31 lipca

Przemysław Chojecki - Plac Zbawiciela (recenzja)


     Bardzo lubię książki i bardzo lubię memy, więc jeśli ktoś poprosiłby mnie o skomentowanie "Placu Zbawiciela" za pomocą jednego mema, to bardzo proszę:
A jeśli miałabym podsumować tę książkę jednym zdaniem, byłoby to "O czym Ty do mnie rozmawiasz?", czyli klasyk z moich rozmów z najlepszą przyjaciółką i kuzynką w jednej osobie. Niemniej jednak, ta książka tak mnie poirytowała, że muszę wyrzucić z siebie więcej niż jedno zdanie.
    Co mnie skłoniło do sięgnięcia po tę książkę? Okładka. Urzekła mnie prostotą, pomysłem i kolorami. Jest hipnotyzująca i mogłabym na nią patrzeć i patrzeć. Nazwisko autora, dotąd mi nieznane, ani nie zachęcało, ani nie odpychało, więc po zapoznaniu się z opisem z okładki- wzięłam, bo skojarzyło mi się z powieścią "Powrót niedoskonały" Marcina Bruczkowskiego, która też traktuje o powrocie do kraju po latach emigracji, a którą wspominam dobrze. No i masz babo placek- boleśnie przekonałam się o znaczeniu powiedzenia "nie oceniaj książki po okładce", chociaż ciśnie mi się na usta "ładna miska jeść nie daje"...
    Narratorem "Placu Zbawiciela", a zarazem głównym bohaterem, jest zbliżający się do trzydziestki Polak, mieszkający za granicą, wracający co rusz, na krótko do kraju, jednocześnie zastanawiający się nad ostatecznym zakończeniem emigracji. Chociaż nie, nie nazwałabym go głównym bohaterem, bo czyż można być bohaterem, kiedy akcji brak? Narrator ma tyle werwy co Werter i tyleż wzbudza we mnie sympatii*.
    Cała powieść skupia się na dialogach (no niech już będzie) głównego bohatera z przyjacielem lub własnych refleksjach snutych w warszawskich restauracjach i kawiarniach przy tytułowym Placu Zbawiciela. A dysputy są to zawsze filozoficzne, pełne patosu i wzniosłych myśli. Poza tym, nie dzieje się tu nic. Po prostu, dwóch gości (albo jeden) siedzi nad filiżanką kawy, ewentualnie kieliszkiem wina i gadają. Nienaturalnie brzmiące, zbyt podniosłe dialogi w połączeniu z totalnym brakiem akcji, niestety, są dla mnie niestrawne, mimo, że ich przedmiotem są tematy niejednokrotnie ważne i ciekawe. Panowie rozmawiają o sztuce, historii, kulturze, socjologii i wielu innych, ale ponieważ pomiędzy tym nic nie ma, to już po kilku stronach staje się to nieznośnie nudne. Do tego Chojecki nie pozwala zapomnieć o tym, jakim jest obytym światowcem i w dyskusje wplata nieustannie wypowiedzi o swoich podróżach, o miastach, w których mieszkał. Rozumiem, że celem było zestawienie Polski z innymi krajami, porównanie i wyciągnięcie wniosków, w jakim punkcie znajdujemy się na tle innych państw gospodarczo, społecznie, kulturowo. Ale zamiast tego wyszło tak, jakby autor przechwalał się swoimi wojażami i zagranicznym życiem, zwłaszcza, że czasem trzeba się naprawdę skupić, żeby zrozumieć co miał na myśli i jak to się ma do tematu, który poruszał kilka zdań wcześniej.
    Życiorys głównego bohatera do złudzenia przypomina losy Chojeckiego, więc przez cały czas nie mogłam oprzeć się pokusie identyfikowania autora z bywalcem stołecznych kawiarni. I Chojecki nie powinien się z tego cieszyć, bo główny bohater wzbudził we mnie taką niechęć, jakiej już dawno nikt we mnie nie wzbudził. Jawi mi się on jako człowiek zarozumiały, narcystyczny, uważający się za lepszego od innych. Ciągle opowiada o swoich ambicjach, możliwościach i samoświadomości większych, niż u innych ludzi. Co jakiś czas kryguje się, mówiąc coś, co ma świadczyć o jego skromności, jednak dla mnie brzmi to tak, jakby zorientował się, że wychodzi na bubka, więc kurtuazyjnie mówi "wiem, że nic nie wiem".
    Miały być refleksyjne rozważania, a jak dla mnie wyszedł bełkot. Mam wrażenie, jakby sam Paulo Coelho zebrał wszystkie swoje dzieła, wypisał najlepsze myśli, dodał "kilka" nowych i sklecił z tego powieść. Gdyby autor zdecydował się na większą dynamikę, ale opierającą się na akcji, a nie na krótkich, jakby szarpanych, zdaniach, lektura tej powieści mogłaby być prawdziwą ucztą dla czytelników spragnionych intelektualnych rozrywek i książek, dających okazję do licznych refleksji i do dyskusji. Naprawdę chętnie weszłabym w polemikę z autorem, gdyby te refleksje wplótł w jakieś wydarzenia, zamiast serwować "samo gęste".
    Niestety nie mogę wypowiedzieć się w pełni na temat poziomu dyskusji prowadzonych w książce, bo wbrew temu, co głosi zdanie rozpoczynające "Plac Zbawiciela", czyli:
"Zacząć jest tak samo trudno jak skończyć."
 po przeczytaniu kilkunastu stron, zaczęłam wertować jedynie resztę książki, zatrzymując się to tu, to tam i sprawdzając, czy początkowy ton utrzymuje się na całej objętości. I owszem- niestety tak właśnie jest. Doświadczona przez "Singli" pomyślałam, że może inny nastrój byłby w stanie ocieplić moje uczucia względem tej powieści, ale po krótkiej refleksji doszłam do wniosku, że nie. Zbyt patetycznym językiem posługuje się Chojecki, zbytnio zagęszczone są jego mądrości i zbyt mało się w tej powieści faktycznie dzieje, żebym mogła zapałać do niej sympatią. Jedyne, co mogłoby pomóc, to czytanie malutkimi partiami, po dosłownie kilka akapitów, tak, żeby "wyłowić" jakąś myśl, jakiś punkt wyjścia do rozmyślań, przetrawić to i dopiero przeczytać kolejne akapity. Może nie należy czytać tej książki "na raz". Chociaż takie rozbijanie na partie może być utrudnione przez to, że autor sam nie ułożył wewnętrznych monologów ani dialogów tematycznie- myśli są wymieszane, dyskusja toczy się wokół sztuki, by zaraz oddać pola historii. Co gorsza, kilkanaście, czy kilkadziesiąt stron później poruszane są te same tematy.
    Podsumowując, mimo, że bardzo się staram znaleźć coś pozytywnego w tej książce, to jednak nie potrafię. "Plac Zbawiciela" to powieść z potencjałem, o jakże aktualnej i ważnej problematyce emigracji i jakże inna w formie od innych, ale właśnie ta forma, zamiast zapewnić Chojeckiemu sukces, jest najsłabszym punktem książki, do tego stopnia, że zniechęca do czytania.

                                                                                                                                   
*Czyli wcale- Werter jest jedną z najmniej przeze mnie lubianych postaci literackich. Gość to jęcząca maruda, która gada, gada, gada, a kiedy przychodzi do czynów, okazuje się, że nawet się zabić nie potrafi. I jak ta biedna kobieta miała go wybrać na towarzysza życia? No jak?


Przemysław Chojecki: Plac Zbawiciela, Papierowy Motyl, 2017; 235 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

2 komentarze:

  1. Genialna recenzja <3 sama od ponad 6 lat mieszkam za granicą, więc przez ułamek sekundy pomyślałam, że może zrozumiem głównego bohatera? Ale po przeczytaniu całości stwierdzam, że nie ma kuwa takiej opcji nawet. Dodatkowo porównanie do Wertera - strzał w 10. Werter i jego cierpienia z dupy były takie koszmarne, że byłam w stanie uwierzyć, że ta książka nie jest lekturą tylko polonistka się nad nami najzwyczajniej w świecie znęca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że Ci się spodobała. Ja i moi znajomi, też zweryfikowaliśmy kanon lektur po przeczytaniu Wertera. No cóż... Najwidoczniej to jakiś ogólnokrajowy spisek polonistów przeciwko młodzieży. Tylko nie rozumiem skąd później zdziwienie, że ludzie nie lubią czytać, skoro im się wmusza takie "coś" (i to przez bardzo małe "c").

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się w komentarzu Twoim zdaniem na temat tego, co napisałam, Twoimi doświadczeniami czy pytaniami- zapraszam do dyskusji :)

Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger