29 sierpnia

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)

Janusz Andrzej Zajdel - Cylinder van Troffa (audiobook; recenzja)
    Nie zamykam się w ramy jednego-dwóch gatunków literackich. Czytam różne rzeczy z różnych powodów, ale dwa najważniejsze to chęć doznawania nowych literackich bodźców oraz nuda. Nuda sprawia, że lubię się zaskoczyć, a czytając powieści jednego nurtu o zaskoczenie raczej trudno. Poza tym, dobieram lektury do nastroju. I tym razem padło na coś, co podnosi ciśnienie, ale w pozytywnym sensie- dobra fantastyka na takie okazje nie jest zła (choć uprzedzam, że specem od tego gatunku nie jestem).
    XXIII wiek. Grupa kosmonautów, wracając z ogromnym opóźnieniem z międzyplanetarnej misji ląduje na Księżycu, gdzie żyją ziemscy osadnicy. Zniechęcają oni podróżników do powrotu na Ziemię tłumacząc, że panują tam warunki niekorzystne do życia, ale nie chodzi o skażenie wód czy atmosfery, ale o zdegenerowanych ludzi tam mieszkających. Jeden z "kosmaków" ucieka jednak z Księżyca. To, co zastaje na Ziemi mogłoby zdawać się utopią- samowystarczalne, zautomatyzowane miasta zapewniają ludziom wszystko, co potrzebne do życia do tego stopnia, że nikt nie musi pracować, a mimo to, nikomu niczego nie brakuje. Jednak to, co brzmi tak świetnie w praktyce wygląda zupełnie inaczej. Okazuje się, że z powodu grożącego Ziemi przeludnienia podjęto szereg, zgubnych w skutkach, działań. Na tle dystopijnego obrazu przyszłości ludzkości Zajdel osadza wątek romantyczny- kosmonauta musi w zdegenerowanym świecie znaleźć kobietę, która miała czekać na niego w tytułowym cylindrze, którego zadaniem miało być uchronienie kochanków od skutków paradoksu bliźniąt.
    Zanim przejdę do treści, słowo na temat wydania- sięgnęłam po "Cylinder van Troffa" w wersji audio i nie żałuję. Jest to powieść szkatułkowa, w której występuje aż trzech narratorów i wydawca na szczęście postawił na nadanie każdemu z nich głosu innego lektora. Każdy z tych trzech głosów jest przyjemny, melodyjny i buduje odpowiedni nastrój- Łukasza Nowickiego mogłabym słuchać w nieskończoność i naprawdę żałuję, że Zajdel nie rozbudował "Cylindra..." do rozmiarów pięciuset stronicowego tomiszcza. Spodobało mi się dodanie do nagrania nastrojowej muzyki na początkach i końcach poszczególnych partii tekstu, ale już dodatkowe dźwięki (na przykład dzwonka kiedy jest o nim mowa w tekście) nie, zwłaszcza, że momentami się one pojawiały, a innym razem nie było ich przez dłuższy czas, tak, jakby zapomniano o tej koncepcji.
    Zwykle zaczynam od pozytywów, by o tym, co mi się nie podobało pisać przed samym podsumowaniem- dziś jednak odwrócę regułę. Otóż, dostrzegłam kilka kwestii czy problemów, które można było rozwiązać szybciej i to w bardzo prosty sposób- UWAGA SPOILER, np. kiedy główny bohater spotyka na ulicach miasta robota wykonującego wszystkie polecenia ludzi, mógł już wówczas zapytać go o drogę do starego budynku uniwersyteckiego oraz zadać dręczące go pytania- najwyżej nie uzyskałby odpowiedzi. O kwestię kobiet mógł zapytać tego samego robota lub zapytać o to pierwszego człowieka, z którym się skontaktował. Przykładów można wymienić kilka KONIEC SPOILERA. Zastanawiałam się również nad tym jak to możliwe, że społeczeństwo żyjące wcześniej, zgodziło się bez większych problemów na wdrożenie tak radykalnych środków kontroli rozwoju populacji (UWAGA SPOILER- środkiem zaradczym było zablokowanie możliwości rozmnażania u wszystkich ludzi i przyznawanie aktywatora tylko wybranym- KONIEC SPOILERA)- doszłam jednak do wniosku, że można to wyjaśnić wprowadzeniem do atmosfery lub wody pitnej odpowiednich substancji psychoaktywnych, pozwalających na manipulowanie społeczeństwem. UWAGA SPOILER- Uważam też, że kolejny krok, a więc ograniczenie liczby urodzeń dziewczynek do ok 1% wszystkich urodzeń o wiele bardziej przyspieszyłoby zagładę, ale mogę się mylić.- KONIEC SPOILERA
    Poza tym jednym małym minusikiem, jest cała masa plusów. "Cylinder van Troffa" to podniecająca, trzymająca w napięciu powieść rozbudzająca wyobraźnię, ale i przerażająca. Zajdel przedstawił wizję tego, do czego może zmierzać ludzkość i choć książka została po raz pierwszy wydana w 1980 roku, to jednak do dziś pozostaje aktualna. Pomysły autora nadal wzbudzają zaciekawienie, są intrygujące i innowacyjne, a kreatywność Zajdla godna podziwu. Na wielki szacunek zasługuje również to, że "Cylinder..." jest powieścią wielowarstwową- autor nie skupił się jedynie na wizji przyszłości opisując futurologiczne rozwiązania techniczne. Mamy tu analogie do systemów politycznych, rozważania na tematy społeczne, gospodarcze, ale też problemy natury egzystencjalnej i romantycznej. Ach! Czego tu nie ma! I nie piszę tego z ironią- wręcz przeciwnie, jestem pełna podziwu dla kunsztu Zajdla, wszak był człowiekiem nauki, a wykazywał się fenomenalnym talentem oratorskim. Nie tylko treść jest świetna, ale i forma- "Cylinder..." to powieść szkatułkowa. Kompozycja naprawdę mi się podoba- nadaje autentyczności i dynamizmu całości, wzbudza zaciekawienie i zachęca do zgłębienia tej historii. Dodatkowo zakończenie tej powieści jest chyba najbardziej pomysłowym i ryjącym banię, z jakim się spotkałam. Jest po prostu mega. To wszystko sprawia, że w ogóle nie dziwi mnie fakt, że książka została nagrodzona w roku wydania przez Ministra Kultury i Sztuki. Ponadto w "Cylindrze..." można dostrzec wiele nawiązań do innych dzieł kultury, nie sposób nie zauważyć też podobieństw między tą powieścią a "Wehikułem czasu" Wellsa.
    Mogłabym tak pisać i pisać i rozpływać się w zachwytach, ale zamiast tego, napiszę jeszcze tylko, żebyście po prostu sami sięgnęli po tę powieść- niezależnie czy w formie tradycyjnej, czy audio, ale koniecznie sięgnijcie, bo to prawdziwa uczta dla każdego bibliofila.

Janusz Andrzej Zajdel: Cylinder van Troffa, Aleksandria, 2010; 7 godzin 4 minuty



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

26 sierpnia

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)

Joe Randolf Ackerley - Moja Tulipanka (recenzja)
    Chciałam zacząć recenzję tego wydawnictwa od krótkiego rysu o autorze, ale doszłam do wniosku, że to, czym zajmował się zawodowo nijak nie wpływa na treść "Mojej Tulipanki"- na pewno na formę oraz język i styl Ackerleya, był bowiem silnie związany zawodowo z literaturą, więc warsztatu nie sposób mu odmówić. Treść natomiast nijak ma się do jakiegokolwiek zawodu, którym mógłby się Ackerley parać. Ale do rzeczy...
    "Moja Tulipanka" to swego rodzaju pamiętnik autora, skupiający się wokół jedynej na jego niebie gwiazdy- tytułowej Tulipanki. Tulipanka natomiast jest psem, konkretnie suczką, a jeszcze konkretniej owczarkiem niemieckim. Ackerley przygarnął psinę będąc w średnim wieku, kiedy ta miała już 18 miesięcy, a więc powoli wchodziła w psią dorosłość. Okazało się to o tyle zaskakującym i odkrywczym doświadczeniem dla autora, że dotychczas nie był fanem psów i żadnego nie posiadał. Na kartach "Mojej Tulipanki" autor opowiada o perypetiach związanych z opieką nad psem. Przeżywamy razem z nim troskę o psie zdrowie, strach przed ryzykiem potrącenia Tulipanki przez samochód na jednej z ruchliwych londyńskich ulic, ale też zakłopotanie jej niewłaściwym czy niegrzecznym (z punktu widzenia człowieka) zachowaniem. To opowieść o tym, jak naprawdę wygląda życie z psem u boku.
    To, co jest ogromną wartością tej książki, to jej oddanie rzeczywistości- Ackerley nie czaruje i mówi wprost o wzlotach i upadkach, plusach i minusach, które przeplatają się i łączą tak, że czasem nie sposób ich rozdzielić. Nie wciska nam bajek o tym, że posiadanie psa to same przyjemności i tym samym daje książkę, która staje się pozycją obowiązkową dla osób, które rozważają sprowadzenie sobie do domu psa, a nie mają w tym obszarze żadnych doświadczeń. Ponadto jest to książka, którą czyta się sprawnie i szybko dzięki swobodnemu stylowi. Język, którym posługuje się autor, jest przyjemny, dość lekki, ale i bardzo specyficznie upstrzony ciekawymi, melodyjny zwrotami. Jest to język, który bezwiednie kojarzę z dostojnymi Brytyjczykami w średnim wieku, ale widać też wyraźnie, że Ackerley jest doświadczonym literatem.
   Ale tak, jak w opiece nad psem, nie ma plusów bez minusów tak i tu uwierały mnie pewne szczegóły. To, co przeszkadzało mi w "Mojej Tulipance" i zniechęcało do dalszej lektury, to opisy we fragmentach o dążeniu autora do inicjacji życia seksualnego przez jego psa.  Nieczęsto to przyznaję, ale momentami te opisy wzbudzały we mnie niesmak. Chodzi zarówno o ich dosadność, jak i nagromadzenie. Na 176 stron aż 54 to perypetie związane z próbą rozmnożenia Tulipanki. Serio? Ok, są tam wartościowe informacje, jak na przykład to, jakie piekiełko mogą człowiekowi zgotować psy podczas rui, ale zdecydowana większość tej części to gadka-szmatka o szukaniu odpowiedniego psa oraz o tym, jak suczka Ackerleya nie dopuszcza do siebie tych nieodpowiednich. Nudziła mnie ta część okropnie i równie mocno irytowała. Także to, jak Ackerley opisywał relację ze swoim psem budziło we mnie negatywne uczucia, a mówiąc wprost przywodziło mi na myśl zapędy nieco wręcz zoofilskie, choć oczywiście jedynie platoniczne, ale jednak niestrawne. Nie chciałabym zostać źle zrozumiana- nie oskarżam Ackerleya o czyny niemoralne, to, co mam na myśli można porównać do tego, że niektórzy ludzie mówią do swoich zwierzaków jak do własnych dzieci i tak też je traktują- rodzi to we mnie niechęć, tak jak mówienie o swoim psie jak o kochance czy wręcz określanie go tym mianem, jak robi to autor tej książki.
    Podsumowując, "Moja Tulipanka" to cenne źródło wiedzy dla osób, które chciałyby mieć psa oraz dla fanów owczarków niemieckich. Ze względu na przydatność informacji zawartych w tej książce jestem w stanie przymknąć oczy na nieznaczne niedogodności. "Moją Tulipankę" polecam więc serdecznie wszystkim miłośnikom psów, choć przez opisy związane z fizjologią zdecydowanie nie polecam dzieciom (w ramach ciekawostki- w przeciwieństwie do sieci Empik, która na swojej stronie umieściła tę książkę w kategorii książek dla dzieci w wieku 6-8 lat -serio? Książkę, w której mowa o "masturbowaniu" psa?).

Joe Randolf Ackerley: Moja Tulipanka, Studio Emka, 2013; 176 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

24 sierpnia

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza

Co jest co, czyli elementy aparatu ortodontycznego i "słownik" początkującego aparaciarza
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
    Przed założeniem aparatu oraz na początku noszenia miałam problem z nazewnictwem jego elementów. Kilka razy zachodziłam w głowę co ma na myśli moja ortodontka, kiedy tłumaczyła mi co i jak. Pomyślałam, że nie tylko ja mogę mieć z tym problemy i przygotowałam małą ściągę podpowiadającą jak nazywają się elementy aparatu na zęby. A więc tak:

     Zamek - to metalowy (lub ceramiczny - w zależności od tego na który rodzaj aparatu się zdecydujemy) element aparatu przyklejany specjalnym klejem ortodontycznym do powierzchni zęba. Jego zadaniem jest podtrzymywanie drutu- zamek "ciągnie" ząb w stronę drutu, dzięki czemu możliwe jest przesuwanie zębów. Ortodonta nakleja zamek na ząb tak, żeby krawędzie zamka były równoległe do krawędzi zęba, co tuż po założeniu aparatu wizualnie uwidacznia krzywiznę zębów- zamki są przyklejone nierówno względem siebie i rzuca się to w oczy. Wygląda to tak:
Widać, że każdy z zamków żyje swoim życiem i ani myśli przejmować się tym, jak stoją koledzy obok. Każdy jest nachylony pod innym kątem a jeśli spojrzysz na dwójkę i trójkę po lewej stronie zdjęcia zobaczysz, że między dolną krawędzią zamka na trójce, a górną tego z dwójki jest spora odległość- jest tak dlatego, że moje zęby na tym zdjęciu są jeszcze bardzo krzywe (zdjęcie zrobiłam dzień po założeniu aparatu- swoją drogą nie mogę uwierzyć, że miałam tak dramatycznie krzywe zęby, masakra!). Zamki można porównać do żołnierzy, a drut, który przez nie przechodzi, do dowódcy, wydającego komendę "w szeregu zbiórka!".
    Drut - to potoczna nazwa łuku ortodontycznego; w zależności od rodzaju, wykonany ze stali lub stopu niklu i tytanu. Drut ma kształt idealnego łuku, a mocowany do zamków wywiera na nie nacisk, przez co "wymusza" ich ustawienie właśnie zgodnie z kształtem łuku, co jest jednoznaczne z wyrównywaniem zębów- po prostu ustawienie zębów dostosowuje się do kształtu łuku ortodontycznego.
    Ligatury - czyli kolorowe lub bezbarwne elastyczne gumki, które utrzymują łuk ortodontyczny w szczelinie zamka, zapewniając jego stabilność (dzięki ligaturom drut nie wypadnie ani się nie przesunie). W zależności od tego jak ortodonta zahaczy ligaturę o zamek oraz jakiej ligatury (pod względem jej rozmiaru) użyje, łuk będzie wywierał inny nacisk na zamek, a co za tym idzie, zęby będą się nieco inaczej przesuwać co będzie też miało wpływ na poziom bólu. Na każdej wizycie kontrolnej ligatury są wymieniane ze względów technicznych i higienicznych, dzięki czemu przy każdej takiej wizycie można wybrać inny ich kolor- zapraszam do lektury wpisu o tym, na co warto zwrócić uwagę przy wyborze koloru ligatur (mała dygresja- na ostatniej wizycie nie mogłam samodzielnie wybrać koloru gumek, bo moja ortodontka zdecydowała, że muszą mieć odpowiednie średnice i akurat miała odpowiednie ilości ligatur w odpowiednich rozmiarach tylko w jednym kolorze, ale to rzadka sytuacja).
    Pierścień - metalowa obręcz zakładana i mocowana za pomocą cementu ortodontycznego na zęby trzonowe (szóstki, a w przypadku aparatu przedłużanego, także na siódemki- tak jak u mnie), której zadaniem jest utrzymanie łuku ortodontycznego, czyli po prostu zastępuje zwykłe zamki na ostatnich zębach. Do pierścieni przymocowane są też rurki.
    Rurka - metalowy element pierścienia służący do mocowania wyciągów zewnątrzustnych. W moim przypadku rurka jest używana właśnie w tym celu, a o moim wyciągu pisałam więcej TU.
    Haczyk - element zamka, służący do mocowania wyciągów elastycznych (wyciąg elastyczny to specjalna gumka, którą zakłada się samodzielnie i nosi w zależności od wskazań ortodonty, wyciąg tego typu wyrównuje zgryz, tzn. pomaga dopasować górne i dolne zęby "dociągając" je do siebie).
    Oprócz elementów widocznych na zdjęciu i wymienionych wyżej, warto wiedzieć jeszcze o tym, czym są separatory. Mianowicie są to ligatury, które wykorzystuje się nie w celu podtrzymania łuku, ale wciskane pomiędzy zęby trzonowe (w moim przypadku pomiędzy siódemki a szóstki i szóstki a piątki) na około tydzień przed założeniem stałego aparatu. Ich zadaniem jest zwiększenie przestrzeni międzyzębowych tak, żeby możliwe było założenie pierścieni.
    Są to podstawowe elementy stałego aparatu ortodontycznego. W zależności od przypadku i potrzeb mogą występować inne, dodatkowe elementy.

PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 

21 sierpnia

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)

Bolesław Leśmian - Przygody Sindbada Żeglarza (recenzja)
 

    Są takie książki, po które sięgam regularnie. Czasem są to książki banalne, a czasem, jak w tym przypadku, dzieła ponadczasowe, których odbiór zmienia się wraz z upływem lat, jednak niezmiennie jest to odbiór pozytywny. Nie inaczej jest w przypadku "Przygód Sindbada Żeglarza" Leśmiana, które czytam co kilka lat- zawsze jednak latem, bo jak rzadko która książka, pasuje idealnie do gorącego słońca ogrzewającego twarz i letniego wiatru niosącego zapach kwiatów i przygody.
    W wyniku niesamowitego splotu okoliczności młody, za sprawą paskudnego Diabła Morskiego, bajecznie bogaty mieszkaniec Bagdadu wyrusza w podróż, obfitującą w niesamowite (często niebezpieczne) przygody, piękne księżniczki, złych czarodziejów i magiczne oraz niewyobrażalne stworzenia. Czy ujdzie z życiem? Czy poślubi którąś z księżniczek? I czy Diabeł Morski wreszcie pozwoli mu wrócić do domu i żyć bez podróży?
    Bolesław Leśmian, zainspirowany słynną "Księgą tysiąca i jednej nocy", zinterpretował na nowo przygody odważnego Sindbada, by przedstawić je w baśni-niebaśni. Dlaczego niebaśni? Bo baśń musi spełniać pewne znamiona jak np. fantastyczne przedmioty, postaci i zdarzenia, ale też schemat "dobro za dobro, zło za zło". Natomiast "Przygody Sindbada Żeglarza", mimo, że obfitują w magię, to jednak łamią zasady- za dobre uczynki czasem Sindbada spotyka kara, a księżniczki, oprócz niespotykanej urody, mają też wady takie jak głupota, zazdrość czy łakomstwo. Sindbad wyrusza w siedem podróży, w której doświadcza wielu przygód, a w każdej z nich zawiera się jakiś morał.
    Każda podróż, kończąca się powrotem do domu, może stanowić osobną historię. Taka kompozycja sprawia, że dzieło Leśmiana czyta się płynnie i łatwo dzielić je na małe partie, dzięki czemu świetnie nadaje się do wieczornego czytania dzieciom. Lekturę ułatwia i uprzyjemnia także poetycki język oraz humor, przejawiający się zwłaszcza w postaci wuja Tarabuka. Choć jeśli ktoś myśli, że Leśmian uraczy nas tylko ekscytującymi przygodami okraszonymi szczyptą żartu, będzie zaskoczony- niektóre perypetie Sindbada wywołują prawdziwy dreszcz emocji i nawet lekkie przerażenie. Czyż karły-ludojady czy grzebanie żywcem nie jest nietypowym motywem w dziecięcej literaturze? Jak już wspomniałam, pomiędzy wyprawami Sindbad ma chwilę wytchnienia w domu, co umożliwia Leśmianowi sprawniejsze łączenie najbardziej niesamowitych przygód w jedną powieść. Mimo to i tak połączenia perypetii Sindbada w ramach jednej wyprawy bywają totalnie abstrakcyjne, a wydarzenia naiwne, ale to chyba tylko wzmaga efekt niesamowitości, bajeczności i kojarzy powieść ze snem, w którym nie da się przewidzieć dalszego ciągu, a kolejne wydarzenia mogą zmieniać się jak w kalejdoskopie.
    Wydanie Grega, oprócz notatek przydatnych uczniom, zawiera fantastyczne ilustracje autorstwa Jacka Siudaka, jeszcze bardziej rozbudzające wyobraźnię. Szkice są piękne w swej prostocie i świetnie oddają klimat baśni Leśmiana.
 

      Choć zdecydowanie byłam większą fanką tej książki, kiedy byłam młodsza, a z wiekiem słabnie moje zauroczenie sindbadowymi przygodami, to jednak polecam tę książkę każdemu- niezależnie od wieku. Będzie to magiczna przygoda pokazująca (a dorosłym przypominająca), że  nie ma rzeczy niemożliwych, a nas samych ogranicza tylko horyzont wyobraźni.

Bolesław Leśmian: Przygody Sindbada Żeglarza, Greg, 2010; 190 stron



Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 sierpnia

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)

Lisa Jewell - Impreza u Ralpha (recenzja)
 

    Nie lubię imprez. Jestem typem domatora i najlepsza impreza, to dla mnie pidżama party z moim Patrykiem, na której główną atrakcją jest spanie na łyżeczkę. Czyste szaleństwo. Ale "Impreza u Ralpha" z serii "Literatura w spódnicy", to eksperyment- czytałam "Nie całkiem do pary" z tej serii (w zasadzie czytam ją od kilku lat, niemal w każde wakacje) i uważam, że pozornie jest to książka, która ma umilić czas spędzany na opalaniu czy w kolejce do lekarza, jednak za tymi pozorami kryje się pewna mądrość. O "Literaturze w spódnicy" przypomniała mi KEN.G swoją recenzją "Rosyjskiego kochanka" Marii Nurowskiej-  i zaczęłam zastanawiać się, czy każda książka z tej serii jest taka na wpół naiwna, na wpół pouczająca, więc obiecałam sobie wypożyczyć jakiś inny tom przy okazji najbliższej wizyty w bibliotece i oto jest.
    Londyn, lata 90. Jem, młoda, ładna i miła dziewczyna szuka pokoju do wynajęcia. Trafia do mieszkania Smitha i Ralpha- przyjaciół po trzydziestce (ale takich zwykłych, hetero przyjaciół), którzy szukają lokatorki. Zanim jednak wchodzi do środka zauważa, że to, co widzi przez okno salonu przyszłych współlokatorów, to... obraz z jej snów i uświadamia sobie, że oto znalazła przeznaczonego jej mężczyznę. Tylko czy chodzi o Smitha czy Ralpha? Jednocześnie poznajemy innych lokatorów domu- Siobhan i Karla kochającą się parę z piętnastoletnim stażem oraz diabelnie atrakcyjną Cheri. Karl daje się uwieść Cheri, do której od lat wzdycha Smith, o którym Jem myśli, że jest jej przeznaczony, a w której zakochuje się po uszy Ralph. Nadążacie? Jeśli nie, to spokojnie- ostatecznie wszystko rozwiąże się w kulminacyjnym punkcie, czyli na tytułowej imprezie.
    Lisa Jewell najwyraźniej chciała ubiegać się o pracę scenarzystki serialu "Moda na sukces" i zamiast napisać CV, napisała tę powieść. Niezły pomysł, ale sprawdziłam- nie wypalił, Jewell nie ma na liście scenarzystów B&B. Fabuła, oparta o karuzelę uczuć, faktycznie kojarzy się z telenowelą, a niektóre wątki czy sceny są zdecydowanie naiwne, choć przy okazji poruszają delikatne, bolesne i trudne tematy związane ze związkami- głównie damsko-męskimi, ale też przyjaźnią męsko-męską. Poza tym Jewell szuka odpowiedzi na pytanie co sprawia, że ludzie się w sobie zakochują, co wywołuje jedynie zauroczenie, a co pożądanie. Akcja powieści jest wartka, a język i styl autorki lekkie, co razem sprawia, że książkę czyta się szybko i łatwo. Nie mogę jednak nie zauważyć, że powieść jest nierówna- wątek główny, czyli historia Jem i jej dylematu "Smith czy Ralph" jest prosty, wręcz banalny i przewidywalny- praktycznie od początku wiadomo, jak to się skończy. Także obyczajowość związana z tym wątkiem zdecydowanie mi się nie podoba- Jem wdaje się w romans ze Smithem w ekspresowym tempie, by zaraz flirtować z jego najlepszym przyjacielem i chodzić przy współlokatorze bez bielizny, w samej tylko, za dużej koszulce. Niby kocha jednego, ale jakby go nie chce, bo przecież ten drugi to chodzący ideał, ale jak tylko widzi obu z inną kobietą przeżywa dramat, trzęsie się i płacze. Rozumiem, że życie nie zawsze jest czarno-białe i ludzie mają dylematy, ale bez przesady. Natomiast wątek Siobhan i Karla jest głębszy, zbudowany dużo lepiej, ciekawiej i bardziej wciągająco, ale też zdecydowanie bardziej wiarygodnie. Ponadto zgrzyta mi z tą "romantyczną" historią ilość wypalonej przez bohaterów marihuany. Z jednej strony nie lubię wygładzania rzeczywistości w literaturze, bohaterów, którzy nigdy nie klną i nie piją ani jednego kieliszka wina czy butelki piwa przez całe kilkaset stron powieści obyczajowej, ale z drugiej, zachowanie bohaterów w sferze erotyki, ich bezpośredniość i sięganie po używki w sporych ilościach jakoś mnie tu rażą.
    Bohaterowie powieści są bardzo zróżnicowani, choć nie wewnętrznie- mamy tu cały wachlarz różnych osobowości i postaci. Każda z nich jest dość ciekawa, ale momentami infantylna i irytująca. Ale czy ludzie po prostu nie są irytujący i czy nie robią głupot w stanie zakochania? Niezależnie od tego jak odpowiemy na to pytanie, muszę przyznać, że Jewell tak zbudowała postaci i fabułę, że jestem bardzo ciekawa, jak potoczyły się dalej losy niektórych bohaterów, chętnie dowiedziałabym się też co nieco o wcześniejszych losach Cheri.
    To, co rzuciło mi się w oczy, to błędy. Kilkukrotnie zauważyłam wpadkę, polegającą na użyciu niewłaściwego imienia (np. bohater mówi coś do drugiego i zamiast użyć jego imienia, używa własnego albo osoby o której rozmawiają). Wyłapałam też dziwnie spolszczoną odmianę imienia Smitha, choć to już kwestia polskiego wydania, a nie błędu autorki.
    Podsumowując, "Impreza u Ralpha" to impreza, która wzbudza we mnie mieszane uczucia, na której poznamy wielu gości, z których, jak to na imprezach, z częścią będziemy mieli ochotę się jeszcze spotkać, a część omijać szerokim łukiem. Spodoba się przede wszystkim tym, którzy chcą się jedynie zabawić. Zaś co do moich wniosków na temat "Literatury w spódnicy", to, wbrew mojej pierwotnej opinii, nie sposób na podstawie "Imprezy u Ralpha" stwierdzić, że książki do tej serii wybierane były wg klucza "mądrość skryta pod płaszczykiem banału". O banał tu nietrudno, gorzej z głębszą wartością i mądrością.

Lisa Jewell: Impreza u Ralpha, Axel Springer Polska, Zysk i S-ka, 2005; 283 strony


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

10 sierpnia

Dlaczego warto nosić aparat ortodontyczny? Zdjęcia przed i w trakcie leczenia

Dlaczego warto nosić aparat ortodontyczny? Zdjęcia przed i w trakcie leczenia
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
     Wielu ludzi zastanawia się nad tym, czy kwalifikują się do leczenia ortodontycznego i czy warto założyć aparat na zęby. Są też ludzie, zwłaszcza bardzo młodzi, którzy są przekonani, że się kwalifikują, że chcą i że warto, ale zastanawiają się jak namówić rodziców na aparat ortodontyczny. Jeśli jesteś w którejś z tych grup, to mój dzisiejszy wpis jest właśnie dla Ciebie, bo przedstawię w nim kilka argumentów przemawiających za zainwestowaniem w aparat. Zanim jednak do tego przejdziemy muszę się pochwalić efektami noszenia aparatu. Postępy są naprawdę mocno widoczne- na zdjęciach widać zmiany, jakie zaszły w ustawieniu moich zębów po 106 dniach od założenia aparatu w przypadku górnego łuku oraz zaledwie 43 (!) dniach w przypadku łuku dolnego- szok, co? 3 miesiące i wyglądam jak człowiek 😁 Nie mogę się napatrzeć na zdjęcia górnego łuku.
Efekty noszenia aparatu ortodontycznego na dolnym łuku przez 43 dni
Efekty noszenia aparatu ortodontycznego na górnym łuku przez 106 dni
Gdyby jednak dla kogoś powyższe zdjęcia nie były wystarczającym argumentem, to zapraszam do lektury.
  

    Dlaczego warto założyć aparat- względy estetyczne

    Naturalnie, pierwszym aspektem noszenia aparatu, który przychodzi na myśl, jest aspekt kosmetyczny. I właśnie z powodów estetycznych najwięcej osób zaczyna myśleć o aparacie, zwłaszcza obecnie, kiedy szczególny nacisk kładziemy na wygląd. W dobie wszechobecnego dążenia do perfekcji, krzywy zgryz postrzegany jest podobnie jak owłosione pachy u kobiet- dla większości ludzi jest to oznaka zwyczajnego zaniedbania się. Z tą różnicą, że istnieje grono ludzi nawołujące do niedepilowania pach, argumentując, że posiadanie tam włosów to rzecz naturalna, ale czy słyszeliście kiedykolwiek podobne postulaty przeciwko prostowaniu zębów? No właśnie. Proste zęby wyglądają o wiele lepiej, są synonimem dbałości o siebie i swój wygląd a także optycznie odmładzają. Aparat ortodontyczny nie koryguje jednak tylko zębów, ale właściwie wygląd całej twarzy- we wpisie o wyciągu zewnątrzustnym (do przeczytania TU) wspomniałam, że skutkiem tyłozgryzu jest pogłębienie bruzdy wargowo-bródkowej, której spłycenie zdecydowanie poprawia wygląd twarzy. Ponadto, zęby właściwie ustawione w łuku inaczej podtrzymują usta i policzki, dzięki czemu te wyglądają na pełniejsze. W moim przypadku, zmianie ulegnie nie tylko wspomniana już bruzda, ale prawdopodobnie i same usta- górną wargę zawsze miałam bardzo wąską, ale moje górne, przednie zęby były nachylone do wewnątrz- kiedy kąt ich nachylenia zostanie skorygowany całkowicie, górna warga będzie lekko wypychana przez zęby, a co za tym idzie przestanie być tak bardzo wąska. Rewelacyjne zmiany są widoczne w rysach twarzy osób z progenią (bardzo charakterystyczną wadą, polegającą na zbyt silnym wysunięciu żuchwy do przodu)- jestem pewna, że każdy zna co najmniej jedną osobę z taką wadą. Osobiście znam dwie dziewczyny (teraz już kobiety), które zmagały się z różnym zaawansowaniem tej wady zgryzu i obie przeszły operację korygującą - efekt był niesamowity.

    Dlaczego warto założyć aparat- względy psychiczne

    W trakcie rozmowy często patrzymy na usta rozmówcy, więc zęby to coś, co bardzo rzuca się w oczy, zwłaszcza, że zęby odsłaniamy też w uśmiechu. Fakt, że krzywy zgryz trudno jest ukryć sprawia, że krzywe zęby stają się jednym z największych kompleksów osób, których ten problem dotyczy. Z własnego doświadczenia wiem, jak, nawet delikatna, poprawa wyglądu zębów, potrafi zwiększyć pewność siebie. W moim przypadku poskutkowało to tym, że już się nie wstydzę rozmawiać z ludźmi, żartować i śmiać się naturalnie- wcześniej, kiedy się śmiałam, robiłam to albo z zamkniętymi ustami, albo zasłaniałam je dłonią a wiele osób uznawało mnie za osobę zamkniętą i zimną, bo unikałam rozmów i żartów. Śmiało mogę powiedzieć, że aparat nie tylko faktycznie poprawił wygląd moich zębów, ale przede wszystkim sprawił, że jestem pewniejsza siebie, a ludzie postrzegają mnie lepiej (podkreślam- nie tylko ze względu na wygląd, ale przede wszystkim z powodu zmiany zachowania). W ogóle przestałam się wstydzić uśmiechać, czy wręcz śmiać, a wiadomo, że śmiech to zdrowie...
 

    Dlaczego warto założyć aparat- względy medyczne

    Jak mawiają Anglicy "the last but not least"- aparat przede wszystkim warto założyć z powodów zdrowotnych. Krzywe, ściśnięte zęby trudniej doczyścić w miejscach stłoczeń, w związku z czym rozwijają się tam bakterie, które z kolei prowadzą do próchnicy, paradontozy czy innych chorób przyzębia. W skrajnych przypadkach te schorzenia mogą doprowadzić do utraty zębów! Stłoczone zęby i wady zgryzu mają zły wpływ na pracę stawów skroniowo-żuchwowych, co powoduje bóle okolic karku, głowy (w tym także migreny), szumy w uszach czy zaburzenia układu słuchu, a niektórzy uważają, że zwiększają też podatność na choroby zatok. Tak naprawdę, konkretną decyzję o założeniu aparatu podjęłam, kiedy szukając informacji na temat przyczyn bólu głowy wpadłam na artykuł o wpływie krzywych zębów na samopoczucie. Zmagam się z bardzo częstymi bólami głowy i bardzo dużo bym dała, żeby móc od nich odpocząć- to był dla mnie bodziec, żeby podjąć działanie i zacząć oszczędzać na aparat. Wracając do argumentów... powierzchnie niewłaściwie ustawionych zębów szybciej ścierają się podczas jedzenia, co z jednej strony sprawia, że takie zęby stają się nadwrażliwe, a z drugiej, może wpływać na niedostateczne rozdrobnienie pokarmu i obciążenie układu trawienia. Jeśli już jestem przy kwestiach związanych z jedzeniem, to nie mogę nie wspomnieć o wpływie bardziej bezpośrednim, czyli tym, że istnieją wady, które pogłębiając się, wręcz uniemożliwiają normalne jedzenie (jak chociażby wspomniana już progenia, która w zaawansowanym stadium sprawia, że nie da się odgryzać porcji jedzenia zębami przednimi). To, jak ułożone są nasze zęby wpływa też na naszą artykulację, więc wady zgryzu wywołują także na wady wymowy. Jak widzicie, kiepski wygląd czy kompleksy to nic w porównaniu z negatywnymi skutkami zdrowotnymi krzywych zębów.

    Mimo bólu, jaki wiąże się z noszeniem aparatu ortodontycznego, jestem zdania, że absolutnie efekty są warte tego cierpienia i gdybym miała teraz zdecydować raz jeszcze, na pewno i tak zdecydowałabym się założyć aparat. Jeszcze kilka lat temu, większym wstydem było noszenie aparatu ortodontycznego, zwłaszcza stałego, niż posiadanie krzywych zębów- na szczęście te czasy odeszły do lamusa i teraz aparaty są wręcz modne, tak samo, jak modne są piękne, równe zęby. Dzięki temu, że znika bariera wstydu związanego z noszeniem aparatu, coraz więcej osób decyduje się na jego założenie. To świetny przykład na to, jak moda może nieść pozytywne zmiany.
    Na koniec, nawiązując do tego, co napisałam na początku- jeśli w kwestii aparatu jesteś uzależniony od rodziców, którzy nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni do tego pomysłu, mam kilka uwag. Po pierwsze musisz porozmawiać z rodzicami otwarcie, żeby dowiedzieć się czy przyczyną jest to, że uważają aparat za zbędną fanaberię (wówczas możesz się śmiało posiłkować w/w argumentami oraz zaproponować, żebyście wybrali się na niezobowiązującą konsultację do ortodonty, która co prawda jest płatna, ale ortodonta oceni czy kwalifikujesz się do leczenia i jak ono powinno wyglądać; być może rodzice posłuchają lekarza i zdecydują się na Twoje leczenie- w międzyczasie poczytaj "Jak wygląda pierwsza wizyta u ortodonty i jak się do niej przygotować?") czy chodzi o kwestie finansowe- niestety, aparat to dla większości polskich rodzin wciąż duży wydatek i tu nie pomogą żadne argumenty (zapraszam do lektury wpisu "Ile kosztuje aparat ortodontyczny?"). Niestety, najprawdopodobniej będzie trzeba zacisnąć zęby (a może także co innego) i poczekać- wiem, co mówię, bo właśnie ze względów finansowych zwlekałam z założeniem aparatu do 26. roku życia. Mojej mamy nie było stać na taką imprezę, więc mogłam sobie na to pozwolić dopiero po przepracowaniu kilku lat i odłożeniu trochę grosza. Niemniej jednak nie poddawaj się i nie rezygnuj z marzeń o pięknym uśmiechu- w tym przypadku w stu procentach potwierdza się powiedzenie "lepiej późno niż wcale".

PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB! 
wpływ na złą pracę stawów skroniowo-żuchwowych, co z kolei prowadzi do bólów głowy, karku i pleców.

http://mowimyjak.se.pl/zdrowie/choroby/czy-wiesz-dlaczego-warto-nosic-aparat-ortodontyczny,96_232.html
Jeśli zęby są niewłaściwie ustawione, to podczas jedzenia ich powierzchnie nadmiernie się ścierają, co pogłębia wadę zgryzu. Dlatego niekiedy dochodzi do chorób zwyrodnieniowych stawów skroniowo-żuchwowych. Przy niewłaściwym zgryzie zęby nie mogą pełnić swojej podstawowej funkcji – rozdrabniania pokarmu. Połykamy niedokładnie pogryzione kęsy, a to zaburza pracę przewodu pokarmowego.

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/zeby/14-pytan-o-aparaty-ortodontyczne_35415.html
Jeśli zęby są niewłaściwie ustawione, to podczas jedzenia ich powierzchnie nadmiernie się ścierają, co pogłębia wadę zgryzu. Dlatego niekiedy dochodzi do chorób zwyrodnieniowych stawów skroniowo-żuchwowych. Przy niewłaściwym zgryzie zęby nie mogą pełnić swojej podstawowej funkcji – rozdrabniania pokarmu. Połykamy niedokładnie pogryzione kęsy, a to zaburza pracę przewodu pokarmowego.

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/zeby/14-pytan-o-aparaty-ortodontyczne_35415.html

09 sierpnia

Bartek Popiel- Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację (audiobook)

Bartek Popiel- Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację (audiobook)
źródło: liczysiewynik.pl
    Co jakiś czas sięgam po poradniki z zakresu zarządzania sobą w czasie- tym razem padło na publikację "Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty! Czyli jak wzbudzić motywację, podwoić produktywność i utrzymać koncentrację."- darmowego audiobooka, który dostępny jest też w wersji e-booka, udostępnianego przez autora w zamian za subskrypcję newslettera, na jego stronie liczysiewynik.pl. Skusiłam się na audiobooka, żeby umilić sobie podróż do pracy. Czy faktycznie ten audiobook umilił mi czas? I co ważniejsze, czy wzbudził moją motywację?
    Bartek Popiel to specjalista z zakresu zarządzania sobą w czasie. To człowiek, który inspiruje i motywuje mnóstwo ludzi, prowadzi jeden z najpoczytniejszych blogów w tym kraju, a przy tym zarabia na tym, co jest jego największą pasją. Na łamach swojego bloga dzieli się poradami, jak osiągnąć sukces- jego metody mają zastosowanie w biznesie, ale też w życiu osobistym - pozwalają stać się bardziej pewnym siebie, nauczyć się języków obcych czy... schudnąć. Ktoś, kto osiągnął tyle, co Bartek, może być autorytetem w tym zakresie- gość przecież wie, co mówi.
    Audiobook zawiera niezliczoną ilość porad, a jego treść podzielona jest na dwie główne części, z których pierwsza dotyczy motywacji, a druga produktywności. Obie są podzielone na mniejsze partie, jednak muszę przyznać, że treść nieco zlewa się, przez częste powtarzanie tych samych, lub bardzo podobnych, treści, na przykład usłyszycie mnóstwo razy o deklaracji publicznej, albo że "poranne bieganie pobudza lepiej, niż mała czarna". Autor w pewnym momencie sam podkreśla, że ma świadomość powtórzeń i jest to zabieg celowy, bo ważne kwestie trzeba utrwalić. Zgadzam się z tym w pełni, niemniej jednak ilość wzmianek o deklaracji publicznej czy pobudzających właściwościach joggingu jest momentami wręcz męcząca, zwłaszcza, że mam wrażenie, że Bartek uparł się właśnie na te dwie kwestie, choć kluczowe wcale nie są. Drażniło to moje ucho tym bardziej, że we wstępie Bartek prosi o przesłuchanie nagrań kilkukrotnie, właśnie dla utrwalenia treści. Skoro i tak mam słuchać tego audiobooka 2-3 razy, to po co jeszcze wielokrotnie więcej razy wspominać o tym samym w audiobooku liczącym sobie ok 4 godziny? Kolejnym mankamentem było omówienie kwestii związanych ze znalezieniem kogoś, z kim możemy wspólnie dążyć do realizacji celu oraz zdrową rywalizacją. Mniej więcej rozumiem przekaz i różnicę pomiędzy tymi dwoma metodami, jednam mam wrażenie, że w audiobooku zlewa się to w praktycznie to samo- różnica jest niemal nie do wychwycenia. To by było na tyle, jeśli chodzi o moje negatywne odczucia w stosunku do treści- poza tym, uważam, że metody omówione przez Bartka są łatwe do zrozumienia i w większości przypadków, także do zastosowania. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno jeśli chodzi o motywowanie, jak i produktywność- wachlarz przedstawionych możliwości jest ogromny, a przy tym dokładnie omówiony. Wiele z przedstawionych metod już znałam, ale na przykład "Pareto po tuningu" oraz Prawo Parkinsona wywarły na mnie ogromne wrażenie i to ostatnie na pewno wdrożę w życie.
    Na koniec kilka słów o sprawach niemerytorycznych, które jednak są nie bez znaczenia. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to tytuł- niebanalny nie tylko przez bezpośredniość, ale też, bez wątpienia, długość. Wiem, że to celowy zabieg- tytuł mówi nam w tym przypadku tak naprawdę wszystko i trudno nie zgodzić się z tym, że to pozytyw, niemniej jednak nijak nie mogę zapamiętać pełnego tytułu i podejrzewam, że nie ja jedyna. Zdecydowanie wolę krótkie, chwytliwe tytuły i myślę, że można było odpuścić podtytuł. O wiele istotniejszy jest jednak odbiór nie tytułu, a samego nagrania. Muszę przyznać, że mimo, że nagranie jest czyste, tempo, w jakim Bartek czyta przyjemne dla ucha, to jednak pojawiają się zgrzyty w postaci przesadnej dokładności przy czytaniu końcówek wyrazów. Te wszystkie "ą" i "ę" rażą niesamowicie, choć to chyba jedyny minus dykcji lektora. Po kilkunastu minutach na szczęście ucho się przyzwyczaja i idzie skupić się już tylko na treści.
    Z pewnością nie jest to dzieło idealne, jednak muszę przyznać, że dostałam taką dawkę pomysłów na to, jak zmienić swoje nawyki, jak się motywować, a co najważniejsze, podtrzymywać ten płomień motywacji, że jestem w stanie przymknąć oko na tych kilka mankamentów. Autor to, mimo wszystko, świetny gawędziarz i potrafi zachęcić do słuchania, a cztery godziny w jego towarzystwie mijają jak z bicza strzelił.
    Przy okazji serdecznie polecam blog Bartka liczysiewynik.pl- to prawdziwa kopalnia wiedzy. A Wy, jakie blogi tego typu czytacie? Odezwijcie się, bo widzę po statystykach, że tam jesteście, tylko się nie odzywacie 😙
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger