkę rosołową- rozpuść ją w szklance gorącej wody i odstaw na bok (ale nie polecam- lepiej poświęcić nieco więcej czasu i zrobić prawdziwy bulion, kostki rosołowe to sam syf).
    W garnku zeszklij na łyżce oliwy pokrojoną w kostkę cebulę, następnie dodaj przeciśnięty przez praskę czosnek- chwilę podsmażaj (nie długo- jeśli się spali, całość będzie gorzka). Dodaj pokrojoną dynię, marchew i ziemniaki pocięte jakkolwiek (i tak na końcu wszystko zblendujesz)- podsmażaj co chwilę mieszając, aż warzywa nieco puszczą soki.
    Zalej bulionem (jeśli korzystasz z kostki rosołowej, to zalej tą szklanką rozpuszczonej kostki i dolej 3 szklanki wody). Dopraw do smaku solą, pieprzem, papryką i imbirem (jeśli używasz świeżego imbiru, to pamiętaj, żeby dodawać małymi porcjami, bo ma bardzo intensywny smak), gotuj tak długo, aż warzywa się rozgotują- w tym momencie zupa jeszcze nie będzie gęsta, rozgotowane warzywa nieco złamią wodnistą konsystencję, ale nie będzie to gęste. Odstaw zupę, żeby przestygła i dopiero wtedy ją zblenduj- nie blenduj wrzącej zupy, bo stępisz ostrza blendera.
    Podawaj z kleksem śmietany, grzankami (pokrój chleb w kostkę i upraż na patelni), posiekaną zieleniną i/lub prażonymi ziarnami.
    Taką zupę możesz przechowywać w lodówce do trzech dni.

22 września

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów
    Tytułowa "Klinika cudów" to szpital, w którym Mathieu Sorin leczy zaburzenia odżywiania. Osią fabuły są losy pięciu pacjentów kliniki: bulimiczki Emilie, anorektyczki Sarah, otyłych Liliane i Ralpha oraz jeszcze bardziej otyłej Delphine. Czy da się ich wyleczyć? Doktor Sorin jest zdania, że jeśli tylko uda się rozwiązać problemy z ich psychiką, uzdrowienie ciała będzie tylko "efektem ubocznym".
    Książka zainteresowała mnie dlatego, że sama miałam swego czasu problemy z odżywianiem, ale przeszło mi już po lekturze kilku pierwszych zdań. Zainteresowanie książką, nie problemy z odżywianiem- z tymi poradziłam sobie już dawno temu. Nie będę owijać w bawełnę- ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że pisać może każdy, ale nie każdy powinien (a przynajmniej nie każdy powinien publikować swoją twórczość). Jedynym plusem jaki tu dostrzegam, jest dołączenie do książki aneksu z kartami chorób głównych bohaterów, ale myślę, że o wiele fajniej byłoby, gdyby te karty znajdowały się na początku- zaczynając lekturę właściwej części książki już wiedzielibyśmy kto jest kto. Byłoby to o tyle korzystne, że autor pogrupował pacjentów według wieku: młode bohaterki mają anoreksję i bulimię, starsi są chorobliwie otyli przez co trudno ich rozróżnić. To nie jedyny minus- pacjentów łączą nie tylko zaburzenia odżywiania, ale też status społeczny- każdy z nich jest bogaty i/lub ma bogatych/znanych bliskich. Może i to uwiarygadnia klinikę, która jest renomowanym paryskim ośrodkiem, ale z drugiej strony sprawia, że trudno jest utożsamiać się z bohaterami oraz sprawia, że ktoś, kto nie ma dobrego zdania o osobach z zaburzeniami odżywiania może stwierdzić, że ta książka potwierdza, że to domena osób, które nie mają prawdziwych problemów. Na niekorzyść "Kliniki cudów" przemawia też to, że dialogi są mdłe i płytkie, tak samo jak płytko są potraktowane aspekty psychologiczne chorób pacjentów. Owszem, autor podaje przyczyny zaburzeń, ale ktoś, kto nie rozumie takich chorób, na pewno nie przybliży się do ich zrozumienia po lekturze tej książki. Wątek romantyczny? Jest tak kiepski i odrealniony, że może lepiej spuszczę na niego zasłonę milczenia. Poza tym, ta książka jest po prostu nudna- zwyczajnie, po książkowemu nudna, mimo takich zwrotów akcji, jak "porwanie" z kliniki jednej z pacjentek- córki ministra przez pielęgniarza.
    Słówko jeszcze na temat bardziej techniczny- uwierał mnie w tej powieści sposób prowadzenia narracji- jest to narracja trzecioosobowa, przy czym z początku są to jakby rozważania doktora Sorina, ale później, kiedy dochodzi do wspomnianego "porwania" jest to pozbawione sensu, wszak Sorina nie ma z uciekinierami. Mogłabym to zdzierżyć, bo to chyba kwestia mojego odczucia, ale już niezmiernie irytującą dla mnie kwestią było zastosowanie czasu teraźniejszego w narracji. Brzmi to tak:
"Wielkie żółte słońce ogrzewa anemiczny trawnik przed wejściem do kliniki. Po schodach prowadzących do środka wchodzi Baptiste de Luzille w towarzystwie młodej, pełnej uroku kobiety. W drzwiach niemal zderza się z dwoma mężczyznami w firmowych koszulkach jakiegoś atelier. Reżyser waha się przez chwilę. Czy przypadkiem nie pomylił budynku? Chyba jednak nie, poznaje ten hol. Anonsuje swoje przybycie w recepcji i kieruje się w stronę widny. Na piętrze puka do drzwi." (str. 317)
 Taka narracja na pewno sprawdza się w dynamicznych scenach, jak na przykład scena reanimacji anorektyczki, której zatrzymała się akcja serca, ale w przypadku całej reszty powieści, gdzie akcja jest leniwa, jest to zwyczajnie irytujące.
    Podsumowując- nie, nie i jeszcze raz nie. Co prawda, w przeciwieństwie do "Placu Zbawiciela" dałam radę dobrnąć do końca, ale chyba tylko przez wzgląd na moje osobiste doświadczenia z niejedzeniem. Oprócz wspomnianego aneksu dostrzegam zaledwie jeszcze jeden pozytyw w tej książce- trafny tytuł. Otóż, ta klinika faktycznie musi być cudowna, skoro chorująca od dwóch lat na anoreksję dziewczyna pozwala poić się gorącą czekoladą oraz karmić się chlebem z masłem oraz twarożkiem z miodem, mimo, że jeszcze niedawno trzeba było ją potraktować defibrylatorem, bo umarłaby niechybnie na skutek niedoboru potasu.

Jean-Michel Cohen: Klinika cudów, Wydawnictwo Świat Książki, 2009;362 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 września

Emma Donoghue - Cud

Emma Donoghue - Cud
    Ta książka przypomniała mi o fenomenie Baader-Meinhof, który polega mniej więcej na tym, że tuż po tym, jak pierwszy raz się z czymś spotykamy, trafiamy na to kilkukrotnie w stosunkowo krótkim czasie. W moim przypadku chodziło o angielską twórczynię nowoczesnego pielęgniarstwa- panią Florence Nightingale (ang. słowik). Jej uczennice nazywano "słowikami". Nigdy wcześniej nie słyszałam ani o pani Słowik, ani o jej "słowiczkach", a wkrótce po tym, jak przeczytałam o nich w "Cudzie", w ciągu zaledwie dwóch tygodni kilka razy trafiłam na wzmianki na ich temat w innej książce, internecie i filmie. Fascynujące zjawisko (swoją drogą, pani Nightingale jest równie fascynującą postacią- polecam zapoznanie się z jej życiorysem- bardzo inspirująca kobieta).

    Rok 1850, irlandzka wieś. 11- letnia Anna O'Donnell przestaje jeść. Zupełnie. Jest bardzo pobożna, twierdzi, że żywi się "manną z nieba" i wygląda na to, że faktycznie nie przyjmuje żadnych posiłków oraz pije jedynie niewielkie ilości wody. Rosnące zainteresowanie poszczącą dziewczynką sprawia, że specjalna komisja zatrudnia dwie pielęgniarki, które przez dwa tygodnie będą obserwowały dziewczynkę, by ustalić, czy przypadek Anny to cud czy może mistyfikacja.
"Ale co może zrobić dla ocalenia dziecka, które ocalone być nie chce?" (str. 250)
    Powieść opowiedziana jest z punktu widzenia trzydziestoletniej angielki, Lib Wright, "słowiczka", jednej z dwóch pielęgniarek zatrudnionych do obserwacji Anny, Mimo to, autorka postawiła na narrację trzecioosobową, dzięki czemu czytelnik ma szerszy horyzont. Lib nie ma dobrego zdania ani o Irlandii, ani o Irlandczykach, ani o sprawie Anny. Ma za to wyrazisty charakter, przez który początkowo trudno ją polubić, ale jak to z dynamicznymi postaciami bywa, autorka w końcu ociepla wizerunek Lib. Równie wyraziste, wzbudzające przeróżne emocje, są także pozostałe postaci tej historii- jak pisze autorka:
"Każdy jest skarbnicą sekretów."
i świetnie podsumowuje to najważniejsze osoby tej opowieści. Tacy bohaterowie, w połączeniu z leniwie rozwijającą się, acz niezwykle ciekawą, akcją tworzą bardzo, bardzo udaną powieść. Intryga uknuta przez panią Donoghue wciąga jak irlandzkie trzęsawiska, a zwroty akcji sprawiają, że chce się przyspieszyć tempo czytania. Ogromnym plusem jest też wielowątkowość- to powieść nie tylko roztrząsająca zagadkę natury religijnej, ale także obraz XIX wiecznej Irlandii i ówczesnej obyczajowości (w tym wszechobecnego mezaliansu pomiędzy pobożnością a zabobonami przejawiającymi się zarówno wiarą w czary, jak i chochliki), jest studium nad dzieckiem dotkniętym tragedią, ale na uwagę zasługuje też wątek życia prywatnego głównej bohaterki. Wszystkie te wątki są zbudowane bardzo ciekawie, nieszablonowo i nie pozwalają się nudzić, choć "Cud" z pewnością nie jest jedynie rozrywką. Autorka nie tylko opowiada niesamowitą, niewyobrażalną wręcz, historię, ale też daje do myślenia. Wisienkę na torcie stanowi zakończenie, które jedynie częściowo da się przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem- niemniej jednak pewien aspekt zakończenia był dla mnie bardzo zaskakującym wybiegiem.
"Los jest bezimienny, a życie to dzieło przypadku, »opowieść idioty«." (str. 260)
    Chyba jedyny zarzut, jaki mam, dotyczy nie samej powieści, ale kwestii marketingowej- otóż na odwrocie książki znajduje się rekomendacja Stephena Kinga, w której można przeczytać, że jest to powieść oparta na faktach- nie ukrywam, że ta informacja bardzo rozbudziła moją wyobraźnię i zachęciła do lektury. Natomiast na końcu książki znajduje się informacja, że inspiracją dla autorki były liczne przypadki długotrwałych postów, które odnotowano na przestrzeni wielu lat na całym świecie, ale nie ma tam żadnej informacji o historii zbliżonej do tej opisanej przez panią Donoghue. Czuję się więc nieco oszukana użytym na wyrost stwierdzeniem, że jest to historia oparta na faktach. Piszę to jednak bardziej w ramach ciekawostki i z chęci zwrócenia uwagi na problem przerysowywania faktów na potrzeby marketingu- "Cud" broni się sam, więc taki szczegół nie jest w stanie zepsuć odbioru tej powieści.
    Nie mogę nie wspomnieć też o wydaniu, jakie wpadło mi w ręce, ponieważ zauroczyła mnie jego estetyka. Okładka jest dość gruba (choć nie twarda), drukowana na papierze powlekanym matową, bardzo przyjemną w dotyku powłoką. Porównałabym to do delikatnego weluru. Tekst jest już nadrukowany zwykłą farbą z połyskiem, dzięki czemu kontrastuje z resztą. Okładka naprawdę jest obłędna- jest to najprzyjemniejsza w dotyku okładka, z jaką miałam do czynienia i dotykanie jej jest równie przyjemnie jak wąchanie nowego egzemplarza (nie ściemniajcie- wiem, że też to kochacie).
    Podsumowując, jest to książka fantastyczna pod każdym kątem, którą pochłania się ekspresowo. Jedna z tych, którą chce się przeczytać jak najszybciej, ale jednocześnie nie chce się, żeby się skończyła. Naprawdę cudowna, porywająca opowieść.

Emma Donoghue: Cud, Wydawnictwo Sonia Draga, 2017;288 stron
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger