31 lipca

Przemysław Chojecki - Plac Zbawiciela (recenzja)

Przemysław Chojecki - Plac Zbawiciela (recenzja)

     Bardzo lubię książki i bardzo lubię memy, więc jeśli ktoś poprosiłby mnie o skomentowanie "Placu Zbawiciela" za pomocą jednego mema, to bardzo proszę:
A jeśli miałabym podsumować tę książkę jednym zdaniem, byłoby to "O czym Ty do mnie rozmawiasz?", czyli klasyk z moich rozmów z najlepszą przyjaciółką i kuzynką w jednej osobie. Niemniej jednak, ta książka tak mnie poirytowała, że muszę wyrzucić z siebie więcej niż jedno zdanie.
    Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Okładka. Urzekła mnie prostotą, pomysłem i kolorami. Jest hipnotyzująca i mogłabym na nią patrzeć i patrzeć. Nazwisko autora, dotąd mi nieznane, ani nie zachęcało, ani nie odpychało, więc po zapoznaniu się z opisem z okładki- wzięłam, bo skojarzyło mi się z powieścią "Powrót niedoskonały" Marcina Bruczkowskiego, która też traktuje o powrocie do kraju po latach emigracji, a którą wspominam dobrze. No i masz babo placek- boleśnie przekonałam się o znaczeniu powiedzenia "nie oceniaj książki po okładce", chociaż ciśnie mi się na usta "ładna miska jeść nie daje"...
    Narratorem "Placu Zbawiciela", a zarazem głównym bohaterem, jest zbliżający się do trzydziestki Polak, mieszkający za granicą, wracający co rusz, na krótko do kraju, jednocześnie zastanawiający się nad ostatecznym zakończeniem emigracji. Chociaż nie, nie nazwałabym go głównym bohaterem, bo czyż można być bohaterem, kiedy akcji brak? Narrator ma tyle werwy co Werter i tyleż wzbudza we mnie sympatii*.
    Cała powieść skupia się na dialogach (no niech już będzie) głównego bohatera z przyjacielem lub własnych refleksjach snutych w warszawskich restauracjach i kawiarniach przy tytułowym Placu Zbawiciela. A dysputy są to zawsze filozoficzne, pełne patosu i wzniosłych myśli. Poza tym, nie dzieje się tu nic. Po prostu, dwóch gości (albo jeden) siedzi nad filiżanką kawy, ewentualnie kieliszkiem wina i gadają. Nienaturalnie brzmiące, zbyt podniosłe dialogi w połączeniu z totalnym brakiem akcji, niestety, są dla mnie niestrawne, mimo, że ich przedmiotem są tematy niejednokrotnie ważne i ciekawe. Panowie rozmawiają o sztuce, historii, kulturze, socjologii i wielu innych, ale ponieważ pomiędzy tym nic nie ma, to już po kilku stronach staje się to nieznośnie nudne. Do tego Chojecki nie pozwala zapomnieć o tym, jakim jest obytym światowcem i w dyskusje wplata nieustannie wypowiedzi o swoich podróżach, o miastach, w których mieszkał. Rozumiem, że celem było zestawienie Polski z innymi krajami, porównanie i wyciągnięcie wniosków, w jakim punkcie znajdujemy się na tle innych państw gospodarczo, społecznie, kulturowo. Ale zamiast tego wyszło tak, jakby autor przechwalał się swoimi wojażami i zagranicznym życiem, zwłaszcza, że czasem trzeba się naprawdę skupić, żeby zrozumieć co miał na myśli i jak to się ma do tematu, który poruszał kilka zdań wcześniej.
    Życiorys głównego bohatera do złudzenia przypomina losy Chojeckiego, więc przez cały czas nie mogłam oprzeć się pokusie identyfikowania autora z bywalcem stołecznych kawiarni. I Chojecki nie powinien się z tego cieszyć, bo główny bohater wzbudził we mnie taką niechęć, jakiej już dawno nikt we mnie nie wzbudził. Jawi mi się on jako człowiek zarozumiały, narcystyczny, uważający się za lepszego od innych. Ciągle opowiada o swoich ambicjach, możliwościach i samoświadomości większych, niż u innych ludzi. Co jakiś czas kryguje się, mówiąc coś, co ma świadczyć o jego skromności, jednak dla mnie brzmi to tak, jakby zorientował się, że wychodzi na bubka, więc kurtuazyjnie mówi "wiem, że nic nie wiem".
    Miały być refleksyjne rozważania, a jak dla mnie wyszedł bełkot. Mam wrażenie, jakby sam Paulo Coelho zebrał wszystkie swoje dzieła, wypisał najlepsze myśli, dodał "kilka" nowych i sklecił z tego powieść. Gdyby autor zdecydował się na większą dynamikę, ale opierającą się na akcji, a nie na krótkich, jakby szarpanych, zdaniach, lektura tej powieści mogłaby być prawdziwą ucztą dla czytelników spragnionych intelektualnych rozrywek i książek, dających okazję do licznych refleksji i do dyskusji. Naprawdę chętnie weszłabym w polemikę z autorem, gdyby te refleksje wplótł w jakieś wydarzenia, zamiast serwować "samo gęste".
    Niestety nie mogę wypowiedzieć się w pełni na temat poziomu dyskusji prowadzonych w książce, bo wbrew temu, co głosi zdanie rozpoczynające "Plac Zbawiciela", czyli:
"Zacząć jest tak samo trudno jak skończyć."
 po przeczytaniu kilkunastu stron, zaczęłam wertować jedynie resztę książki, zatrzymując się to tu, to tam i sprawdzając, czy początkowy ton utrzymuje się na całej objętości. I owszem- niestety tak właśnie jest. Doświadczona przez "Singli" pomyślałam, że może inny nastrój byłby w stanie ocieplić moje uczucia względem tej powieści, ale po krótkiej refleksji doszłam do wniosku, że nie. Zbyt patetycznym językiem posługuje się Chojecki, zbytnio zagęszczone są jego mądrości i zbyt mało się w tej powieści faktycznie dzieje, żebym mogła zapałać do niej sympatią. Jedyne, co mogłoby pomóc, to czytanie malutkimi partiami, po dosłownie kilka akapitów, tak, żeby "wyłowić" jakąś myśl, jakiś punkt wyjścia do rozmyślań, przetrawić to i dopiero przeczytać kolejne akapity. Może nie należy czytać tej książki "na raz". Chociaż takie rozbijanie na partie może być utrudnione przez to, że autor sam nie ułożył wewnętrznych monologów ani dialogów tematycznie- myśli są wymieszane, dyskusja toczy się wokół sztuki, by zaraz oddać pola historii. Co gorsza, kilkanaście, czy kilkadziesiąt stron później poruszane są te same tematy.
    Podsumowując, mimo, że bardzo się staram znaleźć coś pozytywnego w tej książce, to jednak nie potrafię. "Plac Zbawiciela" to powieść z potencjałem, o jakże aktualnej i ważnej problematyce emigracji i jakże inna w formie od innych, ale właśnie ta forma, zamiast zapewnić Chojeckiemu sukces, jest najsłabszym punktem książki, do tego stopnia, że zniechęca do czytania.

                                                                                                                                   
*Czyli wcale- Werter jest jedną z najmniej przeze mnie lubianych postaci literackich. Gość to jęcząca maruda, która gada, gada, gada, a kiedy przychodzi do czynów, okazuje się, że nawet się zabić nie potrafi. I jak ta biedna kobieta miała go wybrać na towarzysza życia? No jak?


Przemysław Chojecki: Plac Zbawiciela, Papierowy Motyl, 2017; 235 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

27 lipca

Wyciąg zewnątrzustny vel korektor do tyłozgryzu, czyli wszystko, co warto wiedzieć o headgearach

Wyciąg zewnątrzustny vel korektor do tyłozgryzu, czyli wszystko, co warto wiedzieć o headgearach
    Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.

     Oprócz krzywych zębów, mam też tyłozgryz, czyli wadę, polegającą na tym, że dolne zęby są zbyt mocno cofnięte w stosunku do górnych. Jedną z cech, świadczącą o tyłozgryzie, jest takie ustawienie zębów, że przy zagryzaniu, górne całkowicie (lub prawie całkowicie) zasłaniają dolne. Wygląda to tak:
     Jest kilka rodzajów tyłozgryzu, szczerze mówiąc, nie wiem, który z nich mam (co za ignorancja...), ale niezależnie od rodzaju i szczegółów tej wady, wpływa ona na rysy twarzy. Charakterystyczne dla tyłozgryzu jest, między innymi, wywinięcie lub cofnięcie dolnej wargi, ale też pogłębienie bruzdy wargowo-bródkowej. To ostatnie było dla mnie drobnym kompleksem i nawet nie zdawałam sobie sprawy z czego wynika. Bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że to wada zgryzu jest przyczyną i że w związku z tym, prawdopodobnie pozbędę się i tego kompleksu przy okazji prostowania zębów. Chodzi o bruzdę zaznaczoną na poniższym zdjęciu strzałką- po zakończeniu leczenia zobaczymy, czy coś w tym fragmencie mojej twarzy się zmieniło:

 

    Po co stosuje się wyciąg zewnątrzustny?

    Jako rozwiązanie problemu tyłozgryzu, moja ortodontka zaproponowała wyciąg zewnątrzustny, którego zadaniem jest przesunięcie całej szczęki lub (tak, jak w moim przypadku) tylko tylnych zębów jeszcze bardziej w tył, a także, w zależności od potrzeb, ich skrócenie lub wydłużenie. To, czy wyciąg zadziała skutecznie, jak bardzo i jak szybko zależy w największym stopniu od pacjenta i tego, jak współpracuje z ortodontą, a jeszcze bardziej z samym korektorem :)

 

    Jak wygląda wyciąg zewnątrzustny?

    Hedgear to dodatkowe narzędzie, które dopina się do aparatu, co można łatwo zrobić samodzielnie. Jest kilka rodzajów wyciągów- mój to tzw. niski, czyli karkowy. To, jaki wyciąg najlepiej się sprawdzi w danym przypadku, ocenia lekarz na podstawie zdjęć RTG. Na tej samej podstawie szacuje, jak długo konieczne będzie noszenie tego ustrojstwa oraz ile godzin dziennie dany pacjent powinien używać korektor, żeby uzyskać odpowiednie rezultaty. Wyciąg zewnątrzustny karkowy składa on z dwóch części:
  • metalowego łuku twarzowego - na poniższym zdjęciu po prawej stronie; łuk twarzowy składa się z kolei z łuków wewnątrzustnego (to ten mniejszy, wewnętrzny łuk) i zewnątrzustnego (analogicznie- większy, biegnący po zewnętrznej);
  • opaski karkowej - na poniższym zdjęciu po lewej- to ten niebieski element.
Obie te części łączy się za pomocą elastycznych naciągów przymocowanych na stałe do opaski karkowej. Elastyczne naciągi wyposażone są w otwory, dzięki którym można regulować siłę naciągu, co widać z kolei na powyższym zdjęciu.

 

    Jak założyć wyciąg zewnątrzustny?

    Wyciąg zewnątrzustny bardzo łatwo można samodzielnie zamontować w aparacie- wystarczy elementy zaznaczone na poniższym zdjęciu czerwonymi okręgami włożyć w rurki przymocowane do pierścieni założonych na tylne zęby (w moim przypadku na szóstkach). Ważne, żeby wygięcie, które jest widoczne na zdjęciu tuż nad prawym czerwonym kółkiem było skierowane ku górze, a nie w dół oraz żeby przy zakładaniu, poruszać łukiem twarzowym na boki, a nie pionowo (może wówczas dojść do wygięcia części korektora).
    Oczywiście ortodonta, dając Ci wyciąg, dokładnie wyjaśni i pokaże jak to robić. Ponadto dopasuje wyciąg do Twojej szczęki, odpowiednio doginając elementy headgeara, oraz dobierze siłę naciągu i powie Ci, na które oczko zapinać korektor. Pamiętaj, żeby zawsze zakładać i zdejmować wyciąg zgodnie z instrukcją lekarza, a jeśli masz jakikolwiek problem z założeniem lub ściągnięciem headgeara, to nie rób nic na siłę, tylko skontaktuj się ze swoim ortodontą.

 

    Ile godzin dziennie trzeba nosić wyciąg zewnątrzustny i czy jest to uciążliwe?

    W zależności od przypadku, wyciąg nosi się od kilku do kilkunastu godzin dziennie, codziennie. Ortodontka zaleciła mi noszenie tego "kagańca", jak to określili niektórzy (pozdrowienia dla mojego Patryka), nawet 16 godzin dziennie. Na co dzień noszenie korektora nie jest uciążliwe, ale ze względów bezpieczeństwa zabronione jest uprawianie sportu z założonym wyciągiem, więc po prostu go zdejmuję, kiedy idę pobiegać. Ściągam go też kiedy wychodzę z domu (nie dosłownie, bo kiedy poruszam się w obrębie mojej posesji, to oczywiście wyciąg mam założony), bo nie jestem gotowa na to, żeby pokazywać się w tym publicznie. Można oczywiście pić z założonym headgearem, choć trzeba się tego nauczyć (łatwo można się oblać, na początku piłam więc przez słomkę) oraz jeść bardzo miękkie i delikatne rzeczy. Ja na przykład zakładam wyciąg zaraz po umyciu zębów po obiedzie, noszę go aż do kolacji i znowu zakładam po umyciu zębów. W międzyczasie, na podwieczorek, zdarza mi się przegryźć miękkie owoce, takie jak banan, maliny, arbuz czy brzoskwinia, bez zdejmowania wyciągu. Ale konieczność noszenia wyciągu przez 16 godzin dziennie wymusza na mnie także spanie w nim, co jest o tyle korzystne, że w nocy nasz organizm się regeneruje, a jeśli jest jeszcze młody to także intensywnie rośnie, a więc headgear działa wówczas najmocniej. Wracając do spania- wyciąg zewnątrzustny mam już około czterech tygodni, ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do spania w nim. Trzeba spać albo na plecach, albo na boku, ale tak, żeby nie opierać o poduszkę tej części głowy, gdzie przebiegają elementy korektora. Mimo, że mam bardzo miękką poduszkę i tak czuję, że uciska na wyciąg, jeśli kładę na niej całą głowę- jest to niekomfortowe i czuję, że mogłoby uszkodzić wyciąg, a nawet cały aparat. Tak więc, co wieczór, najpierw długo próbuję ułożyć się tak, żeby wyciąg był bezpieczny, a jednocześnie było mi wygodnie, a później, kiedy już zasnę i tak nie śpię tak mocnym snem jak dotychczas i budzę się kilkukrotnie w ciągu nocy. To dlatego, że cały czas boję się, że coś uszkodzę, albo zrobię sobie krzywdę i jest mi niewygodnie. Ponadto większość nocy kończy się tym, że przebudzam się nad ranem, jakąś godzinę-dwie przed budzikiem, i na wpół śpiąc zdejmuję korektor, za każdym razem półprzytomnie tłumacząc się, sama przed sobą, że przecież przespałam w tym prawie całą noc, więc mogę sobie pozwolić na 1-2 godziny porządnego snu bez tego dziadostwa.
    Noszenie wyciągu, oprócz niewygody podczas spania, niesie za sobą jeszcze kilka niedogodności:
  • wzmożone ślinienie- praktycznie od początku noszenia korektora, moje ślinianki robią nadgodziny i produkują znacznie więcej śliny niż dotychczas. Jest to dla mnie zrozumiałe, bo przecież trzymam w ustach jakieś obce ciało, ale drażni mnie to zwłaszcza przed zaśnięciem. Ble.
  • trudności z mówieniem- może trudności to zbyt duże słowo, ale muszę bardzo się pilnować, żeby mówić wyraźnie- bardzo często kiedy mówię spontanicznie nikt mnie nie rozumie, ale na szczęście jest tak tylko kiedy noszę wyciąg.
  • podrażnienia- przez pierwszych kilka dni, wyciąg podrażniał mi kąciki ust oraz fragmenty skóry kawałeczek obok warg. Na szczęście utrzymywało się to nie dłużej niż półtora tygodnia (stosowałam w tym czasie na te miejsca tłusty krem zamiennie z maścią na zajady "Lips" od Pharmacy Laboratories).
  • szczękościsk- pojawił się u mnie po ekstrakcji ósemek, później o nim zapomniałam, ale wrócił jak tylko zaczęłam używać wyciągu. To po prostu bezwiedne, mocne zaciskanie szczęk. Najczęściej zdarza mi się to w nocy oraz rano i wieczorem- muszę wówczas się pilnować i skupiać na niezagryzaniu zębów. Może ktoś z Was ma na to jakiś patent?

    Czy noszenie wyciągu boli? 

    Tak, jak sam aparat, tak i headgear nie boli na początku (przez pierwsze chwile po założeniu) czy przy zakładaniu, ale działa na zęby, które przesuwając się mogą boleć. W moim przypadku było tak, że przez pierwsze 3 tygodnie zęby zaczynały mnie pobolewać po kilku godzinach w korektorze oraz bolały jak tylko go zdjęłam, bo zęby, "czując" zwolnienie nacisku od razu chcą wrócić na pierwotne miejsce. Nie był to jednak intensywny ból, raczej dyskomfort lub lekki ból- z pewnością nie wymagał brania leków, które by go przytępiły. Aktualnie, po około czterech tygodniach noszenia wyciągu zęby chyba już się nieco przyzwyczaiły i dolegliwości bólowe są znacznie słabsze. Ponadto czuję, że jestem gotowa zwiększyć siłę naciągu- prawdopodobnie będzie to skutkowało tym, że znowu działanie wyciągu zacznie powodować delikatny ból.

 

    Jak dbać o wyciąg zewnątrzustny?

    Opaskę karkową można prać z użyciem delikatnych środków piorących jak tylko jest taka potrzeba. Natomiast łuk twarzowy należy myć codziennie szczoteczką i pastą do zębów. W czasie, kiedy wyciąg nie jest założony, należy przechowywać go w suchym, czystym miejscu, w taki sposób, żeby nie uległ uszkodzeniu ani odkształceniu (nie odkształci się tak łatwo, ale jeśli zasypiesz go stertą książek, albo położysz na nim inne ciężkie przedmioty to różnie bywa). Czyli najlepiej w suchym woreczku na równej półce, do której nie mają dostępu dzieci i nieostrożni dorośli. Poza tym, wyciąg koniecznie trzeba zabierać na każdą wizytę u ortodonty, żeby mógł on sprawdzić, czy nie wymaga poprawienia (dogięcia) i ewentualnie mógł to od razu zrobić, ale też żeby sprawdził czy nie trzeba zmienić siły naciągu korektora.

 

    Ile kosztuje wyciąg zewnątrzustny?

    Jak już wspominałam, wymieniając wszystkie koszty związane z aparatem ortodontycznym, za korektor płaci się dodatkowo - jego cena nie jest wliczona w cenę samego aparatu. Jest to koszt kilkuset złotych w zależności od rodzaju wyciągu oraz miasta- ja zapłaciłam 400zł (moja ortodontka ma gabinet w Bydgoszczy).

                                                                                     
    Uff... no to chyba wyczerpałam temat. Gdybym jednak coś pominęła, to poniżej znajdziesz pole do komentowania- daj znać co jeszcze Cię w tym temacie nurtuje, a na pewno odpowiem :)


PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 

24 lipca

Meredith Goldstein- Single (recenzja)

Meredith Goldstein- Single (recenzja)
    Bee, przyszła panna młoda, planując kto gdzie usiądzie podczas wesela, ma problem z umiejscowieniem przy stołach pięciu zaproszonych osób, które pojawią się bez osoby towarzyszącej. Wśród tej piątki są: jej stryj, dawna sąsiadka i przyjaciółka jej przyszłej teściowej (przy czym zamiast niej ostatecznie na weselu pojawia się jej syn) oraz trójka przyjaciół Bee z czasów studenckich. Każdy z tych gości to osoba z mniejszymi lub większymi problemami, dla których dzień wesela Bee będzie impulsem do zmian.
    To moje drugie podejście do tej książki. Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, kilka lat temu, stwierdziłam, że to powieść "bardzo lekka i zabawna, tryskająca optymizmem, ale też wydzielająca delikatną woń nostalgii. Dzięki otwartej kompozycji intryguje i pozostawia pewien niedosyt.". Tym razem chyba miałam większe oczekiwania i apetyt na coś ambitniejszego, bo niemal zupełnie mnie ta książka nie rozbawiła. Wręcz przeciwnie- irytowała mnie "amerykańskość" całego wesela i wszystkiego co z nim związane. Czułam się tak, jakbym oglądała jakąś durną amerykańską komedię, której akcja toczy się wokół idealnego ślubu, na wysokim poziomie i z klasą, ale poprzedzonego, jakżeby inaczej, pijackim wieczorem panieńskim, który z klasą nie miał nic wspólnego, za to z wymiotami i nagim biustem w holu hotelowym (czy tam windzie) i owszem. Podobnie rzecz się miała z bohaterami- Goldstein pokazuje nam pięć głównych sylwetek, z których każda ma jakieś problemy, ale w większości przypadków nie wiemy z czego one wynikają, jaka jest ich przyczyna, a do tego nagle PUF! i po weselu każdy postanawia zmienić swoje życie, wyjść na prostą. Ale dlaczego? Tego chyba sama Goldstein nie wie, a przynajmniej się z nami tą wiedzą nie podzieliła, pomijając może jednego z bohaterów, w przypadku którego było wiadomo co jest jego impulsem do zmian, ale, jak na ironię, nie było to nic związanego z weselem. Tak czy inaczej to, co ma miejsce na imprezie po ślubie nie stanowi niczego przełomowego dla żadnego z bohaterów, więc decyzję o zmianie mogli podjąć równie dobrze w dowolnych, innych okolicznościach, wbrew temu, co możemy przeczytać na okładce. Dodatkowo przyjaciele ze studiów Bee to dorośli ludzie, którzy zdają się żyć przeszłością i marzeniami i nie potrafią poradzić sobie z rzeczywistością i chyba właśnie to wcześniej zinterpretowałam jako nostalgię. Nie wiem, czy moje spojrzenie na "Singli" zmieniło nastawienie czy tych kilka lat, w ciągu których nieco dojrzałam i zmieniłam.
    To, co podobało mi się w tej książce to z pewnością podział treści na niedługie rozdziały, ukazujące historię z punktu widzenia danej postaci. Nadal uważam też, że otwarte zakończenie pozostawia niedosyt i mimo wszystko ciekawi mnie jak dalej potoczyły się losy trójki przyjaciół Bee. Pozostałe dwie postaci, wydały mi się najbardziej do przełknięcia, sympatyczne i w przypadku jednego z nich nawet fajnie zbudowane, ale z drugiej strony uważam ich wątki za zamknięte - zupełnie nie intryguje mnie co działo się z nimi później. Muszę też dodać, że mimo irytacji, książka mnie nie męczyła i czytało się ją dość szybko.
    Myślę, że jeśli ktoś potrzebuje przeczytać coś niewymagającego, co czyta się szybko i równie szybko się o tym zapomina, np. dla zabicia nudy w kolejce do lekarza, to śmiało może sięgnąć po "Singli". Pomysł na fabułę oceniam jako interesujący, jednak wykonanie, ze względu na zbytnią szablonowość już niestety mniej. Gdyby Goldstein napisała kontynuację, prawdopodobnie bym się na nią skusiła, ale najpierw przejrzałabym fragmenty, żeby zobaczyć, czy jest w innym tonie niż "Single".


Meredith Goldstein: Single, Wydawnictwo M, 2012; 235 stron

20 lipca

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?

Jaki kolor gumek do aparatu ortodontycznego wybrać?
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
 
     Jedną z zalet aparatu stałego z ligaturami jest to, że można co wizytę zmieniać ich kolor. Jaki jednak wybrać, żeby przez miesiąc nie żałować? Odpowiedź jest prosta: to zależy, na czym Ci zależy, poza tym jest to kwestia gustu. Pod uwagę warto wziąć także możliwości- mam tu na myśli to, że jeśli jesteś nastolatkiem, to możesz pozwolić sobie nie tylko na dowolny kolor, ale nawet na ich łączenie- pamiętam, że moja koleżanka, która nosiła aparat w szkole średniej, decydowała się na łączenie dwóch kolorów, a raz zafundowała sobie prawdziwą tęczę. Natomiast jeśli jesteś osobą dorosłą na jakimś poważnym stanowisku, lub takim, na którym po prostu nie wypada świecić jaskrawymi gumkami na zębach, to oczywiście musisz celować w kolory stonowane. Aczkolwiek nie chciałabym tu roztrząsać komu co wypada- sam musisz ocenić swoją sytuację, ja tylko podpowiem, jakie gumki do aparatu wybrać, żeby uzyskać odpowiedni efekt.

    Postaram się aktualizować ten wpis o nowe zdjęcia po każdej wizycie, na której założę ligatury w kolorze innym niż dotychczasowe, więc zachęcam do obserwowania bloga lub jego profilu na Facebooku- będę tam przypominać o aktualizacjach.
 

    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby optycznie wybielić zęby?

    Jeśli Twoim priorytetem jest sprawienie, żeby zęby wyglądały na bielsze, polecam np. niebieskie ligatury, ja wybrałam lekko turkusowy odcień, dokładnie taki:
Ten kolor świetnie się sprawdził- żółtawy odcień zębów zupełnie przestał być widoczny, ale za to aparat mocno rzucał się w oczy. Podobnie powinien zadziałać kolor ciemno zielony, choć w jego przypadku warto się zastanowić- wiele osób jest zdania, że wygląda, jakby miało się szczypiorek między zębami :)
    Kolor jasnozielony (powiedziałabym, że to odcień zielonego groszku) co prawda nie wygląda, jakby cokolwiek utknęło mi między zębami, ale też nie wybiela optycznie zębów- wprost przeciwnie, mam wrażenie, że moje zęby wydają się jeszcze bardziej żółte. Zaletą jest to, że aparat nie rzuca się za bardzo w oczy:

 

    Jaki wybrać kolor ligatur, żeby aparat nie rzucał się w oczy?

    Przede wszystkim pamiętaj, że jeśli decydujesz się na aparat z metalowymi zamkami, to zawsze będzie zauważalny, więc jeśli bardzo zależy Ci na tym, żeby nie było go widać, zainwestuj w aparat z zamkami ceramicznymi lub szafirowymi albo samoligaturujący (jak sama nazwa wskazuje nie będziesz potrzebować też ligatur, więc odpadnie Ci problem z wyborem koloru). Ale jeśli jest już po ptakach, albo po prostu krzykliwe kolory wydają Ci się infantylne, to polecam zdecydowanie odcienie różu- sprawdzają się najlepiej, jeśli priorytetem jest maskowanie aparatu. Sekret tkwi w tym, żeby kolor ligatur zlewał się z otoczeniem, a więc dziąsłami lub wargami. Dotychczas miałam już dość jasnoróżowe, pastelowe gumki, jasne ale jaskrawe (niestety nie udało mi się uchwycić ich realnego koloru na zdjęciach) i ciemniejsze, niemal amarantowe i wszystkie te warianty były świetne właśnie pod kątem rzucania się w oczy aparatu.
Innym neutralnym kolorem, który nie rzuca się w oczy jest szary- planuję założyć ligatury w tym kolorze na kolejnej wizycie.

Jest też kilka kolorów, których warto unikać:
  • czarne ligatury- mogłoby się wydawać, że czerń będzie kontrastowała z bielą zębów, dzięki czemu będą wydawały się bielsze. Nic bardziej mylnego. Zęby będą wydawały się szare lub wręcz będą wyglądały na zepsute, a to nigdy nie wygląda dobrze, prawda?
  • białe ligatury- biorąc pod uwagę poprzedni punkt można by dojść do wniosku, że skoro nie czarne, to białe będą idealne. Pudło. Białe ligatury pokazują, że Twoim zębom do bieli jeszcze trochę brakuje, a poza tym bardzo szybko przestają być białe- zabarwiają się od jedzenia i napojów (o tym, co barwi ligatury napiszę za jakiś czas- na razie jestem w fazie testów) i wyglądają na brudne. Ble.
  • bezbarwne ligatury- zachowują się podobnie jak białe- szybko się brudzą i wyglądają nieestetycznie.
  • ligatury w bardzo jasnych, pudrowych kolorach- po pierwsze, na jasnych ligaturach bardziej widoczne jest barwienie od żywności, więc w odróżnieniu od tych ciemniejszych, prawdopodobnie nie zachowają długo pierwotnego koloru. Po drugie w przypadku wszystkich gumek, kolory nieco tracą na intensywności po kilku dniach- nie chodzi o zmianę koloru z powodu przebarwienia, ale o zmianę odcienia na jaśniejszy- ligatury po prostu bledną, więc jeśli zdecydujesz się na bardzo jasne, pudrowe kolory, to po kilku dniach staną się one jeszcze jaśniejsze.
A Ty, jakie kolory wybierasz najchętniej, albo jakie podobają Ci się u osób noszących aparat?


PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 

17 lipca

Camilla Läckberg - Czarownica (recenzja)

Camilla Läckberg - Czarownica (recenzja)

    Kiedy z gospodarstwa stojącego na uboczu, pod lasem, znika czterolatka, cała okolica włącza się w poszukiwania, które mają tragiczny finał- w leśnym jeziorku zostają znalezione zwłoki dziewczynki. Wszyscy są zdruzgotani i zastanawiają się, kto mógł zrobić coś takiego. Trzydzieści lat później, kiedy z gospodarstwa stojącego na uboczu, pod lasem, znika czterolatka, cała okolica włącza się w poszukiwania, które mają tragiczny finał- w leśnym jeziorku zostają znalezione zwłoki dziewczynki. Wszyscy są zdruzgotani i zastanawiają się, kto mógł zrobić coś takiego. Myślisz sobie "Hej! Powtarzasz się!"? Otóż nie, to nie pomyłka- tym razem Läckberg opisuje przypadek dwóch bliźniaczych spraw, odległych o trzy dekady. Nikt nie wierzy, że to, co się stało, to przypadek, a emocje wzmaga fakt, że w rodzinne strony właśnie wróciła jedna z kobiet, która jako trzynastolatka została uznana za winną popełnienia pierwszej zbrodni. Jak te sprawy łączą się z historią kobiety skazanej w XVII wieku na śmierć za czarownictwo?
    "Czarownica" to, jak na razie, ostatnia książka z sagi, sięgnęłam po nią, bo jakże mogłabym inaczej po lekturze wszystkich poprzedzających ją dziewięciu tomów? Läckberg trzyma się sprawdzonej konwencji, zgodnie z którą przeplata wątki obyczajowe i kryminalne, jednocześnie łącząc sprawę prowadzoną aktualnie z historią z przeszłości. Tak, jak poprzednio, mamy jasno wydzielone mini rozdziały z retrospekcjami, w których akcja rozwija się leniwie, żeby na ostatnich stronach rozwiać wszelkie wątpliwości i wyjaśnić ostatecznie jak obie historie się łączą. Jednak tym razem wszystkiego jest więcej- opowieści retrospektywne są dwie, zamiast jednej, bo cofamy się o trzydzieści lat do sprawy zabójstwa pierwszej czterolatki oraz o prawie trzysta pięćdziesiąt do sprawy tytułowej czarownicy. Więcej jest wątków obyczajowych- oprócz opowieści o życiu pracowników posterunku w Tanumshede (choć mam wrażenie, że akurat tych wątków jest wyjątkowo niewiele), przeczytamy także o problemach społecznych związanych z imigrantami (to nie pierwsze podejście do tematu w tej sadze), zaburzonych relacjach rodzinnych czy między nastolatkami, ale można też wyszczególnić wątek trudnej miłości (nie tylko tej pierwszej). Więcej niż zwykle jest też tropów w śledztwie- na ogół Patrick i jego ekipa podążają dwoma głównymi szlakami, tym razem sprawa jest bardziej zawiła. Ponadto można śmiało powiedzieć, że także historia czarownicy łączy się w dwójnasób z aktualnymi wydarzeniami- po pierwsze jest to powiązanie wskazane jasno na końcu powieści, a więc więzy krwi, ale po drugie, jest to zestawienie dwóch historii, w których występuje przyznanie się od niepopełnionego przestępstwa oraz kara za nie. Tym razem autorka odsłania też szybciej więcej kart przed czytelnikiem, dzięki czemu wcześniej można odgadnąć rozwiązanie zagadki.
    Ja wprawdzie mam za sobą lekturę wszystkich wcześniejszych tomów, niemniej jednak uważam za plus fakt, że mimo, że "Czarownica" jest częścią większej całości, to jednak bez problemu można ją przeczytać nie znając wcześniejszych perypetii Hedströma. Wątek poza kryminalny prowadzony jest tak, że to, co konieczne jest wyjaśnione, a wszystkiego poza tym można się domyśleć.
   Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autorka chce jakoś przełamać monotonię, która siłą rzeczy wkrada się do jej sagi, zaburzyć dotychczasowy schemat, nie odchodząc jednak od głównej konwencji. Myślę, że w pełni jej się to udało, a najlepszym dowodem niech będzie Mellberg, który jak zwykle popełnia fatalny w skutkach błąd, jednak pod koniec książki robi coś, co zupełnie nie pasowałoby do jego postaci, gdyby nie to, że Läckberg konsekwentnie ociepla jego wizerunek. Z resztą, ten, kto lekturę "Pogromcy lwów" ma już za sobą wie, że wprowadzanie elementu zdecydowanie wychodzącego poza schemat, Szwedka rozpoczęła już wcześniej. Na szczęście udaje się osiągnąć ten efekt bez szkody dla całości- styl jest niezmiennie fantastyczny, powieść, tak, jak wcześniejsze, czyta się jednym tchem. Niezaprzeczalnym atutem tej książki jest nie tylko jej emocjonalność (zarówno historia czarownicy jak i obu zamordowanych czterolatek, imigrantów czy skrzywdzonej nastolatki podnosi ciśnienie), ale też mnogość tematów będących świetnym punktem wyjścia dla dyskusji nad różnymi problemami społecznymi. Wiele książek z tej serii jest czystą rozrywką, natomiast "Czarownica" zmusza do refleksji.
    Läckberg, tradycyjnie, zachwyciła mnie, choć teraz nie tylko zagadką kryminalną, ale i formą w pełni. Już nie mogę doczekać się kolejnej jej powieści.

Camilla Läckberg: Czarownica, wydawnictwo Czarna Owca, 2017; 589 stron

Jeśli jesteś po lekturze tej książki, to daj proszę znać, jak Ci się podobała. A jeśli chcesz być na bieżąco, to koniecznie polub profil Swojemu Po na FB tu i/lub na instagramie tutaj- bądźmy w kontakcie :)

13 lipca

Ból związany z aparatem ortodontycznym- cz. II

Ból związany z aparatem ortodontycznym- cz. II
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.

     Tydzień temu dzieliłam się z Wami moimi doświadczeniami z bólem związanym zarówno z samym zakładaniem aparatu jak i przygotowaniem do tego- tutaj znajdziecie zeszłotygodniowy wpis. Dziś, zgodnie z obietnicą, cała reszta, czyli użytkowanie aparatu, noszenie wyciągów i ból z tym związany.
    Jeśli chodzi ściśle o noszenie aparatu, to muszę przyznać, że moje odczucia są bardzo zróżnicowane- na początku, kiedy miałam tylko górny łuk, bywały dni, że zapominałam o aparacie. Nie bolało mnie niemal nic, ani normalnie, ani podczas jedzenia. Bywały oczywiście dni bolesne, ale ten ból był lekki i jak najbardziej do przeżycia bez jakichkolwiek proszków. W pierwszym tygodniu po założeniu aparatu zastanawiałam się nawet, czy nie zadzwonić do mojej ortodontki i zapytać, czy na pewno wszystko jest ok, skoro w ogóle nie boli- gorzej czułam się po samych separatorach. Sielankę przerwał dolny łuk- przez pierwszy tydzień bolało przez cały czas umiarkowanie lub bardzo. Starałam się nie brać leków przeciwbólowych, ale był to poziom bólu bliski mojej granicy wzięcia czegoś, co pomoże. Dość mocno bolało podczas szczotkowania zębów, a jedzenie było jakimś koszmarem- nawet kaszka manna była za twarda. Na szczęście już pod koniec pierwszego tygodnia czułam poprawę. Dziś minęły dwa tygodnie od założenia aparatu na dolnym łuku i dziś jest już o niebo lepiej, choć nadal nie jestem w stanie pogryźć skórek od chleba ani nic o podobnej twardości.
    Moje obawy budziła zmiana ligatur, którą wiele osób nazywa podkręceniem aparatu, ale okazało się, że niepotrzebnie się bałam, bo to przebiegło tak samo pozytywnie, jak pierwszy miesiąc z aparatem- poziom bólu bliski zeru. Momentami czułam bardzo lekki dyskomfort, ale umówmy się- to wizyta u ortodonty, a nie w parku rozrywki. Przy okazji zmiany ligatur, ortodonta zmienia też czasem sposób ich zahaczania o zamki, dzięki czemu inaczej działają siły przykładane do zębów. Jak na razie miałam okazję zmieniać gumki tylko na górnym łuku i po wymianie przez około jeden dzień czułam po prostu, że te zęby są, ale nie nazwałabym tego bólem. Założę się, że w przypadku dolnego łuku nadrobię i będzie to znacznie boleśniejsze (EDIT: moje założenia były poprawne- dopisuję to kilka miesięcy później, po kilku zmianach ligatur i mam wrażenie, że z każdym razem jest coraz lepiej).

    W moim przypadku konieczne jest noszenie wyciągu zewnątrzustnego, czyli takiego stelaża:
 Jego zadaniem jest przesunięcie w tył szóstek i siódemek, ale mam wrażenie, że także rozszerzenie szczęki. Na szczęście jest to narzędzie ruchome, więc noszę je tylko w domu (także na noc)- zakładam tuż po umyciu zębów po obiedzie i zdejmuję dopiero rano, z przerwą na szorowanie zębów po kolacji oczywiście oraz ewentualne wyjścia z domu. Montowanie tego ustrojstwa jest bezbolesne, ale ze względu na jego rolę, noszenie korektora tyłozgryzu powoduje nieco bólu. Ból doskwiera mi najbardziej po kilku godzinach w wyciągu oraz tuż po jego zdjęciu. Wynika to z tego, że kilkugodzinne działanie korektora daje już jakiś tam efekt, a po uwolnieniu się od niego, zęby chcą wrócić na swoje pierwotne miejsce. Ból nie jest silny, ale sprawia, że często nad ranem lekko się wybudzam i na wpół świadomie ściągam wyciąg jakąś godzinę przed tym, jak dzwoni mój budzik. Niemniej jednak nie jest to na tyle bolesne, żeby wspomagać się środkami przeciwbólowymi. Siłę docisku wyciągu można regulować, dzięki czemu da się sterować też bólem, ale trzeba mieć świadomość, że za mały docisk sprawi, że efektów nie będą, lub nie będą zadowalające. O wyciągu napiszę jeszcze na pewno osobny post.(EDIT: piszę to jakieś 3 miesiące po pierwszej publikacji i muszę uzupełnić informację, ponieważ zaczęły mi dokuczać bóle karku spowodowane noszeniem wyciągu- ból podobny do takiego po przetrenowaniu lub przesileniu, czasem pojawiają się bardzo nieprzyjemne skurcze).
    Ból wywołują też urazy wywołane aparatem. Przez pierwszy miesiąc po założeniu góry, co chwilę miałam obtarte przez zamki, wewnętrzną stronę policzków albo język. Rany pojawiały się początkowo tak po prostu, później już tylko kiedy jadłam lub więcej mówiłam, a więc przy wzmożonym natężeniu ruchu policzków, a także w trakcie snu, kiedy dociskałam aparat do wewnętrznej strony policzka. Każdy przygryzł sobie kiedyś język, albo uszkodził śluzówkę wewnątrz jamy ustnej i Ty na pewno też, więc wiesz, jaki to ból. Z tym, że przy aparacie te uszkodzenia są większe (przynajmniej ja tak to czułam) i są cały czas drażnione przez aparat, co po pierwsze boli samo w sobie, a po drugie utrudnia gojenie przez co ból utrzymuje się dłużej. Mi pomogło oblepianie zamków specjalnym woskiem, który dostałam od mojej ortodontki- z tego, co się orientuję, wszyscy ortodonci dają takie cudo swoim pacjentom. Wosk odklejam tuż przed myciem zębów i jak tylko skończę przyklejam nowy, aż do wygojenia ran. Na szczęście na zagojenie tych urazów nie trzeba czekać długo, raptem 2-3 dni. Mała rada: czasem mniej znaczy więcej- u mnie lepiej sprawdzało się oblepianie zamków małymi skrawkami wosku- z płytki odcinałam fragmenciki o wymiarach ok 4x2mm i to dawało super efekt. I najważniejsze- naprawdę rozgrzej ten wosk pod ciepłą wodą- stanie się bardzo plastyczny i nawet jeśli weźmiesz większy kawałek, to dopasuje się do elementów aparatu i zęba, nie będzie nigdzie odstawał, uwierał i nie odpadnie dopóki go czymś mocno nie podrażnisz. Jeśli wosk lekko rozetrzesz w palcach też zrobi się bardziej miękki, ale nadal nie tak plastyczny- możesz mieć wrażenie, że to wystarczy, ale naprawdę będziesz o wiele bardziej zadowolony z efektu jeśli rozgrzejesz wosk np wkładając na chwilkę pod strumień ciepłej wody. Aktualnie rany mam już wygojone i nowe się nie pojawiają, mimo, że nie używam wosku- po prostu ciało przyzwyczaiło się do aparatu i jest dobrze. Kiedy rany były najbardziej zaognione zastosowałam też stomatologiczny klasyk- Sahol.
    Przy okazji chciałabym wspomnieć o dość ciekawym uczuciu związanym z działaniem aparatu, czyli czymś, co ja określam jako "luzy" w zębach- polega to na minimalnym ruchu zęba i wynika z tego, że w trakcie przesuwania się zęba, ząb naciska na tkankę kostną w kierunku, w którym ma się przesunąć przez co ta tkanka zanika. W pierwotnym miejscu tkanka się nawarstwia, ale zanim do tego dojdzie, przez krótki czas ząb nie jest osadzony w kości stabilnie i nieco się przesuwa. To przesuwanie jest minimalne, ale jednak wyczuwalne, np. przy przełykaniu śliny ząb charakterystycznie delikatnie przeskakuje. Jak już wspomniałam, jest to uczucie specyficzne, ale w moim przypadku zupełnie bezbolesne- nigdy z nikim o tym nie rozmawiałam, więc jeśli Ty też znasz to uczucie, daj proszę znać, jak to jest/było u Ciebie.

    W moim przypadku ból jest zróżnicowany zarówno pod względem nasilenia jak i długości występowania, jednak z pewnością jestem dowodem na to, że noszenie aparatu nie zawsze jest bardzo bolesne. Znam osoby, które przez 2-3 dni po wizycie u ortodonty nie są w stanie funkcjonować z bólu, niemal nie jedzą, nie mogą spać. Pamiętaj więc, że to mój przypadek i w Twoim może być zupełnie inaczej (czego Ci nie życzę). Jest to sprawa bardzo indywidualna i niestety, większość osób boryka się z silnymi dolegliwościami bólowymi w związku z noszeniem drucików.
    Oprócz tego, co opisałam wyżej oraz w pierwszej części tego wpisu TU, ból może być spowodowany (i pewnie jest) tym, czego jeszcze nie doświadczyłam- noszeniem wyciągów gumowych, zdejmowaniem aparatu i być może jeszcze czymś, co mnie czeka, a o czym w tej chwili nie mam pojęcia- na pewno będę takie rzeczy opisywać, jak tylko się pojawią.
    A jakie były Wasze doświadczenia z bólem? Jak sobie z nimi radziliście? A jeśli jesteście przed założeniem aparatu, to czy coś jeszcze budzi Wasze obawy?

PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 

10 lipca

Jakob Arjouni- Idioci (recenzja)

Jakob Arjouni- Idioci (recenzja)
     Gdyby ktoś mógł spełnić jedno Twoje życzenie, ale nie mógłbyś prosić o nieśmiertelność, miłość, zdrowie ani pieniądze, co by to było? Wiedziałbyś od razu, czy musiał byś się zastanowić? I czy życzenie dotyczyłoby bezpośrednio Ciebie czy kogoś innego? Między innymi takie pytania zadaje nam Jakob Arjouni, niemiecki autor kilku powieści kryminalnych i jednej... bajki.
    Akcja "Idiotów" toczy się współcześnie w Niemczech. Pięć osób zostaje odwiedzonych przez wróżkę, która może spełnić jedno życzenie i której bohaterowie nie będą za chwilę pamiętać. Wśród nich jest człowiek, który zawsze chce dobrze, ale nie widzi, że wychodzi wręcz odwrotnie, stojący u progu kariery scenarzysta przepełniony strachem, narcystyczna, nadopiekuńcza matka, powieściopisarz cierpiący na niemoc twórczą oraz dziennikarz, który myśli, że jest fajniejszy niż jest. Każdy z bohaterów jest inny, ma inne życie, problemy i marzenia. Każda z pięciu przedstawionych historii ma też inny koniec, ale to od punktu siedzenia zależy, czy można powiedzieć o szczęśliwym zakończeniu. Ta bajka nie jest optymistyczną sielanką. To gorzka opowieść o krótkowzroczności, zaślepieniu i strachu.
    Im dłużej myślę o tym, która z pięciu historii jest najlepsza, tym większy mam dylemat. Każda z nich ma coś w sobie i jest dobrym punktem wyjścia do długich i ciekawych dyskusji. Zbiór jest krótki, ale jego lektura, właśnie dzięki rozmyślaniom, może znacznie się przeciągnąć. Arjouni stawia przed nami mnóstwo pytań i otwiera oczy. Czy my sami nie zachowujemy się często jak jego bohaterowie? Czy dostrzegamy drzazgi w oczach innych, nie zauważając belki pod własną powieką? Jak niewiele potrzeba, żeby stać się tytułowym idiotą? Ale oprócz pytań, które nasuwają się od razu, pojawiają się też inne dylematy, nad którymi warto się zastanowić, jak chociażby pojawiający się w pierwszej bajce problem zaprzedania swoich ideałów.
    Pomysł na powieść jest bardzo interesujący i ciekawie zrealizowany. Przeszło mi przez myśl, że trochę szkoda, że autor nie rozwinął tego projektu bardziej, ale z drugiej strony mógłby przekombinować, a tak, otrzymaliśmy kompaktową, prostą, acz niebanalną lekcję pokory. Atutem tej niepozornej książki jest nie tylko treść, ale też forma. Każda z pięciu bajek jest napisana nieco inaczej, ale każda po prostu dobrze, a w przypadku "Obrony koniecznej" muszę pokusić się o stwierdzenie, że wręcz, kunsztownie.
    "Idioci" stoją na mojej półce od kilku lat, wracałam do nich kilkukrotnie i tak, jak za każdym razem stwierdzam, że okładka jest paskudna, tak samo każdorazowo dostrzegam w tej książce coś innego, inne odcienie uniwersalnych mądrości i prawd. Za każdym razem utwierdzam się też w przekonaniu, że zdecydowanie nie jest to lekka lektura i nie powinnam jej czytać do poduszki, bo sprawia, że myśli organizują sobie naprędce tor wyścigowy w mojej głowie. Kiedy zaś zamykam tą książkę, zawsze nachodzi mnie refleksja, że każdy z nas powinien mieć swój egzemplarz i czytać raz na jakiś czas.

06 lipca

Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. I

Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. I
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
     Ból związany z aparatem ortodontycznym to bardzo obszerny temat- przygotowując ten wpis, zlokalizowałam aż siedem potencjalnych przyczyn bólu związanego z aparatem na zęby, od przygotowań po noszenie, a przecież nie liczę jeszcze tego, co przede mną, czyli wyciągów gumowych i zdejmowania aparatu. W związku z tym, wysmarowałam tak długą notkę, że postanowiłam podzielić ją na dwie części- dziś skupię się na przygotowaniach i założeniu aparatu, a za tydzień będzie już o wszystkim, co dzieje się po odrutowaniu.
    Moje zupełnie pierwsze doświadczenie z aparatem było pośrednie- koleżanka zaczęła tę przygodę kilka lat temu i obserwowałam jej doświadczenia z bliska. Niestety, znajomej dokuczał ból nie tylko po założeniu aparatu, ale też po każdej wizycie kontrolnej. Podobne odczucia opisywali wszyscy, którzy aparat nosili, a z którymi miałam okazję na ten temat rozmawiać. Przyjęłam więc, że równanie:

aparat ortodontyczny = ból

jest prawdziwe i pogodziwszy się z tym, podjęłam kroki zmierzające w stronę odrutowania.
    Chronologicznie, pierwszą przyczyną odczuwania przeze mnie bólu w związku z aparatem na zęby, było usuwanie ósemek i jednocześnie wiązało się to z najsilniejszymi dolegliwościami. Przeszłam cztery ekstrakcje i za każdym razem ból miał inne nasilenie. Podczas każdej z nich miałam miejscowe znieczulenie, które minimalizowało ból podczas zabiegu, ten jednak pojawiał się około godziny-półtorej po wyjściu z gabinetu. Tylko w jednym przypadku rana poekstrakcyjna goiła się bezproblemowo- w pozostałych trzech zmagałam się z bardzo bolesnymi powikłaniami. Dwukrotnie miałam do czynienia z suchym zębodołem. Ostry ból pojawił się już około dwóch godzin po zabiegu i utrzymywał się mimo zastosowania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych i okładów z lodu (to zwykle powinno pomóc) oraz towarzyszył mu nieprzyjemny zapach z rany po zębie. Ulgę przynosił wtedy jedynie ketonal, chociaż skłamałbym twierdząc, że uwalniał od bólu- ketonal znacznie ten ból łagodził. Zimne okłady i płukanie jamy ustnej naparem z szałwii nie dawały nic, oprócz przekonania, że nie cierpię bezczynnie. Pomogło dopiero przeczyszczenie rany przez dentystę oraz terapia antybiotykowa. Szczerze mówiąc, suchy zębodół to najgorsze i najboleśniejsze, co mnie dotychczas spotkało- nie życzę nikomu. Po drugiej ekstrakcji zaczęłam odczuwać dolegliwości niemal identyczne jak po pierwszej, więc po weekendzie (ząb wyrwałam w piątek) od razu pojechałam do dentysty, żeby wyczyścił ranę. Okazało się, że ta goi się poprawnie, a ból wywołuje najprawdopodobniej afta powstała na skutek mikro urazu doznanego podczas zabiegu. W tym przypadku pomogły leki przepisane przez dentystę. Mimo to, jeśli masz podobny problem warto spróbować zimnych okładów: najlepiej robić je czymś zamrożonym (w moim przypadku zielony groszek) włożonym do woreczka i owiniętym chusteczką. Okład należy przykładać przez ok 10-15 minut po czym zrobić tyle samo czasu przerwy i znów przyłożyć (można zrobić ze 3 takie serie).
    Zarówno w przypadku suchych zębodołów jak i afty, ostry ból o dużym nasileniu utrzymywał się przez ponad tydzień, w trakcie którego niemożliwe było funkcjonowanie bez środków przeciwbólowych. Po tym czasie odczuwałam standardowy ból przechodzący w dyskomfort, związany z gojeniem się rany po ekstrakcji oraz kości. Utrzymywał się on do kilku tygodni (w moim przypadku najdłużej ok 5 tygodni). Dodatkowo, usunięcie ósemek wpłynęło na pozostałe moje zęby- zaczęły się przemieszczać i niestety nie spowodowało to, że zaczęły wyglądać lepiej. Wręcz przeciwnie- wbrew pozorom, zęby zamiast skorzystać z darowanego im dodatkowego miejsca i porozsuwać się, stłoczyły się jeszcze bardziej, wykrzywiając się przy okazji niemożliwie. Czasem te wędrówki wywoływały mniej lub bardziej dokuczliwy ból (który jeśli się nasilał, zduszałam lekami lub jeśli był umiarkowany- ssałam kostkę lodu, albo po prostu wcinałam desery lodowe).
    Kiedy ma się już piekło ekstrakcji za sobą, lub to ogromne szczęście wylosowania możliwości ominięcia tego pola w grze pod nazwą "piękne zęby", czas na zakładanie separatorów. W moim przypadku, samo zakładanie separatorów nie było bolesne, a jedynie nieco nieprzyjemne. Dla niewtajemniczonych- separatory to małe gumeczki (takie, jak później zakłada się na aparat), które wkłada się pomiędzy zęby trzonowe na około tydzień przed założeniem aparatu, żeby pomiędzy tymi zębami zrobiło się miejsce na metalowe pierścienie. Te pierścienie zakłada się właśnie na zęby trzonowe i można powiedzieć, że są głównym stelażem aparatu. Wydawałoby się, że coś tak małego nie może za bardzo rozepchać zębów, zwłaszcza jeśli jest gumowe, więc zęby będą tą gumkę ściskać. Nic bardziej mylnego. Te małe cholery są tak skuteczne, że już dzień po założeniu separatorów musiałam przejść na dietę półpłynną, bo jedzenie płatków ryżowych na mleku, bez żadnych dodatków, było niemal niemożliwe- prawie ich nie gryzłam z powodu bólu. Na szczęście taki ból utrzymywał się tylko jeden dzień i to tylko przy jedzeniu- w kolejnych dniach mogłam jeść pokarmy stałe, pod warunkiem, że były odpowiednio miękkie. Kiedy nic nie jadłam ból był na tyle lekki, że nie musiałam się wspomagać żadnymi lekami (tylko pierwszego dnia brałam Apap). Co ważne- bolą nie tylko separowane zęby. One wywierają nacisk na kolejne, więc momentami bolał mnie cały łuk. Wyjmowanie separatorów trwa ułamek sekundy i może, ale nie musi boleć.
    Samo zakładanie aparatu można podzielić na kilka etapów i na szczęście nie jest prawie w ogóle bolesne. Na wszystkie zęby, oprócz tych wcześniej separowanych, ortodonta nakleja zamki (takie metalowe kosteczki, do których później mocuje się gumeczkami-ligaturami, drut)- jest to całkowicie bezbolesne. Następnie montuje się pierścienie- metalowe obręcze, wciskane i naklejane na zęby trzonowe. Do pierścieni przymocowane są zamki- nie wiem jak u innych, ale w moim przypadku, na górze są po zewnętrznej i wewnętrznej stronie, a na dole tylko po zewnętrznej. Zakładanie pierścieni było dla mnie nieco bolesne, bo po pierwsze trzeba było pracować na zębach obolałych po działaniu separatorów, a po drugie, pierścienie nieco "wcięły" mi się w dziąsło. Nie wiem, jak to opisać, ale chodzi o to, że żeby pierścień był stabilny, trzeba go dość mocno docisnąć i to dlatego bolało, jednak ból był niewielki i trwał dosłownie chwilkę. Kiedy wszystkie zamki są na swoich miejscach czas na drut- ortodonta najpierw wkłada go w zamki na pierścieniach, a następnie mocuje do zamków na pozostałych zębach, za pomocą gumeczek. Nie jest to bolesne, ale to w tym momencie zaczynają pojawiać się naprężenia, więc pojawia się dyskomfort. U mnie, w przypadku górnego łuku, na dyskomforcie się skończyło i kilka dni po założeniu aparatu chciałam już dzwonić do mojej ortodontki, bo zęby bolały jedynie podczas jedzenia, ale na pewno nie tak, jak moich znajomych, którzy przez co najmniej pierwsze trzy dni nie wytrzymywali z bólu. Natomiast w przypadku dolnego łuku od razu, tuż po założeniu drutu, poczułam silny dyskomfort, który chwilę po wyjściu z gabinetu przerodził się w ból.
    Ból wywołuje też oczywiście samo noszenie aparatu, ale o tym i innych przyczynach napiszę za tydzień.
    Jeśli zastanawiasz się nad założeniem aparatu i ból Cię przeraża, to pamiętaj, że jest on kwestią indywidualną i na jego wystąpienie wpływa tak wiele rzeczy, że można śmiało powiedzieć, że to loteria. W moim odczuciu, efekty noszenia aparatu w pełni ten ból rekompensują.
    A jak Wy znosiliście ból związany z przygotowaniami do założenia aparatu?

PS. Tu przeczytasz: "Ból związany z aparatem ortodontycznym - cz. II"

PS.II  Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 

02 lipca

Katarzyna Nosowska- A ja żem jej powiedziała (audiobook; recenzja)

Katarzyna Nosowska- A ja żem jej powiedziała (audiobook; recenzja)

     Przyznam się bez bicia, choć znam osoby, które zaserwowałyby mi za to, co zaraz napiszę ostre cięgi, że Nosowską znam tylko z nazwiska i radiowych kawałków. Nie jestem fanką i nigdy nie przesłuchałam jej płyt. Dlaczego? Nie wiem, ale jakoś nie wzbudzała mojej sympatii i głupio mi ogromnie, bo okazało się, że to równa babka, a przynajmniej taki wniosek można wysnuć po wysłuchaniu jej audiobooka "A ja żem jej powiedziała".
    Debiutancka książka Kaśki Nosowskiej to zbiór 50 krótkich (czasem ledwo kilku zdaniowych) tekstów, które pod płaszczykiem humoru, mówią całkiem serio o naszym świecie, związkach, show biznesie i wielu innych. Nosowska niezwykle celnie diagnozuje skazy na rzeczywistości, ale nie stawia się w roli wszechwiedzącej i najmądrzejszej. Ba! W jednym z rozdziałów krytykuje stawianie celebrytów w roli ekspertów. Kaśka jest kąśliwa, jej uwagi są trafne, błyskotliwe, dowcipne ale i momentami gorzkie przez ich celność, natomiast wszystko to z zachowaniem niezwykłej wręcz skromności, co do której czuje się, że jest szczera i prawdziwa.
    Słuchając tego audiobooka, w pierwszej chwili pomyślałam, że jest skierowany do kobiet, nie tylko całkiem dojrzałych, ale nie do nastolatek. Jednak wraz z kolejnymi nagraniami (muszę przyznać, że mój odtwarzacz uparł się przy odtwarzaniu losowym, więc nie słuchałam z kolejnością obmyśloną przez autorkę) zmieniałam zdanie i ostatecznie jestem pewna, że tą książkę powinni przeczytać/przesłuchać wszyscy. Kobiety młode, bo Nosowska dzieli się wieloma mądrymi radami, także tymi, które wyniosła z domu będąc u progu dorosłości, jak również ważnymi uwagami na temat szacunku, miłości i związków. Kobiety dojrzałe, bo z pewnością mają o czym z Nosowską polemizować, ale też niejedna dojrzała pani powinna od Kaśki zaczerpnąć nieco luzu, dystansu do siebie i świata. Mężczyźni, i tu mam na myśli zarówno tych młodszych jak i starszych, bo z tych tekstów płynie nauka nie tylko na temat tego jak zadowolić kobietę, czy jak powinien wyglądać seks, ale też dużo ważniejsza- jaki wpływ macie Wy, Panowie, na swoje dzieci. Niezaprzeczalnie wielka gwiazda, ceniona i podziwiana, nader często wplata uwagi dotyczące relacji z ojcem, która pozostawiała wiele do życzenia, a która silnie wpłynęła na jej osobowość i całe życie. I tak z wielkiej Nosowskiej wyłania się mała Kasia, tęskniąca za ojcowskim ciepłem. Panowie, zróbcie tak, żeby Wasze córki, ale i synowie, nie identyfikowali się z Nosowską na tym polu.
    Słówko o stronie technicznej- wydawać by się mogło, że po usłyszeniu kilka razy, w krótkich odstępach "A ja żem jej powiedziała, Kaśka..." sprawi, że będzie się chciało przewijać pierwsze sekundy następnych nagrań. Otóż nie. Charakterystyczny, mimo, że nieco ochrypnięty, ale jednak miękki i ciepły, głos autorki sprawia, że chce się więcej i więcej, a na dźwięk "A ja żem jej powiedziała" gęba sama się uśmiecha. Strzałem w dziesiątkę jest obsadzenie Nosowskiej w roli lektorki, bo któż inny mógłby to przeczytać tak dobrze? Ponadto nie mogę przemilczeć kapitalnego stylu. Nosowska żongluje słowem sprawnie, elokwentnie, ale przy tym dowcipnie i nieszablonowo. Co prawda wyznaje na łamach książki, że nie przychodzi jej to łatwo, ale cieszę się, że podjęła się tego trudu- efekt jest świetny.
    We wstępie słyszymy, że "Sens zdarzeń objawia się z opóźnieniem.". Przez cały czas nie opuszczała mnie refleksja na temat tego, czy wokalistka grupy Hey zawsze była taka mądra, czy ta inteligencja, błyskotliwość i przede wszystkim dystans przyszły z czasem. Ta myśl nie chce mi wyjść z głowy, dlatego w pierwszej wolnej chwili poszukam starych wywiadów i spróbuję to sprawdzić.
    Audiobook "A ja żem jej powiedziała" niezaprzeczalnie i bezsprzecznie mnie zachwycił. Już teraz wiem, że niejednokrotnie do niego wrócę i czuję, że za każdym razem będę słyszała więcej. Sporo mnie też nauczył oraz zachęcił do tego, żeby o Nosowskiej dowiedzieć się nieco więcej, bo czuję, że zdecydowanie warto.
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger