22 września

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów
    Tytułowa "Klinika cudów" to szpital, w którym Mathieu Sorin leczy zaburzenia odżywiania. Osią fabuły są losy pięciu pacjentów kliniki: bulimiczki Emilie, anorektyczki Sarah, otyłych Liliane i Ralpha oraz jeszcze bardziej otyłej Delphine. Czy da się ich wyleczyć? Doktor Sorin jest zdania, że jeśli tylko uda się rozwiązać problemy z ich psychiką, uzdrowienie ciała będzie tylko "efektem ubocznym".
    Książka zainteresowała mnie dlatego, że sama miałam swego czasu problemy z odżywianiem, ale przeszło mi już po lekturze kilku pierwszych zdań. Zainteresowanie książką, nie problemy z odżywianiem- z tymi poradziłam sobie już dawno temu. Nie będę owijać w bawełnę- ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że pisać może każdy, ale nie każdy powinien (a przynajmniej nie każdy powinien publikować swoją twórczość). Jedynym plusem jaki tu dostrzegam, jest dołączenie do książki aneksu z kartami chorób głównych bohaterów, ale myślę, że o wiele fajniej byłoby, gdyby te karty znajdowały się na początku- zaczynając lekturę właściwej części książki już wiedzielibyśmy kto jest kto. Byłoby to o tyle korzystne, że autor pogrupował pacjentów według wieku: młode bohaterki mają anoreksję i bulimię, starsi są chorobliwie otyli przez co trudno ich rozróżnić. To nie jedyny minus- pacjentów łączą nie tylko zaburzenia odżywiania, ale też status społeczny- każdy z nich jest bogaty i/lub ma bogatych/znanych bliskich. Może i to uwiarygadnia klinikę, która jest renomowanym paryskim ośrodkiem, ale z drugiej strony sprawia, że trudno jest utożsamiać się z bohaterami oraz sprawia, że ktoś, kto nie ma dobrego zdania o osobach z zaburzeniami odżywiania może stwierdzić, że ta książka potwierdza, że to domena osób, które nie mają prawdziwych problemów. Na niekorzyść "Kliniki cudów" przemawia też to, że dialogi są mdłe i płytkie, tak samo jak płytko są potraktowane aspekty psychologiczne chorób pacjentów. Owszem, autor podaje przyczyny zaburzeń, ale ktoś, kto nie rozumie takich chorób, na pewno nie przybliży się do ich zrozumienia po lekturze tej książki. Wątek romantyczny? Jest tak kiepski i odrealniony, że może lepiej spuszczę na niego zasłonę milczenia. Poza tym, ta książka jest po prostu nudna- zwyczajnie, po książkowemu nudna, mimo takich zwrotów akcji, jak "porwanie" z kliniki jednej z pacjentek- córki ministra przez pielęgniarza.
    Słówko jeszcze na temat bardziej techniczny- uwierał mnie w tej powieści sposób prowadzenia narracji- jest to narracja trzecioosobowa, przy czym z początku są to jakby rozważania doktora Sorina, ale później, kiedy dochodzi do wspomnianego "porwania" jest to pozbawione sensu, wszak Sorina nie ma z uciekinierami. Mogłabym to zdzierżyć, bo to chyba kwestia mojego odczucia, ale już niezmiernie irytującą dla mnie kwestią było zastosowanie czasu teraźniejszego w narracji. Brzmi to tak:
"Wielkie żółte słońce ogrzewa anemiczny trawnik przed wejściem do kliniki. Po schodach prowadzących do środka wchodzi Baptiste de Luzille w towarzystwie młodej, pełnej uroku kobiety. W drzwiach niemal zderza się z dwoma mężczyznami w firmowych koszulkach jakiegoś atelier. Reżyser waha się przez chwilę. Czy przypadkiem nie pomylił budynku? Chyba jednak nie, poznaje ten hol. Anonsuje swoje przybycie w recepcji i kieruje się w stronę widny. Na piętrze puka do drzwi." (str. 317)
 Taka narracja na pewno sprawdza się w dynamicznych scenach, jak na przykład scena reanimacji anorektyczki, której zatrzymała się akcja serca, ale w przypadku całej reszty powieści, gdzie akcja jest leniwa, jest to zwyczajnie irytujące.
    Podsumowując- nie, nie i jeszcze raz nie. Co prawda, w przeciwieństwie do "Placu Zbawiciela" dałam radę dobrnąć do końca, ale chyba tylko przez wzgląd na moje osobiste doświadczenia z niejedzeniem. Oprócz wspomnianego aneksu dostrzegam zaledwie jeszcze jeden pozytyw w tej książce- trafny tytuł. Otóż, ta klinika faktycznie musi być cudowna, skoro chorująca od dwóch lat na anoreksję dziewczyna pozwala poić się gorącą czekoladą oraz karmić się chlebem z masłem oraz twarożkiem z miodem, mimo, że jeszcze niedawno trzeba było ją potraktować defibrylatorem, bo umarłaby niechybnie na skutek niedoboru potasu.

Jean-Michel Cohen: Klinika cudów, Wydawnictwo Świat Książki, 2009;362 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 września

Emma Donoghue - Cud

Emma Donoghue - Cud
    Ta książka przypomniała mi o fenomenie Baader-Meinhof, który polega mniej więcej na tym, że tuż po tym, jak pierwszy raz się z czymś spotykamy, trafiamy na to kilkukrotnie w stosunkowo krótkim czasie. W moim przypadku chodziło o angielską twórczynię nowoczesnego pielęgniarstwa- panią Florence Nightingale (ang. słowik). Jej uczennice nazywano "słowikami". Nigdy wcześniej nie słyszałam ani o pani Słowik, ani o jej "słowiczkach", a wkrótce po tym, jak przeczytałam o nich w "Cudzie", w ciągu zaledwie dwóch tygodni kilka razy trafiłam na wzmianki na ich temat w innej książce, internecie i filmie. Fascynujące zjawisko (swoją drogą, pani Nightingale jest równie fascynującą postacią- polecam zapoznanie się z jej życiorysem- bardzo inspirująca kobieta).

    Rok 1850, irlandzka wieś. 11- letnia Anna O'Donnell przestaje jeść. Zupełnie. Jest bardzo pobożna, twierdzi, że żywi się "manną z nieba" i wygląda na to, że faktycznie nie przyjmuje żadnych posiłków oraz pije jedynie niewielkie ilości wody. Rosnące zainteresowanie poszczącą dziewczynką sprawia, że specjalna komisja zatrudnia dwie pielęgniarki, które przez dwa tygodnie będą obserwowały dziewczynkę, by ustalić, czy przypadek Anny to cud czy może mistyfikacja.
"Ale co może zrobić dla ocalenia dziecka, które ocalone być nie chce?" (str. 250)
    Powieść opowiedziana jest z punktu widzenia trzydziestoletniej angielki, Lib Wright, "słowiczka", jednej z dwóch pielęgniarek zatrudnionych do obserwacji Anny, Mimo to, autorka postawiła na narrację trzecioosobową, dzięki czemu czytelnik ma szerszy horyzont. Lib nie ma dobrego zdania ani o Irlandii, ani o Irlandczykach, ani o sprawie Anny. Ma za to wyrazisty charakter, przez który początkowo trudno ją polubić, ale jak to z dynamicznymi postaciami bywa, autorka w końcu ociepla wizerunek Lib. Równie wyraziste, wzbudzające przeróżne emocje, są także pozostałe postaci tej historii- jak pisze autorka:
"Każdy jest skarbnicą sekretów."
i świetnie podsumowuje to najważniejsze osoby tej opowieści. Tacy bohaterowie, w połączeniu z leniwie rozwijającą się, acz niezwykle ciekawą, akcją tworzą bardzo, bardzo udaną powieść. Intryga uknuta przez panią Donoghue wciąga jak irlandzkie trzęsawiska, a zwroty akcji sprawiają, że chce się przyspieszyć tempo czytania. Ogromnym plusem jest też wielowątkowość- to powieść nie tylko roztrząsająca zagadkę natury religijnej, ale także obraz XIX wiecznej Irlandii i ówczesnej obyczajowości (w tym wszechobecnego mezaliansu pomiędzy pobożnością a zabobonami przejawiającymi się zarówno wiarą w czary, jak i chochliki), jest studium nad dzieckiem dotkniętym tragedią, ale na uwagę zasługuje też wątek życia prywatnego głównej bohaterki. Wszystkie te wątki są zbudowane bardzo ciekawie, nieszablonowo i nie pozwalają się nudzić, choć "Cud" z pewnością nie jest jedynie rozrywką. Autorka nie tylko opowiada niesamowitą, niewyobrażalną wręcz, historię, ale też daje do myślenia. Wisienkę na torcie stanowi zakończenie, które jedynie częściowo da się przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem- niemniej jednak pewien aspekt zakończenia był dla mnie bardzo zaskakującym wybiegiem.
"Los jest bezimienny, a życie to dzieło przypadku, »opowieść idioty«." (str. 260)
    Chyba jedyny zarzut, jaki mam, dotyczy nie samej powieści, ale kwestii marketingowej- otóż na odwrocie książki znajduje się rekomendacja Stephena Kinga, w której można przeczytać, że jest to powieść oparta na faktach- nie ukrywam, że ta informacja bardzo rozbudziła moją wyobraźnię i zachęciła do lektury. Natomiast na końcu książki znajduje się informacja, że inspiracją dla autorki były liczne przypadki długotrwałych postów, które odnotowano na przestrzeni wielu lat na całym świecie, ale nie ma tam żadnej informacji o historii zbliżonej do tej opisanej przez panią Donoghue. Czuję się więc nieco oszukana użytym na wyrost stwierdzeniem, że jest to historia oparta na faktach. Piszę to jednak bardziej w ramach ciekawostki i z chęci zwrócenia uwagi na problem przerysowywania faktów na potrzeby marketingu- "Cud" broni się sam, więc taki szczegół nie jest w stanie zepsuć odbioru tej powieści.
    Nie mogę nie wspomnieć też o wydaniu, jakie wpadło mi w ręce, ponieważ zauroczyła mnie jego estetyka. Okładka jest dość gruba (choć nie twarda), drukowana na papierze powlekanym matową, bardzo przyjemną w dotyku powłoką. Porównałabym to do delikatnego weluru. Tekst jest już nadrukowany zwykłą farbą z połyskiem, dzięki czemu kontrastuje z resztą. Okładka naprawdę jest obłędna- jest to najprzyjemniejsza w dotyku okładka, z jaką miałam do czynienia i dotykanie jej jest równie przyjemnie jak wąchanie nowego egzemplarza (nie ściemniajcie- wiem, że też to kochacie).
    Podsumowując, jest to książka fantastyczna pod każdym kątem, którą pochłania się ekspresowo. Jedna z tych, którą chce się przeczytać jak najszybciej, ale jednocześnie nie chce się, żeby się skończyła. Naprawdę cudowna, porywająca opowieść.

Emma Donoghue: Cud, Wydawnictwo Sonia Draga, 2017;288 stron
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

09 września

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
    Gwen, będąc w lodziarni z mężem, spotyka przypadkiem swojego byłego chłopaka z czasów studiów. Zwykle w takich sytuacjach ludzie wymieniają ze sobą kurtuazyjnie kilka zdań, po czym każdy idzie w swoją stronę, ale wówczas powieść miałaby 5 stron. Tak więc Gwen zaprasza Eliota na imprezę, na której mężczyzna ratuje jej życie. Mąż Gwen postanawia spłacić dług wdzięczności zgadzając się na prośbę Eliota, by Gwen udawała przed jego śmiertelnie chorą matką, że są małżeństwem. Pożyczone nie kradzione, ale czy stara miłość przypadkiem nie rdzewieje?
    "Pożyczona miłość" to powieść, której odbiór zależy od nastawienia, z jakim przystępuje się do lektury. Kiedy przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, stwierdziłam, że mi się podoba. Przy drugim podejściu byłam już bardziej krytyczna i zaczęłam zastanawiać się, czy to aby na pewno to ten sam tekst. Otóż, można ją odebrać jako wielowarstwowy romans, ale jednak bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że jest to irytujące, naiwne romansidło z równie irytującą główną bohaterką. Gwen ma wszystko- dom, przyjaciół i męża lekarza, który ją utrzymuje, podczas gdy ona sama co chwilę zmienia pracę bo właściwie nie wie co ma ze sobą zrobić. Po pięciu latach znajomości z mężem, spotyka przypadkiem gościa, z którym dziesięć lat temu przeżyła intensywny, trzytygodniowy romans i od razu daje się ponieść emocjom. Niby romantyczne, ale czy czasem jednak nie naiwne i wskazujące, że babka po prostu chce odskoczni, bo jest znudzona zbyt spokojnym życiem, w którym brakuje problemów? Gdzieś po połowie książki autorka jakby zdaje sobie z tego sprawę i zaczyna przedstawiać męża w coraz bardziej przyciemnionym świetle, aż w końcu okazuje się, że nie traktował Gwen uczciwie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autorka uświadomiła sobie, że Gwen wygląda na niewdzięczną, zdradzającą żonę, więc żeby usprawiedliwić jej zachowanie zwala winę na męża, tak, żeby czytelnik stwierdził "biedna Gwen" oraz nie stwierdził, że jest głupia, jeśli rozważa porzucenie swojego stabilnego życia dla faceta, którego praktycznie nie zna. Do tego dochodzi wątek dzieciństwa Gwen bez matki, wciśnięty jakby na siłę i nie wiadomo po co.
    Historię poznajemy z perspektywy Gwen. Narracja pierwszoosobowa miała chyba sprawić, że czytelnik będzie bardziej utożsamiał się w główną bohaterką, jednak we mnie wzbudzała tylko coraz większą irytację. Gdyby wcześniej zaczęła podejrzewać, że mąż jest nie fair, znacznie lepiej odebrałabym tę historię, a tak, mam o Gwen kiepskie zdanie. Niemniej jednak powieść napisana jest lekkim, przystępnym językiem. Asher nie można odmówić lekkości pióra, co jest podwójną zaletą, sprawia bowiem, że lektura mija szybko.
    "Pożyczona miłość" to jedna z tych książek, którą szybko się czyta i równie szybko się o niej zapomina. Ma niedociągnięcia, bohaterami kierują niezrozumiałe pobudki, ich zachowanie jest nielogiczne. Szkoda, bo pomysł z wypożyczeniem żony jest naprawdę ciekawy i mógłby stanowić wyjście do głębszego i bardziej interesującego studium ludzkich namiętności. Generalnie nie polecam, chyba, że już nie ma się nic innego pod ręką, czym można by zabić czas.
Bridget Asher: Pożyczona miłość, Wydawnictwo Otwarte, 2009;270 stron

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

04 września

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)
 
    "Szału nie ma, jest rak" to rozbudowany wywiad, zapis rozmów Katarzyny Jabłońskiej z chorym na glejaka księdzem Janem Kaczkowskim. Tematem rozmów jest nie tylko śmiertelna choroba, z którą zmaga(ł) się ks. Kaczkowski, ale też hospicjum, które stworzył i prowadził, wiara, umieranie, miłość a nawet seks.
    Po tej, wątłej objętości, książeczce spodziewałam się, że tytuł jest tylko zaczepnym hasłem marketingowym, mającym zwrócić uwagę czytelnika, a w środku znajdę wzniosłe rozmowy na tematy najpoważniejsze- chorobie, wierze, Bogu, jeszcze raz chorobie i Bogu i tyle. No dobra, spodziewałam się jeszcze charakterystycznego dla księży, których znam, tonu bardzo oficjalnego, poważnego i pompatycznego. Dodać muszę, że kojarzę, że było o tym księdzu głośno przed jego śmiercią w 2016 roku, ale nie śledziłam informacji o nim, nie oglądałam ani nie czytałam wywiadów, reportaży, więc opierałam się tylko na własnych wyobrażeniach. A mimo to wypożyczyłam z biblioteki tę książkę, bo złapałam się na tytuł. I co? I guzik. Intuicję mam do wymiany, a co najmniej do porządnego naoliwienia, bo z niczym nie trafiłam. Owszem, tematy bardzo poważne są, ale w takiej formie, że zastanawiam się, dlaczego ta książka jest taka krótka. Pani Katarzyno, dlaczego?!
    To, co nasuwa mi się po lekturze "Szału nie ma, jest rak" i co absolutnie potrzebuję powiedzieć, to po pierwsze to, że nie spotkałam jeszcze księdza, który mówiłby o sprawach zarówno prostych jak i tych najtrudniejszych tak swobodnie, tak... ludzko. Zdaje się, że Kaczkowski nie zna słowa "tabu", nie unika tematów kontrowersyjnych, trudnych- wręcz przeciwnie. Podejmuje rękawicę rzuconą przez Jabłońską i odpowiada szczerze, mądrze i wyczerpująco na wszystkie pytania. Nie pomija takich kwestii jak miłość, która pojawia się także w życiu po święceniach kapłańskich czy zakonnych albo dylemat "kapłaństwo czy ojcostwo", przed którym staje niejeden ksiądz. Można się w niektórych kwestiach z ks. Kaczkowskim nie zgadzać, ale ogromnie cenię to, że nie udawał, że takich problemów nie ma i otwarcie o nich rozmawiał. Po drugie, jest to kopalnia wiedzy na temat tego, jak wygląda hospicjum, co dla mnie okazało się ogromną wartością, bo dotychczas kojarzyłam takie instytucje jako szpitale dla umierających- takie "umieralnie", szare i ponure, do których rodziny oddają czekających na śmierć, kiedy nie mają możliwości zająć się nimi należycie w domu. Nie wiem czy wszystkie, ale hospicjum stworzone przez ks. Kaczkowskiego jest inne- owszem, z niego też już raczej się nie wychodzi (chyba, że po to, żeby umrzeć w domowych pieleszach), ale nie wygląda ani szaro, ani ponuro. Przypomina raczej ośrodek wypoczynkowy, a ludzie tam pracujący, to nie klasyczni "etatowcy", czekający tylko do końca zmiany, ale prawdziwe anioły. Po trzecie, jest to źródło wiedzy etycznej- jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak szczegółowym wyjaśnieniem kwestii grzechu związanego z seksem. Może dla większości ludzi to nie ma znaczenia, co Kościół na to, ale jestem przekonana, że gdyby wiedza w temu podobnych zakresach byłaby bardziej rozpowszechniona, wizerunek Kościoła mógłby sporo zyskać. Wszak chyba większości z nas kojarzy się stanowisko, zgodnie z którym każdy stosunek małżeński winien skutkować ciążą, a przy tym najlepiej, gdyby to był bardzo ascetyczny akt, w najprostszej pozycji itd., a wg Kaczkowskiego, tak restrykcyjnie nie jest. Ale tematy związane z etyką to nie tylko seks- sporo z tej książki dowiedziałam się też o informowaniu chorego i jego rodziny o diagnozie, przebiegu choroby czy zbliżającej się śmierci (na studiach tego nie ma, ale na warsztatach Areopag Etyczny stworzonych przez ks. Jana i owszem), o leczeniu paliatywnym czy terapii uporczywej, o stanowisku wobec in vitro czy miłości homoseksualnej.
    Mogłabym tak pisać i pisać, bo Kaczkowski jako doktor teologii moralnej i bioetyk też miał sporo do powiedzenia, ale mówiąc krótko- urzekł mnie Kaczkowski i urzekła mnie ta książka. Choć "Szału nie ma, jest rak" porusza tematy ciężkiego kalibru, to jednak używając tonu, który nadaje (o ile to możliwe) lekkości, a na pewno przystępności. Ilością anegdot na przeróżne tematy można by obdzielić kilka publikacji- niewątpliwie są siłą tej książki, bo obrazują wiele problemów, o których rozmawiają autorzy (bo autorką nie jest przecież tylko Pani Katarzyna, ale i ks. Jan). Kaczkowski, na łamach tej książki, okazuje się bardziej człowiekiem niż księdzem (a już na pewno nie stereotypowym klechą) i czuję ogromny żal, że tego typu duchowni są w mniejszości, a jeszcze większy, że akurat jeden z tych świetnych księży (choć oczywiście nie życzę choroby ani śmierci nikomu) musiał umrzeć przedwcześnie.
    Obiecuję, że to już ostatnie myśli, bo zaraz się okaże, że napisałam recenzję dorównującą długością recenzowanej książki- zdawać by się mogło, że książka, która w tytule ma chorobę, będącą plagą naszych czasów, będzie działała przygnębiająco, wręcz depresyjnie i wyciśnie łzy z oczu. Otóż wcale nie- jest to fantastyczne źródło refleksji i nadziei. Mimo wszystko pokrzepia, a momentami wręcz budzi uśmiech, nie tylko dzięki lekkiemu tonowi, który utrzymuje się w sporej części tego wydawnictwa.

Katarzyna Jabłońska: Szału nie ma, jest rak, Towarzystwo "WIĘŹ", 2013; 140 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

29 sierpnia

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)
    Nie zamykam się w ramy jednego-dwóch gatunków literackich. Czytam różne rzeczy z różnych powodów, ale dwa najważniejsze to chęć doznawania nowych literackich bodźców oraz nuda. Nuda sprawia, że lubię się zaskoczyć, a czytając powieści jednego nurtu o zaskoczenie raczej trudno. Poza tym, dobieram lektury do nastroju. I tym razem padło na coś, co podnosi ciśnienie, ale w pozytywnym sensie- dobra fantastyka na takie okazje nie jest zła (choć uprzedzam, że specem od tego gatunku nie jestem).
    XXIII wiek. Grupa kosmonautów, wracając z ogromnym opóźnieniem z międzyplanetarnej misji ląduje na Księżycu, gdzie żyją ziemscy osadnicy. Zniechęcają oni podróżników do powrotu na Ziemię tłumacząc, że panują tam warunki niekorzystne do życia, ale nie chodzi o skażenie wód czy atmosfery, ale o zdegenerowanych ludzi tam mieszkających. Jeden z "kosmaków" ucieka jednak z Księżyca. To, co zastaje na Ziemi mogłoby zdawać się utopią- samowystarczalne, zautomatyzowane miasta zapewniają ludziom wszystko, co potrzebne do życia do tego stopnia, że nikt nie musi pracować, a mimo to, nikomu niczego nie brakuje. Jednak to, co brzmi tak świetnie w praktyce wygląda zupełnie inaczej. Okazuje się, że z powodu grożącego Ziemi przeludnienia podjęto szereg, zgubnych w skutkach, działań. Na tle dystopijnego obrazu przyszłości ludzkości Zajdel osadza wątek romantyczny- kosmonauta musi w zdegenerowanym świecie znaleźć kobietę, która miała czekać na niego w tytułowym cylindrze, którego zadaniem miało być uchronienie kochanków od skutków paradoksu bliźniąt.
    Zanim przejdę do treści, słowo na temat wydania- sięgnęłam po "Cylinder van Troffa" w wersji audio i nie żałuję. Jest to powieść szkatułkowa, w której występuje aż trzech narratorów i wydawca na szczęście postawił na nadanie każdemu z nich głosu innego lektora. Każdy z tych trzech głosów jest przyjemny, melodyjny i buduje odpowiedni nastrój- Łukasza Nowickiego mogłabym słuchać w nieskończoność i naprawdę żałuję, że Zajdel nie rozbudował "Cylindra..." do rozmiarów pięciuset stronicowego tomiszcza. Spodobało mi się dodanie do nagrania nastrojowej muzyki na początkach i końcach poszczególnych partii tekstu, ale już dodatkowe dźwięki (na przykład dzwonka kiedy jest o nim mowa w tekście) nie, zwłaszcza, że momentami się one pojawiały, a innym razem nie było ich przez dłuższy czas, tak, jakby zapomniano o tej koncepcji.
    Zwykle zaczynam od pozytywów, by o tym, co mi się nie podobało pisać przed samym podsumowaniem- dziś jednak odwrócę regułę. Otóż, dostrzegłam kilka kwestii czy problemów, które można było rozwiązać szybciej i to w bardzo prosty sposób- UWAGA SPOILER, np. kiedy główny bohater spotyka na ulicach miasta robota wykonującego wszystkie polecenia ludzi, mógł już wówczas zapytać go o drogę do starego budynku uniwersyteckiego oraz zadać dręczące go pytania- najwyżej nie uzyskałby odpowiedzi. O kwestię kobiet mógł zapytać tego samego robota lub zapytać o to pierwszego człowieka, z którym się skontaktował. Przykładów można wymienić kilka KONIEC SPOILERA. Zastanawiałam się również nad tym jak to możliwe, że społeczeństwo żyjące wcześniej, zgodziło się bez większych problemów na wdrożenie tak radykalnych środków kontroli rozwoju populacji (UWAGA SPOILER- środkiem zaradczym było zablokowanie możliwości rozmnażania u wszystkich ludzi i przyznawanie aktywatora tylko wybranym- KONIEC SPOILERA)- doszłam jednak do wniosku, że można to wyjaśnić wprowadzeniem do atmosfery lub wody pitnej odpowiednich substancji psychoaktywnych, pozwalających na manipulowanie społeczeństwem. UWAGA SPOILER- Uważam też, że kolejny krok, a więc ograniczenie liczby urodzeń dziewczynek do ok 1% wszystkich urodzeń o wiele bardziej przyspieszyłoby zagładę, ale mogę się mylić.- KONIEC SPOILERA
    Poza tym jednym małym minusikiem, jest cała masa plusów. "Cylinder van Troffa" to podniecająca, trzymająca w napięciu powieść rozbudzająca wyobraźnię, ale i przerażająca. Zajdel przedstawił wizję tego, do czego może zmierzać ludzkość i choć książka została po raz pierwszy wydana w 1980 roku, to jednak do dziś pozostaje aktualna. Pomysły autora nadal wzbudzają zaciekawienie, są intrygujące i innowacyjne, a kreatywność Zajdla godna podziwu. Na wielki szacunek zasługuje również to, że "Cylinder..." jest powieścią wielowarstwową- autor nie skupił się jedynie na wizji przyszłości opisując futurologiczne rozwiązania techniczne. Mamy tu analogie do systemów politycznych, rozważania na tematy społeczne, gospodarcze, ale też problemy natury egzystencjalnej i romantycznej. Ach! Czego tu nie ma! I nie piszę tego z ironią- wręcz przeciwnie, jestem pełna podziwu dla kunsztu Zajdla, wszak był człowiekiem nauki, a wykazywał się fenomenalnym talentem oratorskim. Nie tylko treść jest świetna, ale i forma- "Cylinder..." to powieść szkatułkowa. Kompozycja naprawdę mi się podoba- nadaje autentyczności i dynamizmu całości, wzbudza zaciekawienie i zachęca do zgłębienia tej historii. Dodatkowo zakończenie tej powieści jest chyba najbardziej pomysłowym i ryjącym banię, z jakim się spotkałam. Jest po prostu mega. To wszystko sprawia, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że książka została nagrodzona w roku wydania przez Ministra Kultury i Sztuki. Ponadto w "Cylindrze..." można dostrzec wiele nawiązań do innych dzieł kultury, nie sposób nie zauważyć też podobieństw między tą powieścią a "Wehikułem czasu" Wellsa.
    Mogłabym tak pisać i pisać i rozpływać się w zachwytach, ale zamiast tego, napiszę jeszcze tylko, żebyście po prostu sami sięgnęli po tę powieść- niezależnie czy w formie tradycyjnej, czy audio, ale koniecznie sięgnijcie, bo to prawdziwa uczta dla każdego bibliofila.

Janusz Andrzej Zajdel: Cylinder van Troffa, Aleksandria, 2010; 7 godzin 4 minuty



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

26 sierpnia

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)
    Chciałam zacząć recenzję tego wydawnictwa od krótkiego rysu o autorze, ale doszłam do wniosku, że to, czym zajmował się zawodowo nijak nie wpływa na treść "Mojej Tulipanki"- na pewno na formę oraz język i styl Ackerleya, był bowiem silnie związany zawodowo z literaturą, więc warsztatu nie sposób mu odmówić. Treść natomiast nijak ma się do jakiegokolwiek zawodu, którym mógłby się Ackerley parać. Ale do rzeczy...
    "Moja Tulipanka" to swego rodzaju pamiętnik autora, skupiający się wokół jedynej na jego niebie gwiazdy- tytułowej Tulipanki. Tulipanka natomiast jest psem, konkretnie suczką, a jeszcze konkretniej owczarkiem niemieckim. Ackerley przygarnął psinę będąc w średnim wieku, kiedy ta miała już 18 miesięcy, a więc powoli wchodziła w psią dorosłość. Okazało się to o tyle zaskakującym i odkrywczym doświadczeniem dla autora, że dotychczas nie był fanem psów i żadnego nie posiadał. Na kartach "Mojej Tulipanki" autor opowiada o perypetiach związanych z opieką nad psem. Przeżywamy razem z nim troskę o psie zdrowie, strach przed ryzykiem potrącenia Tulipanki przez samochód na jednej z ruchliwych londyńskich ulic, ale też zakłopotanie jej niewłaściwym czy niegrzecznym (z punktu widzenia człowieka) zachowaniem. To opowieść o tym, jak naprawdę wygląda życie z psem u boku.
    To, co jest ogromną wartością tej książki, to jej oddanie rzeczywistości- Ackerley nie czaruje i mówi wprost o wzlotach i upadkach, plusach i minusach, które przeplatają się i łączą tak, że czasem nie sposób ich rozdzielić. Nie wciska nam bajek o tym, że posiadanie psa to same przyjemności i tym samym daje książkę, która staje się pozycją obowiązkową dla osób, które rozważają sprowadzenie sobie do domu psa, a nie mają w tym obszarze żadnych doświadczeń. Ponadto jest to książka, którą czyta się sprawnie i szybko dzięki swobodnemu stylowi. Język, którym posługuje się autor, jest przyjemny, dość lekki, ale i bardzo specyficznie upstrzony ciekawymi, melodyjny zwrotami. Jest to język, który bezwiednie kojarzę z dostojnymi Brytyjczykami w średnim wieku, ale widać też wyraźnie, że Ackerley jest doświadczonym literatem.
   Ale tak, jak w opiece nad psem, nie ma plusów bez minusów tak i tu uwierały mnie pewne szczegóły. To, co przeszkadzało mi w "Mojej Tulipance" i zniechęcało do dalszej lektury, to opisy we fragmentach o dążeniu autora do inicjacji życia seksualnego przez jego psa.  Nieczęsto to przyznaję, ale momentami te opisy wzbudzały we mnie niesmak. Chodzi zarówno o ich dosadność, jak i nagromadzenie. Na 176 stron aż 54 to perypetie związane z próbą rozmnożenia Tulipanki. Serio? Ok, są tam wartościowe informacje, jak na przykład to, jakie piekiełko mogą człowiekowi zgotować psy podczas rui, ale zdecydowana większość tej części to gadka-szmatka o szukaniu odpowiedniego psa oraz o tym, jak suczka Ackerleya nie dopuszcza do siebie tych nieodpowiednich. Nudziła mnie ta część okropnie i równie mocno irytowała. Także to, jak Ackerley opisywał relację ze swoim psem budziło we mnie negatywne uczucia, a mówiąc wprost przywodziło mi na myśl zapędy nieco wręcz zoofilskie, choć oczywiście jedynie platoniczne, ale jednak niestrawne. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana- nie oskarżam Ackerleya o czyny niemoralne, to, co mam na myśli można porównać do tego, że niektórzy ludzie mówią do swoich zwierzaków jak do własnych dzieci i tak też je traktują- rodzi to we mnie niechęć, tak jak mówienie o swoim psie jak o kochance czy wręcz określanie go tym mianem, jak robi to autor tej książki.
    Podsumowując, "Moja Tulipanka" to cenne źródło wiedzy dla osób, które chciałyby mieć psa oraz dla fanów owczarków niemieckich. Ze względu na przydatność informacji zawartych w tej książce jestem w stanie przymknąć oczy na nieznaczne niedogodności. "Moją Tulipankę" polecam więc serdecznie wszystkim miłośnikom psów, choć przez opisy związane z fizjologią zdecydowanie nie polecam dzieciom (w ramach ciekawostki- w przeciwieństwie do sieci Empik, która na swojej stronie umieściła tę książkę w kategorii książek dla dzieci w wieku 6-8 lat -serio? Książkę, w której mowa o "masturbowaniu" psa?).

Joe Randolf Ackerley: Moja Tulipanka, Studio Emka, 2013; 176 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

24 sierpnia

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza
    Przed założeniem aparatu oraz na początku noszenia miałam problem z nazewnictwem jego elementów. Kilka razy zachodziłam w głowę co ma na myśli moja ortodontka, kiedy tłumaczyła mi co i jak. Pomyślałam, że nie tylko ja mogę mieć z tym problemy i przygotowałam małą ściągę podpowiadającą jak nazywają się elementy aparatu na zęby. A więc tak:

     Zamek - to metalowy (lub ceramiczny - w zależności od tego na który rodzaj aparatu się zdecydujemy) element aparatu przyklejany specjalnym klejem ortodontycznym do powierzchni zęba. Jego zadaniem jest podtrzymywanie drutu- zamek "ciągnie" ząb w stronę drutu, dzięki czemu możliwe jest przesuwanie zębów. Ortodonta nakleja zamek na ząb tak, żeby krawędzie zamka były równoległe do krawędzi zęba, co tuż po założeniu aparatu wizualnie uwidacznia krzywiznę zębów- zamki są przyklejone nierówno względem siebie i rzuca się to w oczy. Wygląda to tak:
Widać, że każdy z zamków żyje swoim życiem i ani myśli przejmować się tym, jak stoją koledzy obok. Każdy jest nachylony pod innym kątem a jeśli spojrzysz na dwójkę i trójkę po lewej stronie zdjęcia zobaczysz, że między dolną krawędzią zamka na trójce, a górną tego z dwójki jest spora odległość- jest tak dlatego, że moje zęby na tym zdjęciu są jeszcze bardzo krzywe (zdjęcie zrobiłam dzień po założeniu aparatu- swoją drogą nie mogę uwierzyć, że miałam tak dramatycznie krzywe zęby, masakra!). Zamki można porównać do żołnierzy, a drut, który przez nie przechodzi, do dowódcy, wydającego komendę "w szeregu zbiórka!".
    Drut - to potoczna nazwa łuku ortodontycznego; w zależności od rodzaju, wykonany ze stali lub stopu niklu i tytanu. Drut ma kształt idealnego łuku, a mocowany do zamków wywiera na nie nacisk, przez co "wymusza" ich ustawienie właśnie zgodnie z kształtem łuku, co jest jednoznaczne z wyrównywaniem zębów- po prostu ustawienie zębów dostosowuje się do kształtu łuku ortodontycznego.
    Ligatury - czyli kolorowe lub bezbarwne elastyczne gumki, które utrzymują łuk ortodontyczny w szczelinie zamka, zapewniając jego stabilność (dzięki ligaturom drut nie wypadnie ani się nie przesunie). W zależności od tego jak ortodonta zahaczy ligaturę o zamek oraz jakiej ligatury (pod względem jej rozmiaru) użyje, łuk będzie wywierał inny nacisk na zamek, a co za tym idzie, zęby będą się nieco inaczej przesuwać co będzie też miało wpływ na poziom bólu. Na każdej wizycie kontrolnej ligatury są wymieniane ze względów technicznych i higienicznych, dzięki czemu przy każdej takiej wizycie można wybrać inny ich kolor- zapraszam do lektury wpisu o tym, na co warto zwrócić uwagę przy wyborze koloru ligatur (mała dygresja- na ostatniej wizycie nie mogłam samodzielnie wybrać koloru gumek, bo moja ortodontka zdecydowała, że muszą mieć odpowiednie średnice i akurat miała odpowiednie ilości ligatur w odpowiednich rozmiarach tylko w jednym kolorze, ale to rzadka sytuacja).
    Pierścień - metalowa obręcz zakładana i mocowana za pomocą cementu ortodontycznego na zęby trzonowe (szóstki, a w przypadku aparatu przedłużanego, także na siódemki- tak jak u mnie), której zadaniem jest utrzymanie łuku ortodontycznego, czyli po prostu zastępuje zwykłe zamki na ostatnich zębach. Do pierścieni przymocowane są też rurki.
    Rurka - metalowy element pierścienia służący do mocowania wyciągów zewnątrzustnych. W moim przypadku rurka jest używana właśnie w tym celu, a o moim wyciągu pisałam więcej TU.
    Haczyk - element zamka, służący do mocowania wyciągów elastycznych (wyciąg elastyczny to specjalna gumka, którą zakłada się samodzielnie i nosi w zależności od wskazań ortodonty, wyciąg tego typu wyrównuje zgryz, tzn. pomaga dopasować górne i dolne zęby "dociągając" je do siebie).
    Oprócz elementów widocznych na zdjęciu i wymienionych wyżej, warto wiedzieć jeszcze o tym, czym są separatory. Mianowicie są to ligatury, które wykorzystuje się nie w celu podtrzymania łuku, ale wciskane pomiędzy zęby trzonowe (w moim przypadku pomiędzy siódemki a szóstki i szóstki a piątki) na około tydzień przed założeniem stałego aparatu. Ich zadaniem jest zwiększenie przestrzeni międzyzębowych tak, żeby możliwe było założenie pierścieni.
    Są to podstawowe elementy stałego aparatu ortodontycznego. W zależności od przypadku i potrzeb mogą występować inne, dodatkowe elementy.

21 sierpnia

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)
 

    Są takie książki, po które sięgam regularnie. Czasem są to książki banalne, a czasem, jak w tym przypadku, dzieła ponadczasowe, których odbiór zmienia się wraz z upływem lat, jednak niezmiennie jest to odbiór pozytywny. Nie inaczej jest w przypadku "Przygód Sindbada Żeglarza" Leśmiana, które czytam co kilka lat- zawsze jednak latem, bo jak rzadko która książka, pasuje idealnie do gorącego słońca ogrzewającego twarz i letniego wiatru niosącego zapach kwiatów i przygody.
    W wyniku niesamowitego splotu okoliczności młody, za sprawą paskudnego Diabła Morskiego, bajecznie bogaty mieszkaniec Bagdadu wyrusza w podróż, obfitującą w niesamowite (często niebezpieczne) przygody, piękne księżniczki, złych czarodziejów i magiczne oraz niewyobrażalne stworzenia. Czy ujdzie z życiem? Czy poślubi którąś z księżniczek? I czy Diabeł Morski wreszcie pozwoli mu wrócić do domu i żyć bez podróży?
    Bolesław Leśmian, zainspirowany słynną "Księgą tysiąca i jednej nocy", zinterpretował na nowo przygody odważnego Sindbada, by przedstawić je w baśni-niebaśni. Dlaczego niebaśni? Bo baśń musi spełniać pewne znamiona jak np. fantastyczne przedmioty, postaci i zdarzenia, ale też schemat "dobro za dobro, zło za zło". Natomiast "Przygody Sindbada Żeglarza", mimo, że obfitują w magię, to jednak łamią zasady- za dobre uczynki czasem Sindbada spotyka kara, a księżniczki, oprócz niespotykanej urody, mają też wady takie jak głupota, zazdrość czy łakomstwo. Sindbad wyrusza w siedem podróży, w której doświadcza wielu przygód, a w każdej z nich zawiera się jakiś morał.
    Każda podróż, kończąca się powrotem do domu, może stanowić osobną historię. Taka kompozycja sprawia, że dzieło Leśmiana czyta się płynnie i łatwo dzielić je na małe partie, dzięki czemu świetnie nadaje się do wieczornego czytania dzieciom. Lekturę ułatwia i uprzyjemnia także poetycki język oraz humor, przejawiający się zwłaszcza w postaci wuja Tarabuka. Choć jeśli ktoś myśli, że Leśmian uraczy nas tylko ekscytującymi przygodami okraszonymi szczyptą żartu, będzie zaskoczony- niektóre perypetie Sindbada wywołują prawdziwy dreszcz emocji i nawet lekkie przerażenie. Czyż karły-ludojady czy grzebanie żywcem nie jest nietypowym motywem w dziecięcej literaturze? Jak już wspomniałam, pomiędzy wyprawami Sindbad ma chwilę wytchnienia w domu, co umożliwia Leśmianowi sprawniejsze łączenie najbardziej niesamowitych przygód w jedną powieść. Mimo to i tak połączenia perypetii Sindbada w ramach jednej wyprawy bywają totalnie abstrakcyjne, a wydarzenia naiwne, ale to chyba tylko wzmaga efekt niesamowitości, bajeczności i kojarzy powieść ze snem, w którym nie da się przewidzieć dalszego ciągu, a kolejne wydarzenia mogą zmieniać się jak w kalejdoskopie.
    Wydanie Grega, oprócz notatek przydatnych uczniom, zawiera fantastyczne ilustracje autorstwa Jacka Siudaka, jeszcze bardziej rozbudzające wyobraźnię. Szkice są piękne w swej prostocie i świetnie oddają klimat baśni Leśmiana.
 

      Choć zdecydowanie byłam większą fanką tej książki, kiedy byłam młodsza, a z wiekiem słabnie moje zauroczenie sindbadowymi przygodami, to jednak polecam tę książkę każdemu- niezależnie od wieku. Będzie to magiczna przygoda pokazująca (a dorosłym przypominająca), że  nie ma rzeczy niemożliwych, a nas samych ogranicza tylko horyzont wyobraźni.

Bolesław Leśmian: Przygody Sindbada Żeglarza, Greg, 2010; 190 stron



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 sierpnia

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)
 

    Nie lubię imprez. Jestem typem domatora i najlepsza impreza, to dla mnie pidżama party z moim Patrykiem, na której główną atrakcją jest spanie na łyżeczkę. Czyste szaleństwo. Ale "Impreza u Ralpha" z serii "Literatura w spódnicy", to eksperyment- czytałam "Nie całkiem do pary" z tej serii (w zasadzie czytam ją od kilku lat, niemal w każde wakacje) i uważam, że pozornie jest to książka, która ma umilić czas spędzany na opalaniu czy w kolejce do lekarza, jednak za tymi pozorami kryje się pewna mądrość. O "Literaturze w spódnicy" przypomniała mi KEN.G swoją recenzją "Rosyjskiego kochanka" Marii Nurowskiej-  i zaczęłam zastanawiać się, czy każda książka z tej serii jest taka na wpół naiwna, na wpół pouczająca, więc obiecałam sobie wypożyczyć jakiś inny tom przy okazji najbliższej wizyty w bibliotece i oto jest.
    Londyn, lata 90. Jem, młoda, ładna i miła dziewczyna szuka pokoju do wynajęcia. Trafia do mieszkania Smitha i Ralpha- przyjaciół po trzydziestce (ale takich zwykłych, hetero przyjaciół), którzy szukają lokatorki. Zanim jednak wchodzi do środka zauważa, że to, co widzi przez okno salonu przyszłych współlokatorów, to... obraz z jej snów i uświadamia sobie, że oto znalazła przeznaczonego jej mężczyznę. Tylko czy chodzi o Smitha czy Ralpha? Jednocześnie poznajemy innych lokatorów domu- Siobhan i Karla kochającą się parę z piętnastoletnim stażem oraz diabelnie atrakcyjną Cheri. Karl daje się uwieść Cheri, do której od lat wzdycha Smith, o którym Jem myśli, że jest jej przeznaczony, a w której zakochuje się po uszy Ralph. Nadążacie? Jeśli nie, to spokojnie- ostatecznie wszystko rozwiąże się w kulminacyjnym punkcie, czyli na tytułowej imprezie.
    Lisa Jewell najwyraźniej chciała ubiegać się o pracę scenarzystki serialu "Moda na sukces" i zamiast napisać CV, napisała tę powieść. Niezły pomysł, ale sprawdziłam- nie wypalił, Jewell nie ma na liście scenarzystów B&B. Fabuła, oparta o karuzelę uczuć, faktycznie kojarzy się z telenowelą, a niektóre wątki czy sceny są zdecydowanie naiwne, choć przy okazji poruszają delikatne, bolesne i trudne tematy związane ze związkami- głównie damsko-męskimi, ale też przyjaźnią męsko-męską. Poza tym Jewell szuka odpowiedzi na pytanie co sprawia, że ludzie się w sobie zakochują, co wywołuje jedynie zauroczenie, a co pożądanie. Akcja powieści jest wartka, a język i styl autorki lekkie, co razem sprawia, że książkę czyta się szybko i łatwo. Nie mogę jednak nie zauważyć, że powieść jest nierówna- wątek główny, czyli historia Jem i jej dylematu "Smith czy Ralph" jest prosty, wręcz banalny i przewidywalny- praktycznie od początku wiadomo, jak to się skończy. Także obyczajowość związana z tym wątkiem zdecydowanie mi się nie podoba- Jem wdaje się w romans ze Smithem w ekspresowym tempie, by zaraz flirtować z jego najlepszym przyjacielem i chodzić przy współlokatorze bez bielizny, w samej tylko, za dużej koszulce. Niby kocha jednego, ale jakby go nie chce, bo przecież ten drugi to chodzący ideał, ale jak tylko widzi obu z inną kobietą przeżywa dramat, trzęsie się i płacze. Rozumiem, że życie nie zawsze jest czarno-białe i ludzie mają dylematy, ale bez przesady. Natomiast wątek Siobhan i Karla jest głębszy, zbudowany dużo lepiej, ciekawiej i bardziej wciągająco, ale też zdecydowanie bardziej wiarygodnie. Ponadto zgrzyta mi z tą "romantyczną" historią ilość wypalonej przez bohaterów marihuany. Z jednej strony nie lubię wygładzania rzeczywistości w literaturze, bohaterów, którzy nigdy nie klną i nie piją ani jednego kieliszka wina czy butelki piwa przez całe kilkaset stron powieści obyczajowej, ale z drugiej, zachowanie bohaterów w sferze erotyki, ich bezpośredniość i sięganie po używki w sporych ilościach jakoś mnie tu rażą.
    Bohaterowie powieści są bardzo zróżnicowani, choć nie wewnętrznie- mamy tu cały wachlarz różnych osobowości i postaci. Każda z nich jest dość ciekawa, ale momentami infantylna i irytująca. Ale czy ludzie po prostu nie są irytujący i czy nie robią głupot w stanie zakochania? Niezależnie od tego jak odpowiemy na to pytanie, muszę przyznać, że Jewell tak zbudowała postaci i fabułę, że jestem bardzo ciekawa, jak potoczyły się dalej losy niektórych bohaterów, chętnie dowiedziałabym się też co nieco o wcześniejszych losach Cheri.
    To, co rzuciło mi się w oczy, to błędy. Kilkukrotnie zauważyłam wpadkę, polegającą na użyciu niewłaściwego imienia (np. bohater mówi coś do drugiego i zamiast użyć jego imienia, używa własnego albo osoby o której rozmawiają). Wyłapałam też dziwnie spolszczoną odmianę imienia Smitha, choć to już kwestia polskiego wydania, a nie błędu autorki.
    Podsumowując, "Impreza u Ralpha" to impreza, która wzbudza we mnie mieszane uczucia, na której poznamy wielu gości, z których, jak to na imprezach, z częścią będziemy mieli ochotę się jeszcze spotkać, a część omijać szerokim łukiem. Spodoba się przede wszystkim tym, którzy chcą się jedynie zabawić. Zaś co do moich wniosków na temat "Literatury w spódnicy", to, wbrew mojej pierwotnej opinii, nie sposób na podstawie "Imprezy u Ralpha" stwierdzić, że książki do tej serii wybierane były wg klucza "mądrość skryta pod płaszczykiem banału". O banał tu nietrudno, gorzej z głębszą wartością i mądrością.

Lisa Jewell: Impreza u Ralpha, Axel Springer Polska, Zysk i S-ka, 2005; 283 strony


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

10 sierpnia

Dlaczego warto nosić aparat ortodontyczny? Zdjęcia przed i w trakcie leczenia

Dlaczego warto nosić aparat ortodontyczny? Zdjęcia przed i w trakcie leczenia
    Wielu ludzi zastanawia się nad tym, czy kwalifikują się do leczenia ortodontycznego i czy warto założyć aparat na zęby. Są też ludzie, zwłaszcza bardzo młodzi, którzy są przekonani, że się kwalifikują, że chcą i że warto, ale zastanawiają się jak namówić rodziców na aparat ortodontyczny. Jeśli jesteś w którejś z tych grup, to mój dzisiejszy wpis jest właśnie dla Ciebie, bo przedstawię w nim kilka argumentów przemawiających za zainwestowaniem w aparat. Zanim jednak do tego przejdziemy muszę się pochwalić efektami noszenia aparatu. Postępy są naprawdę mocno widoczne- na zdjęciach widać zmiany, jakie zaszły w ustawieniu moich zębów po 106 dniach od założenia aparatu w przypadku górnego łuku oraz zaledwie 43 (!) dniach w przypadku łuku dolnego- szok, co? 3 miesiące i wyglądam jak człowiek 😁 Nie mogę się napatrzeć na zdjęcia górnego łuku.
Efekty noszenia aparatu ortodontycznego na dolnym łuku przez 43 dni
Efekty noszenia aparatu ortodontycznego na górnym łuku przez 106 dni
Gdyby jednak dla kogoś powyższe zdjęcia nie były wystarczającym argumentem, to zapraszam do lektury.
  

    Dlaczego warto założyć aparat- względy estetyczne

    Naturalnie, pierwszym aspektem noszenia aparatu, który przychodzi na myśl, jest aspekt kosmetyczny. I właśnie z powodów estetycznych najwięcej osób zaczyna myśleć o aparacie, zwłaszcza obecnie, kiedy szczególny nacisk kładziemy na wygląd. W dobie wszechobecnego dążenia do perfekcji, krzywy zgryz postrzegany jest podobnie jak owłosione pachy u kobiet- dla większości ludzi jest to oznaka zwyczajnego zaniedbania się. Z tą różnicą, że istnieje grono ludzi nawołujące do niedepilowania pach, argumentując, że posiadanie tam włosów to rzecz naturalna, ale czy słyszeliście kiedykolwiek podobne postulaty przeciwko prostowaniu zębów? No właśnie. Proste zęby wyglądają o wiele lepiej, są synonimem dbałości o siebie i swój wygląd a także optycznie odmładzają. Aparat ortodontyczny nie koryguje jednak tylko zębów, ale właściwie wygląd całej twarzy- we wpisie o wyciągu zewnątrzustnym (do przeczytania TU) wspomniałam, że skutkiem tyłozgryzu jest pogłębienie bruzdy wargowo-bródkowej, której spłycenie zdecydowanie poprawia wygląd twarzy. Ponadto, zęby właściwie ustawione w łuku inaczej podtrzymują usta i policzki, dzięki czemu te wyglądają na pełniejsze. W moim przypadku, zmianie ulegnie nie tylko wspomniana już bruzda, ale prawdopodobnie i same usta- górną wargę zawsze miałam bardzo wąską, ale moje górne, przednie zęby były nachylone do wewnątrz- kiedy kąt ich nachylenia zostanie skorygowany całkowicie, górna warga będzie lekko wypychana przez zęby, a co za tym idzie przestanie być tak bardzo wąska. Rewelacyjne zmiany są widoczne w rysach twarzy osób z progenią (bardzo charakterystyczną wadą, polegającą na zbyt silnym wysunięciu żuchwy do przodu)- jestem pewna, że każdy zna co najmniej jedną osobę z taką wadą. Osobiście znam dwie dziewczyny (teraz już kobiety), które zmagały się z różnym zaawansowaniem tej wady zgryzu i obie przeszły operację korygującą - efekt był niesamowity.

    Dlaczego warto założyć aparat- względy psychiczne

    W trakcie rozmowy często patrzymy na usta rozmówcy, więc zęby to coś, co bardzo rzuca się w oczy, zwłaszcza, że zęby odsłaniamy też w uśmiechu. Fakt, że krzywy zgryz trudno jest ukryć sprawia, że krzywe zęby stają się jednym z największych kompleksów osób, których ten problem dotyczy. Z własnego doświadczenia wiem, jak, nawet delikatna, poprawa wyglądu zębów, potrafi zwiększyć pewność siebie. W moim przypadku poskutkowało to tym, że już się nie wstydzę rozmawiać z ludźmi, żartować i śmiać się naturalnie- wcześniej, kiedy się śmiałam, robiłam to albo z zamkniętymi ustami, albo zasłaniałam je dłonią a wiele osób uznawało mnie za osobę zamkniętą i zimną, bo unikałam rozmów i żartów. Śmiało mogę powiedzieć, że aparat nie tylko faktycznie poprawił wygląd moich zębów, ale przede wszystkim sprawił, że jestem pewniejsza siebie, a ludzie postrzegają mnie lepiej (podkreślam- nie tylko ze względu na wygląd, ale przede wszystkim z powodu zmiany zachowania). W ogóle przestałam się wstydzić uśmiechać, czy wręcz śmiać, a wiadomo, że śmiech to zdrowie...
 

    Dlaczego warto założyć aparat- względy medyczne

    Jak mawiają Anglicy "the last but not least"- aparat przede wszystkim warto założyć z powodów zdrowotnych. Krzywe, ściśnięte zęby trudniej doczyścić w miejscach stłoczeń, w związku z czym rozwijają się tam bakterie, które z kolei prowadzą do próchnicy, paradontozy czy innych chorób przyzębia. W skrajnych przypadkach te schorzenia mogą doprowadzić do utraty zębów! Stłoczone zęby i wady zgryzu mają zły wpływ na pracę stawów skroniowo-żuchwowych, co powoduje bóle okolic karku, głowy (w tym także migreny), szumy w uszach czy zaburzenia układu słuchu, a niektórzy uważają, że zwiększają też podatność na choroby zatok. Tak naprawdę, konkretną decyzję o założeniu aparatu podjęłam, kiedy szukając informacji na temat przyczyn bólu głowy wpadłam na artykuł o wpływie krzywych zębów na samopoczucie. Zmagam się z bardzo częstymi bólami głowy i bardzo dużo bym dała, żeby móc od nich odpocząć- to był dla mnie bodziec, żeby podjąć działanie i zacząć oszczędzać na aparat. Wracając do argumentów... powierzchnie niewłaściwie ustawionych zębów szybciej ścierają się podczas jedzenia, co z jednej strony sprawia, że takie zęby stają się nadwrażliwe, a z drugiej, może wpływać na niedostateczne rozdrobnienie pokarmu i obciążenie układu trawienia. Jeśli już jestem przy kwestiach związanych z jedzeniem, to nie mogę nie wspomnieć o wpływie bardziej bezpośrednim, czyli tym, że istnieją wady, które pogłębiając się, wręcz uniemożliwiają normalne jedzenie (jak chociażby wspomniana już progenia, która w zaawansowanym stadium sprawia, że nie da się odgryzać porcji jedzenia zębami przednimi). To, jak ułożone są nasze zęby wpływa też na naszą artykulację, więc wady zgryzu wywołują także na wady wymowy. Jak widzicie, kiepski wygląd czy kompleksy to nic w porównaniu z negatywnymi skutkami zdrowotnymi krzywych zębów.

    Mimo bólu, jaki wiąże się z noszeniem aparatu ortodontycznego, jestem zdania, że absolutnie efekty są warte tego cierpienia i gdybym miała teraz zdecydować raz jeszcze, na pewno i tak zdecydowałabym się założyć aparat. Jeszcze kilka lat temu, większym wstydem było noszenie aparatu ortodontycznego, zwłaszcza stałego, niż posiadanie krzywych zębów- na szczęście te czasy odeszły do lamusa i teraz aparaty są wręcz modne, tak samo, jak modne są piękne, równe zęby. Dzięki temu, że znika bariera wstydu związanego z noszeniem aparatu, coraz więcej osób decyduje się na jego założenie. To świetny przykład na to, jak moda może nieść pozytywne zmiany.
    Na koniec, nawiązując do tego, co napisałam na początku- jeśli w kwestii aparatu jesteś uzależniony od rodziców, którzy nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do tego pomysłu, mam kilka uwag. Po pierwsze musisz porozmawiać z rodzicami otwarcie, żeby dowiedzieć się czy przyczyną jest to, że uważają aparat za zbędną fanaberię (wówczas możesz się śmiało posiłkować w/w argumentami oraz zaproponować, żebyście wybrali się na niezobowiązującą konsultację do ortodonty, która co prawda jest płatna, ale ortodonta oceni czy kwalifikujesz się do leczenia i jak ono powinno wyglądać; być może rodzice posłuchają lekarza i zdecydują się na Twoje leczenie- w międzyczasie poczytaj "Jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty i jak się do niej przygotować?") czy chodzi o kwestie finansowe- niestety, aparat to dla większości polskich rodzin wciąż duży wydatek i tu nie pomogą żadne argumenty (zapraszam do lektury wpisu "Ile kosztuje aparat ortodontyczny?"). Niestety, najprawdopodobniej będzie trzeba zacisnąć zęby (a może także co innego) i poczekać- wiem, co mówię, bo właśnie ze względów finansowych zwlekałam z założeniem aparatu do 26. roku życia. Mojej mamy nie było stać na taką imprezę, więc mogłam sobie na to pozwolić dopiero po przepracowaniu kilku lat i odłożeniu trochę grosza. Niemniej jednak nie poddawaj się i nie rezygnuj z marzeń o pięknym uśmiechu- w tym przypadku w stu procentach potwierdza się powiedzenie "lepiej późno niż wcale".
wpływ na złą pracę stawów skroniowo-żuchwowych, co z kolei prowadzi do bólów głowy, karku i pleców.

http://mowimyjak.se.pl/zdrowie/choroby/czy-wiesz-dlaczego-warto-nosic-aparat-ortodontyczny,96_232.html
Jeśli zęby są niewłaściwie ustawione, to podczas jedzenia ich powierzchnie nadmiernie się ścierają, co pogłębia wadę zgryzu. Dlatego niekiedy dochodzi do chorób zwyrodnieniowych stawów skroniowo-żuchwowych. Przy niewłaściwym zgryzie zęby nie mogą pełnić swojej podstawowej funkcji – rozdrabniania pokarmu. Połykamy niedokładnie pogryzione kęsy, a to zaburza pracę przewodu pokarmowego.

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/zeby/14-pytan-o-aparaty-ortodontyczne_35415.html
Jeśli zęby są niewłaściwie ustawione, to podczas jedzenia ich powierzchnie nadmiernie się ścierają, co pogłębia wadę zgryzu. Dlatego niekiedy dochodzi do chorób zwyrodnieniowych stawów skroniowo-żuchwowych. Przy niewłaściwym zgryzie zęby nie mogą pełnić swojej podstawowej funkcji – rozdrabniania pokarmu. Połykamy niedokładnie pogryzione kęsy, a to zaburza pracę przewodu pokarmowego.

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/zeby/14-pytan-o-aparaty-ortodontyczne_35415.html

09 sierpnia

Bartek Popiel- Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację (audiobook)

Bartek Popiel- Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację (audiobook)
źródło: liczysiewynik.pl
    Co jakiś czas sięgam po poradniki z zakresu zarządzania sobą w czasie- tym razem padło na publikację "Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację."- darmowego audiobooka, który dostępny jest też w wersji e-booka, udostępnianego przez autora w zamian za subskrypcję newslettera, na jego stronie liczysiewynik.pl. Skusiłam się na audiobooka, żeby umilić sobie podróż do pracy. Czy faktycznie ten audiobook umilił mi czas? I co ważniejsze, czy wzbudził moją motywację?
    Bartek Popiel to specjalista z zakresu zarządzania sobą w czasie. To człowiek, który inspiruje i motywuje mnóstwo ludzi, prowadzi jeden z najpoczytniejszych blogów w tym kraju, a przy tym zarabia na tym, co jest jego największą pasją. Na łamach swojego bloga dzieli się poradami, jak osiągnąć sukces- jego metody mają zastosowanie w biznesie, ale też w życiu osobistym - pozwalają stać się bardziej pewnym siebie, nauczyć się języków obcych czy... schudnąć. Ktoś, kto osiągnął tyle, co Bartek, może być autorytetem w tym zakresie- gość przecież wie, co mówi.
    Audiobook zawiera niezliczoną ilość porad, a jego treść podzielona jest na dwie główne części, z których pierwsza dotyczy motywacji, a druga produktywności. Obie są podzielone na mniejsze partie, jednak muszę przyznać, że treść nieco zlewa się, przez częste powtarzanie tych samych, lub bardzo podobnych, treści, na przykład usłyszycie mnóstwo razy o deklaracji publicznej, albo że "poranne bieganie pobudza lepiej, niż mała czarna". Autor w pewnym momencie sam podkreśla, że ma świadomość powtórzeń i jest to zabieg celowy, bo ważne kwestie trzeba utrwalić. Zgadzam się z tym w pełni, niemniej jednak ilość wzmianek o deklaracji publicznej czy pobudzających właściwościach joggingu jest momentami wręcz męcząca, zwłaszcza, że mam wrażenie, że Bartek uparł się właśnie na te dwie kwestie, choć kluczowe wcale nie są. Drażniło to moje ucho tym bardziej, że we wstępie Bartek prosi o przesłuchanie nagrań kilkukrotnie, właśnie dla utrwalenia treści. Skoro i tak mam słuchać tego audiobooka 2-3 razy, to po co jeszcze wielokrotnie więcej razy wspominać o tym samym w audiobooku liczącym sobie ok 4 godziny? Kolejnym mankamentem było omówienie kwestii związanych ze znalezieniem kogoś, z kim możemy wspólnie dążyć do realizacji celu oraz zdrową rywalizacją. Mniej więcej rozumiem przekaz i różnicę pomiędzy tymi dwoma metodami, jednam mam wrażenie, że w audiobooku zlewa się to w praktycznie to samo- różnica jest niemal nie do wychwycenia. To by było na tyle, jeśli chodzi o moje negatywne odczucia w stosunku do treści- poza tym, uważam, że metody omówione przez Bartka są łatwe do zrozumienia i w większości przypadków, także do zastosowania. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno jeśli chodzi o motywowanie, jak i produktywność- wachlarz przedstawionych możliwości jest ogromny, a przy tym dokładnie omówiony. Wiele z przedstawionych metod już znałam, ale na przykład "Pareto po tuningu" oraz Prawo Parkinsona wywarły na mnie ogromne wrażenie i to ostatnie na pewno wdrożę w życie.
    Na koniec kilka słów o sprawach niemerytorycznych, które jednak są nie bez znaczenia. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to tytuł- niebanalny nie tylko przez bezpośredniość, ale też, bez wątpienia, długość. Wiem, że to celowy zabieg- tytuł mówi nam w tym przypadku tak naprawdę wszystko i trudno nie zgodzić się z tym, że to pozytyw, niemniej jednak nijak nie mogę zapamiętać pełnego tytułu i podejrzewam, że nie ja jedyna. Zdecydowanie wolę krótkie, chwytliwe tytuły i myślę, że można było odpuścić podtytuł. O wiele istotniejszy jest jednak odbiór nie tytułu, a samego nagrania. Muszę przyznać, że mimo, że nagranie jest czyste, tempo, w jakim Bartek czyta przyjemne dla ucha, to jednak pojawiają się zgrzyty w postaci przesadnej dokładności przy czytaniu końcówek wyrazów. Te wszystkie "ą" i "ę" rażą niesamowicie, choć to chyba jedyny minus dykcji lektora. Po kilkunastu minutach na szczęście ucho się przyzwyczaja i idzie skupić się już tylko na treści.
    Z pewnością nie jest to dzieło idealne, jednak muszę przyznać, że dostałam taką dawkę pomysłów na to, jak zmienić swoje nawyki, jak się motywować, a co najważniejsze, podtrzymywać ten płomień motywacji, że jestem w stanie przymknąć oko na tych kilka mankamentów. Autor to, mimo wszystko, świetny gawędziarz i potrafi zachęcić do słuchania, a cztery godziny w jego towarzystwie mijają jak z bicza strzelił.
    Przy okazji serdecznie polecam blog Bartka liczysiewynik.pl- to prawdziwa kopalnia wiedzy. A Wy, jakie blogi tego typu czytacie? Odezwijcie się, bo widzę po statystykach, że tam jesteście, tylko się nie odzywacie 😙

31 lipca

Przemysław Chojecki - Plac Zbawiciela (recenzja)

Przemysław Chojecki - Plac Zbawiciela (recenzja)

     Bardzo lubię książki i bardzo lubię memy, więc jeśli ktoś poprosiłby mnie o skomentowanie "Placu Zbawiciela" za pomocą jednego mema, to bardzo proszę:
A jeśli miałabym podsumować tę książkę jednym zdaniem, byłoby to "O czym Ty do mnie rozmawiasz?", czyli klasyk z moich rozmów z najlepszą przyjaciółką i kuzynką w jednej osobie. Niemniej jednak, ta książka tak mnie poirytowała, że muszę wyrzucić z siebie więcej niż jedno zdanie.
    Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Okładka. Urzekła mnie prostotą, pomysłem i kolorami. Jest hipnotyzująca i mogłabym na nią patrzeć i patrzeć. Nazwisko autora, dotąd mi nieznane, ani nie zachęcało, ani nie odpychało, więc po zapoznaniu się z opisem z okładki- wzięłam, bo skojarzyło mi się z powieścią "Powrót niedoskonały" Marcina Bruczkowskiego, która też traktuje o powrocie do kraju po latach emigracji, a którą wspominam dobrze. No i masz babo placek- boleśnie przekonałam się o znaczeniu powiedzenia "nie oceniaj książki po okładce", chociaż ciśnie mi się na usta "ładna miska jeść nie daje"...
    Narratorem "Placu Zbawiciela", a zarazem głównym bohaterem, jest zbliżający się do trzydziestki Polak, mieszkający za granicą, wracający co rusz, na krótko do kraju, jednocześnie zastanawiający się nad ostatecznym zakończeniem emigracji. Chociaż nie, nie nazwałabym go głównym bohaterem, bo czyż można być bohaterem, kiedy akcji brak? Narrator ma tyle werwy co Werter i tyleż wzbudza we mnie sympatii*.
    Cała powieść skupia się na dialogach (no niech już będzie) głównego bohatera z przyjacielem lub własnych refleksjach snutych w warszawskich restauracjach i kawiarniach przy tytułowym Placu Zbawiciela. A dysputy są to zawsze filozoficzne, pełne patosu i wzniosłych myśli. Poza tym, nie dzieje się tu nic. Po prostu, dwóch gości (albo jeden) siedzi nad filiżanką kawy, ewentualnie kieliszkiem wina i gadają. Nienaturalnie brzmiące, zbyt podniosłe dialogi w połączeniu z totalnym brakiem akcji, niestety, są dla mnie niestrawne, mimo, że ich przedmiotem są tematy niejednokrotnie ważne i ciekawe. Panowie rozmawiają o sztuce, historii, kulturze, socjologii i wielu innych, ale ponieważ pomiędzy tym nic nie ma, to już po kilku stronach staje się to nieznośnie nudne. Do tego Chojecki nie pozwala zapomnieć o tym, jakim jest obytym światowcem i w dyskusje wplata nieustannie wypowiedzi o swoich podróżach, o miastach, w których mieszkał. Rozumiem, że celem było zestawienie Polski z innymi krajami, porównanie i wyciągnięcie wniosków, w jakim punkcie znajdujemy się na tle innych państw gospodarczo, społecznie, kulturowo. Ale zamiast tego wyszło tak, jakby autor przechwalał się swoimi wojażami i zagranicznym życiem, zwłaszcza, że czasem trzeba się naprawdę skupić, żeby zrozumieć co miał na myśli i jak to się ma do tematu, który poruszał kilka zdań wcześniej.
    Życiorys głównego bohatera do złudzenia przypomina losy Chojeckiego, więc przez cały czas nie mogłam oprzeć się pokusie identyfikowania autora z bywalcem stołecznych kawiarni. I Chojecki nie powinien się z tego cieszyć, bo główny bohater wzbudził we mnie taką niechęć, jakiej już dawno nikt we mnie nie wzbudził. Jawi mi się on jako człowiek zarozumiały, narcystyczny, uważający się za lepszego od innych. Ciągle opowiada o swoich ambicjach, możliwościach i samoświadomości większych, niż u innych ludzi. Co jakiś czas kryguje się, mówiąc coś, co ma świadczyć o jego skromności, jednak dla mnie brzmi to tak, jakby zorientował się, że wychodzi na bubka, więc kurtuazyjnie mówi "wiem, że nic nie wiem".
    Miały być refleksyjne rozważania, a jak dla mnie wyszedł bełkot. Mam wrażenie, jakby sam Paulo Coelho zebrał wszystkie swoje dzieła, wypisał najlepsze myśli, dodał "kilka" nowych i sklecił z tego powieść. Gdyby autor zdecydował się na większą dynamikę, ale opierającą się na akcji, a nie na krótkich, jakby szarpanych, zdaniach, lektura tej powieści mogłaby być prawdziwą ucztą dla czytelników spragnionych intelektualnych rozrywek i książek, dających okazję do licznych refleksji i do dyskusji. Naprawdę chętnie weszłabym w polemikę z autorem, gdyby te refleksje wplótł w jakieś wydarzenia, zamiast serwować "samo gęste".
    Niestety nie mogę wypowiedzieć się w pełni na temat poziomu dyskusji prowadzonych w książce, bo wbrew temu, co głosi zdanie rozpoczynające "Plac Zbawiciela", czyli:
"Zacząć jest tak samo trudno jak skończyć."
 po przeczytaniu kilkunastu stron, zaczęłam wertować jedynie resztę książki, zatrzymując się to tu, to tam i sprawdzając, czy początkowy ton utrzymuje się na całej objętości. I owszem- niestety tak właśnie jest. Doświadczona przez "Singli" pomyślałam, że może inny nastrój byłby w stanie ocieplić moje uczucia względem tej powieści, ale po krótkiej refleksji doszłam do wniosku, że nie. Zbyt patetycznym językiem posługuje się Chojecki, zbytnio zagęszczone są jego mądrości i zbyt mało się w tej powieści faktycznie dzieje, żebym mogła zapałać do niej sympatią. Jedyne, co mogłoby pomóc, to czytanie malutkimi partiami, po dosłownie kilka akapitów, tak, żeby "wyłowić" jakąś myśl, jakiś punkt wyjścia do rozmyślań, przetrawić to i dopiero przeczytać kolejne akapity. Może nie należy czytać tej książki "na raz". Chociaż takie rozbijanie na partie może być utrudnione przez to, że autor sam nie ułożył wewnętrznych monologów ani dialogów tematycznie- myśli są wymieszane, dyskusja toczy się wokół sztuki, by zaraz oddać pola historii. Co gorsza, kilkanaście, czy kilkadziesiąt stron później poruszane są te same tematy.
    Podsumowując, mimo, że bardzo się staram znaleźć coś pozytywnego w tej książce, to jednak nie potrafię. "Plac Zbawiciela" to powieść z potencjałem, o jakże aktualnej i ważnej problematyce emigracji i jakże inna w formie od innych, ale właśnie ta forma, zamiast zapewnić Chojeckiemu sukces, jest najsłabszym punktem książki, do tego stopnia, że zniechęca do czytania.

                                                                                                                                   
*Czyli wcale- Werter jest jedną z najmniej przeze mnie lubianych postaci literackich. Gość to jęcząca maruda, która gada, gada, gada, a kiedy przychodzi do czynów, okazuje się, że nawet się zabić nie potrafi. I jak ta biedna kobieta miała go wybrać na towarzysza życia? No jak?


Przemysław Chojecki: Plac Zbawiciela, Papierowy Motyl, 2017; 235 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

27 lipca

Wyciąg zewnątrzustny vel korektor do tyłozgryzu, czyli wszystko, co warto wiedzieć o headgearach

Wyciąg zewnątrzustny vel korektor do tyłozgryzu, czyli wszystko, co warto wiedzieć o headgearach
 
     Oprócz krzywych zębów, mam też tyłozgryz, czyli wadę, polegającą na tym, że dolne zęby są zbyt mocno cofnięte w stosunku do górnych. Jedną z cech, świadczącą o tyłozgryzie, jest takie ustawienie zębów, że przy zagryzaniu, górne całkowicie (lub prawie całkowicie) zasłaniają dolne. Wygląda to tak:
     Jest kilka rodzajów tyłozgryzu, szczerze mówiąc, nie wiem, który z nich mam (co za ignorancja...), ale niezależnie od rodzaju i szczegółów tej wady, wpływa ona na rysy twarzy. Charakterystyczne dla tyłozgryzu jest, między innymi, wywinięcie lub cofnięcie dolnej wargi, ale też pogłębienie bruzdy wargowo-bródkowej. To ostatnie było dla mnie drobnym kompleksem i nawet nie zdawałam sobie sprawy z czego wynika. Bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że to wada zgryzu jest przyczyną i że w związku z tym, prawdopodobnie pozbędę się i tego kompleksu przy okazji prostowania zębów. Chodzi o bruzdę zaznaczoną na poniższym zdjęciu strzałką- po zakończeniu leczenia zobaczymy, czy coś w tym fragmencie mojej twarzy się zmieniło:

 

    Po co stosuje się wyciąg zewnątrzustny?

    Jako rozwiązanie problemu tyłozgryzu, moja ortodontka zaproponowała wyciąg zewnątrzustny, którego zadaniem jest przesunięcie całej szczęki lub (tak, jak w moim przypadku) tylko tylnych zębów jeszcze bardziej w tył, a także, w zależności od potrzeb, ich skrócenie lub wydłużenie. To, czy wyciąg zadziała skutecznie, jak bardzo i jak szybko zależy w największym stopniu od pacjenta i tego, jak współpracuje z ortodontą, a jeszcze bardziej z samym korektorem :)

 

    Jak wygląda wyciąg zewnątrzustny?

    Hedgear to dodatkowe narzędzie, które dopina się do aparatu, co można łatwo zrobić samodzielnie. Jest kilka rodzajów wyciągów- mój to tzw. niski, czyli karkowy. To, jaki wyciąg najlepiej się sprawdzi w danym przypadku, ocenia lekarz na podstawie zdjęć RTG. Na tej samej podstawie szacuje, jak długo konieczne będzie noszenie tego ustrojstwa oraz ile godzin dziennie dany pacjent powinien używać korektor, żeby uzyskać odpowiednie rezultaty. Wyciąg zewnątrzustny karkowy składa on z dwóch części:
  • metalowego łuku twarzowego - na poniższym zdjęciu po prawej stronie; łuk twarzowy składa się z kolei z łuków wewnątrzustnego (to ten mniejszy, wewnętrzny łuk) i zewnątrzustnego (analogicznie- większy, biegnący po zewnętrznej);
  • opaski karkowej - na poniższym zdjęciu po lewej- to ten niebieski element.
Obie te części łączy się za pomocą elastycznych naciągów przymocowanych na stałe do opaski karkowej. Elastyczne naciągi wyposażone są w otwory, dzięki którym można regulować siłę naciągu, co widać z kolei na powyższym zdjęciu.

 

    Jak założyć wyciąg zewnątrzustny?

    Wyciąg zewnątrzustny bardzo łatwo można samodzielnie zamontować w aparacie- wystarczy elementy zaznaczone na poniższym zdjęciu czerwonymi okręgami włożyć w rurki przymocowane do pierścieni założonych na tylne zęby (w moim przypadku na szóstkach). Ważne, żeby wygięcie, które jest widoczne na zdjęciu tuż nad prawym czerwonym kółkiem było skierowane ku górze, a nie w dół oraz żeby przy zakładaniu, poruszać łukiem twarzowym na boki, a nie pionowo (może wówczas dojść do wygięcia części korektora).
    Oczywiście ortodonta, dając Ci wyciąg, dokładnie wyjaśni i pokaże jak to robić. Ponadto dopasuje wyciąg do Twojej szczęki, odpowiednio doginając elementy headgeara, oraz dobierze siłę naciągu i powie Ci, na które oczko zapinać korektor. Pamiętaj, żeby zawsze zakładać i zdejmować wyciąg zgodnie z instrukcją lekarza, a jeśli masz jakikolwiek problem z założeniem lub ściągnięciem headgeara, to nie rób nic na siłę, tylko skontaktuj się ze swoim ortodontą.

 

    Ile godzin dziennie trzeba nosić wyciąg zewnątrzustny i czy jest to uciążliwe?

    W zależności od przypadku, wyciąg nosi się od kilku do kilkunastu godzin dziennie, codziennie. Ortodontka zaleciła mi noszenie tego "kagańca", jak to określili niektórzy (pozdrowienia dla mojego Patryka), nawet 16 godzin dziennie. Na co dzień noszenie korektora nie jest uciążliwe, ale ze względów bezpieczeństwa zabronione jest uprawianie sportu z założonym wyciągiem, więc po prostu go zdejmuję, kiedy idę pobiegać. Ściągam go też kiedy wychodzę z domu (nie dosłownie, bo kiedy poruszam się w obrębie mojej posesji, to oczywiście wyciąg mam założony), bo nie jestem gotowa na to, żeby pokazywać się w tym publicznie. Można oczywiście pić z założonym headgearem, choć trzeba się tego nauczyć (łatwo można się oblać, na początku piłam więc przez słomkę) oraz jeść bardzo miękkie i delikatne rzeczy. Ja na przykład zakładam wyciąg zaraz po umyciu zębów po obiedzie, noszę go aż do kolacji i znowu zakładam po umyciu zębów. W międzyczasie, na podwieczorek, zdarza mi się przegryźć miękkie owoce, takie jak banan, maliny, arbuz czy brzoskwinia, bez zdejmowania wyciągu. Ale konieczność noszenia wyciągu przez 16 godzin dziennie wymusza na mnie także spanie w nim, co jest o tyle korzystne, że w nocy nasz organizm się regeneruje, a jeśli jest jeszcze młody to także intensywnie rośnie, a więc headgear działa wówczas najmocniej. Wracając do spania- wyciąg zewnątrzustny mam już około czterech tygodni, ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do spania w nim. Trzeba spać albo na plecach, albo na boku, ale tak, żeby nie opierać o poduszkę tej części głowy, gdzie przebiegają elementy korektora. Mimo, że mam bardzo miękką poduszkę i tak czuję, że uciska na wyciąg, jeśli kładę na niej całą głowę- jest to niekomfortowe i czuję, że mogłoby uszkodzić wyciąg, a nawet cały aparat. Tak więc, co wieczór, najpierw długo próbuję ułożyć się tak, żeby wyciąg był bezpieczny, a jednocześnie było mi wygodnie, a później, kiedy już zasnę i tak nie śpię tak mocnym snem jak dotychczas i budzę się kilkukrotnie w ciągu nocy. To dlatego, że cały czas boję się, że coś uszkodzę, albo zrobię sobie krzywdę i jest mi niewygodnie. Ponadto większość nocy kończy się tym, że przebudzam się nad ranem, jakąś godzinę-dwie przed budzikiem, i na wpół śpiąc zdejmuję korektor, za każdym razem półprzytomnie tłumacząc się, sama przed sobą, że przecież przespałam w tym prawie całą noc, więc mogę sobie pozwolić na 1-2 godziny porządnego snu bez tego dziadostwa.
    Noszenie wyciągu, oprócz niewygody podczas spania, niesie za sobą jeszcze kilka niedogodności:
  • wzmożone ślinienie- praktycznie od początku noszenia korektora, moje ślinianki robią nadgodziny i produkują znacznie więcej śliny niż dotychczas. Jest to dla mnie zrozumiałe, bo przecież trzymam w ustach jakieś obce ciało, ale drażni mnie to zwłaszcza przed zaśnięciem. Ble.
  • trudności z mówieniem- może trudności to zbyt duże słowo, ale muszę bardzo się pilnować, żeby mówić wyraźnie- bardzo często kiedy mówię spontanicznie nikt mnie nie rozumie, ale na szczęście jest tak tylko kiedy noszę wyciąg.
  • podrażnienia- przez pierwszych kilka dni, wyciąg podrażniał mi kąciki ust oraz fragmenty skóry kawałeczek obok warg. Na szczęście utrzymywało się to nie dłużej niż półtora tygodnia (stosowałam w tym czasie na te miejsca tłusty krem zamiennie z maścią na zajady "Lips" od Pharmacy Laboratories).
  • szczękościsk- pojawił się u mnie po ekstrakcji ósemek, później o nim zapomniałam, ale wrócił jak tylko zaczęłam używać wyciągu. To po prostu bezwiedne, mocne zaciskanie szczęk. Najczęściej zdarza mi się to w nocy oraz rano i wieczorem- muszę wówczas się pilnować i skupiać na niezagryzaniu zębów. Może ktoś z Was ma na to jakiś patent?

    Czy noszenie wyciągu boli? 

    Tak, jak sam aparat, tak i headgear nie boli na początku (przez pierwsze chwile po założeniu) czy przy zakładaniu, ale działa na zęby, które przesuwając się mogą boleć. W moim przypadku było tak, że przez pierwsze 3 tygodnie zęby zaczynały mnie pobolewać po kilku godzinach w korektorze oraz bolały jak tylko go zdjęłam, bo zęby, "czując" zwolnienie nacisku od razu chcą wrócić na pierwotne miejsce. Nie był to jednak intensywny ból, raczej dyskomfort lub lekki ból- z pewnością nie wymagał brania leków, które by go przytępiły. Aktualnie, po około czterech tygodniach noszenia wyciągu zęby chyba już się nieco przyzwyczaiły i dolegliwości bólowe są znacznie słabsze. Ponadto czuję, że jestem gotowa zwiększyć siłę naciągu- prawdopodobnie będzie to skutkowało tym, że znowu działanie wyciągu zacznie powodować delikatny ból.

 

    Jak dbać o wyciąg zewnątrzustny?

    Opaskę karkową można prać z użyciem delikatnych środków piorących jak tylko jest taka potrzeba. Natomiast łuk twarzowy należy myć codziennie szczoteczką i pastą do zębów. W czasie, kiedy wyciąg nie jest założony, należy przechowywać go w suchym, czystym miejscu, w taki sposób, żeby nie uległ uszkodzeniu ani odkształceniu (nie odkształci się tak łatwo, ale jeśli zasypiesz go stertą książek, albo położysz na nim inne ciężkie przedmioty to różnie bywa). Czyli najlepiej w suchym woreczku na równej półce, do której nie mają dostępu dzieci i nieostrożni dorośli. Poza tym, wyciąg koniecznie trzeba zabierać na każdą wizytę u ortodonty, żeby mógł on sprawdzić, czy nie wymaga poprawienia (dogięcia) i ewentualnie mógł to od razu zrobić, ale też żeby sprawdził czy nie trzeba zmienić siły naciągu korektora.

 

    Ile kosztuje wyciąg zewnątrzustny?

    Jak już wspominałam, wymieniając wszystkie koszty związane z aparatem ortodontycznym, za korektor płaci się dodatkowo - jego cena nie jest wliczona w cenę samego aparatu. Jest to koszt kilkuset złotych w zależności od rodzaju wyciągu oraz miasta- ja zapłaciłam 400zł (moja ortodontka ma gabinet w Bydgoszczy).

                                                                                     
    Uff... no to chyba wyczerpałam temat. Gdybym jednak coś pominęła, to poniżej znajdziesz pole do komentowania- daj znać co jeszcze Cię w tym temacie nurtuje, a na pewno odpowiem :)

24 lipca

Meredith Goldstein- Single (recenzja)

Meredith Goldstein- Single (recenzja)
    Bee, przyszła panna młoda, planując kto gdzie usiądzie podczas wesela, ma problem z umiejscowieniem przy stołach pięciu zaproszonych osób, które pojawią się bez osoby towarzyszącej. Wśród tej piątki są: jej stryj, dawna sąsiadka i przyjaciółka jej przyszłej teściowej (przy czym zamiast niej ostatecznie na weselu pojawia się jej syn) oraz trójka przyjaciół Bee z czasów studenckich. Każdy z tych gości to osoba z mniejszymi lub większymi problemami, dla których dzień wesela Bee będzie impulsem do zmian.
    To moje drugie podejście do tej książki. Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, kilka lat temu, stwierdziłam, że to powieść "bardzo lekka i zabawna, tryskająca optymizmem, ale też wydzielająca delikatną woń nostalgii. Dzięki otwartej kompozycji intryguje i pozostawia pewien niedosyt.". Tym razem chyba miałam większe oczekiwania i apetyt na coś ambitniejszego, bo niemal zupełnie mnie ta książka nie rozbawiła. Wręcz przeciwnie- irytowała mnie "amerykańskość" całego wesela i wszystkiego co z nim związane. Czułam się tak, jakbym oglądała jakąś durną amerykańską komedię, której akcja toczy się wokół idealnego ślubu, na wysokim poziomie i z klasą, ale poprzedzonego, jakżeby inaczej, pijackim wieczorem panieńskim, który z klasą nie miał nic wspólnego, za to z wymiotami i nagim biustem w holu hotelowym (czy tam windzie) i owszem. Podobnie rzecz się miała z bohaterami- Goldstein pokazuje nam pięć głównych sylwetek, z których każda ma jakieś problemy, ale w większości przypadków nie wiemy z czego one wynikają, jaka jest ich przyczyna, a do tego nagle PUF! i po weselu każdy postanawia zmienić swoje życie, wyjść na prostą. Ale dlaczego? Tego chyba sama Goldstein nie wie, a przynajmniej się z nami tą wiedzą nie podzieliła, pomijając może jednego z bohaterów, w przypadku którego było wiadomo co jest jego impulsem do zmian, ale, jak na ironię, nie było to nic związanego z weselem. Tak czy inaczej to, co ma miejsce na imprezie po ślubie nie stanowi niczego przełomowego dla żadnego z bohaterów, więc decyzję o zmianie mogli podjąć równie dobrze w dowolnych, innych okolicznościach, wbrew temu, co możemy przeczytać na okładce. Dodatkowo przyjaciele ze studiów Bee to dorośli ludzie, którzy zdają się żyć przeszłością i marzeniami i nie potrafią poradzić sobie z rzeczywistością i chyba właśnie to wcześniej zinterpretowałam jako nostalgię. Nie wiem, czy moje spojrzenie na "Singli" zmieniło nastawienie czy tych kilka lat, w ciągu których nieco dojrzałam i zmieniłam.
    To, co podobało mi się w tej książce to z pewnością podział treści na niedługie rozdziały, ukazujące historię z punktu widzenia danej postaci. Nadal uważam też, że otwarte zakończenie pozostawia niedosyt i mimo wszystko ciekawi mnie jak dalej potoczyły się losy trójki przyjaciół Bee. Pozostałe dwie postaci, wydały mi się najbardziej do przełknięcia, sympatyczne i w przypadku jednego z nich nawet fajnie zbudowane, ale z drugiej strony uważam ich wątki za zamknięte - zupełnie nie intryguje mnie co działo się z nimi później. Muszę też dodać, że mimo irytacji, książka mnie nie męczyła i czytało się ją dość szybko.
    Myślę, że jeśli ktoś potrzebuje przeczytać coś niewymagającego, co czyta się szybko i równie szybko się o tym zapomina, np. dla zabicia nudy w kolejce do lekarza, to śmiało może sięgnąć po "Singli". Pomysł na fabułę oceniam jako interesujący, jednak wykonanie, ze względu na zbytnią szablonowość już niestety mniej. Gdyby Goldstein napisała kontynuację, prawdopodobnie bym się na nią skusiła, ale najpierw przejrzałabym fragmenty, żeby zobaczyć, czy jest w innym tonie niż "Single".


Meredith Goldstein: Single, Wydawnictwo M, 2012; 235 stron

20 lipca

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?
     Jedną z zalet aparatu stałego z ligaturami jest to, że można co wizytę zmieniać ich kolor. Jaki jednak wybrać, żeby przez miesiąc nie żałować? Odpowiedź jest prosta: to zależy, na czym Ci zależy, poza tym jest to kwestia gustu. Pod uwagę warto wziąć także możliwości- mam tu na myśli to, że jeśli jesteś nastolatkiem, to możesz pozwolić sobie nie tylko na dowolny kolor, ale nawet na ich łączenie- pamiętam, że moja koleżanka, która nosiła aparat w szkole średniej, decydowała się na łączenie dwóch kolorów, a raz zafundowała sobie prawdziwą tęczę. Natomiast jeśli jesteś osobą dorosłą na jakimś poważnym stanowisku, lub takim, na którym po prostu nie wypada świecić jaskrawymi gumkami na zębach, to oczywiście musisz celować w kolory stonowane. Aczkolwiek nie chciałabym tu roztrząsać komu co wypada- sam musisz ocenić swoją sytuację, ja tylko podpowiem, jakie gumki do aparatu wybrać, żeby uzyskać odpowiedni efekt.

    Postaram się aktualizować ten wpis o nowe zdjęcia po każdej wizycie, na której założę ligatury w kolorze innym niż dotychczasowe, więc zachęcam do obserwowania bloga lub jego profilu na Facebooku- będę tam przypominać o aktualizacjach.
 

    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby optycznie wybielić zęby?

    Jeśli Twoim priorytetem jest sprawienie, żeby zęby wyglądały na bielsze, polecam np. niebieskie ligatury, ja wybrałam lekko turkusowy odcień, dokładnie taki:
Ten kolor świetnie się sprawdził- żółtawy odcień zębów zupełnie przestał być widoczny, ale za to aparat mocno rzucał się w oczy. Podobnie powinien zadziałać kolor ciemno zielony, choć w jego przypadku warto się zastanowić- wiele osób jest zdania, że wygląda, jakby miało się szczypiorek między zębami :)
    Kolor jasnozielony (powiedziałabym, że to odcień zielonego groszku) co prawda nie wygląda, jakby cokolwiek utknęło mi między zębami, ale też nie wybiela optycznie zębów- wprost przeciwnie, mam wrażenie, że moje zęby wydają się jeszcze bardziej żółte. Zaletą jest to, że aparat nie rzuca się za bardzo w oczy:

 

    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby aparat nie rzucał się w oczy?

    Przede wszystkim pamiętaj, że jeśli decydujesz się na aparat z metalowymi zamkami, to zawsze będzie zauważalny, więc jeśli bardzo zależy Ci na tym, żeby nie było go widać, zainwestuj w aparat z zamkami ceramicznymi lub szafirowymi albo samoligaturujący (jak sama nazwa wskazuje nie będziesz potrzebować też ligatur, więc odpadnie Ci problem z wyborem koloru). Ale jeśli jest już po ptakach, albo po prostu krzykliwe kolory wydają Ci się infantylne, to polecam zdecydowanie odcienie różu- sprawdzają się najlepiej, jeśli priorytetem jest maskowanie aparatu. Sekret tkwi w tym, żeby kolor ligatur zlewał się z otoczeniem, a więc dziąsłami lub wargami. Dotychczas miałam już dość jasnoróżowe, pastelowe gumki, jasne ale jaskrawe (niestety nie udało mi się uchwycić ich realnego koloru na zdjęciach) i ciemniejsze, niemal amarantowe i wszystkie te warianty były świetne właśnie pod kątem rzucania się w oczy aparatu.
Innym neutralnym kolorem, który nie rzuca się w oczy jest szary- planuję założyć ligatury w tym kolorze na kolejnej wizycie.

Jest też kilka kolorów, których warto unikać:
  • czarne ligatury- mogłoby się wydawać, że czerń będzie kontrastowała z bielą zębów, dzięki czemu będą wydawały się bielsze. Nic bardziej mylnego. Zęby będą wydawały się szare lub wręcz będą wyglądały na zepsute, a to nigdy nie wygląda dobrze, prawda?
  • białe ligatury- biorąc pod uwagę poprzedni punkt można by dojść do wniosku, że skoro nie czarne, to białe będą idealne. Pudło. Białe ligatury pokazują, że Twoim zębom do bieli jeszcze trochę brakuje, a poza tym bardzo szybko przestają być białe- zabarwiają się od jedzenia i napojów (o tym, co barwi ligatury napiszę za jakiś czas- na razie jestem w fazie testów) i wyglądają na brudne. Ble.
  • bezbarwne ligatury- zachowują się podobnie jak białe- szybko się brudzą i wyglądają nieestetycznie.
  • ligatury w bardzo jasnych, pudrowych kolorach- po pierwsze, na jasnych ligaturach bardziej widoczne jest barwienie od żywności, więc w odróżnieniu od tych ciemniejszych, prawdopodobnie nie zachowają długo pierwotnego koloru. Po drugie w przypadku wszystkich gumek, kolory nieco tracą na intensywności po kilku dniach- nie chodzi o zmianę koloru z powodu przebarwienia, ale o zmianę odcienia na jaśniejszy- ligatury po prostu bledną, więc jeśli zdecydujesz się na bardzo jasne, pudrowe kolory, to po kilku dniach staną się one jeszcze jaśniejsze.
A Ty, jakie kolory wybierasz najchętniej, albo jakie podobają Ci się u osób noszących aparat?
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger