27 września

Michał Federowski, Aleksander Barszczewski - Diabelskie wesele. Bajki z Polesia

Michał Federowski, Aleksander Barszczewski - Diabelskie wesele. Bajki z Polesia
 
     "Bajki, podania i legendy są częścią naszej historii i kultury. Niniejszy tom jest zbiorem folklorystycznych opowieści z terenów Polesia, w którym pojawiają się bajki fascynujące, nieskrępowane ludową wyobraźnią (O królewnie, która zaszła w ciążę od śmiechu) oraz takie, w których kryje się mądrość naszych przodków (Jak kot sobie z lisami poradził). Oryginalny jest także sposób opisania świata, ludzki, prawdziwy, nasycony. Wywołując niechęć do postaw egoistycznych, kłamliwych i amoralnych, baśnie uczą sympatii do postaci szlachetnych, sprawiedliwych, uczciwych i sumiennych." (źródło opisu: Wydawnictwo Zysk i S-ka)
    Tymi słowami zachęca do sięgnięcia po niniejszą publikację wydawca, z którym nie sposób się nie zgodzić- bajki są częścią kultury. Ostatnio często słyszę o włoskim Dekameronie, bracia Grimm czy Andersen są tak silnie zakorzenieni kulturze (także we współczesnej), że nie sposób przeżyć tygodnia bez kontaktu z ich bajkami, a przynajmniej elementami ich bajek. To, w połączeniu z moimi, ostatnio bardzo częstymi, refleksjami na temat tego, że mitologię rzymską czy grecką znamy o niebo lepiej od rodzimej, sprawiło, że z dużym zainteresowaniem zdjęłam z bibliotecznej półki "Diabelskie wesele".
    Dziś będzie krótko, bo i bajki zebrane w tym zbiorze są nadzwyczajnie krótkie- dość powiedzieć, że na 243 stronach zmieściło się ich aż 87! Nie mogę powiedzieć, że bajki z Polesia są piękne. No nie. Są pełne przemocy, podstępów, diabłów (które o dziwo w kilku bajkach okazują się szlachetne), czarów i zabijających się wzajemnie braci. W każdej bajce, którą przeczytałam (nie czytałam wszystkich) ktoś zostaje zamordowany z zimną krwią. Przywykłam do bajek i baśni, które uczą, jak powinniśmy żyć, jacy być, pokazując pozytywne postawy. Natomiast mam wrażenie, że bajki z Polesia pokazują jaki jest świat, jacy są ludzie i w ten sposób uczą, co jest złe. Nie ma w tym nic złego, ale wydaje mi się, że sposób, w jaki zostały opowiedziane te bajki jest zbyt szorstki, dosadny i okrutny dla współczesnych dzieci. Być może wcześniej ludzie inaczej wychowywali potomstwo, od najmłodszych lat oswajając je z trudami życia i jego okrucieństwem. Poza bajkami uczącymi ostrożności, w zestawieniu znajdują się też na przykład takie, które pokazują, że czasem osoby niepozorne czy wręcz głupie, dzięki swej dobroci lub przebiegłości osiągają więcej, niż ludzie mądrzy (szereg bajek o dwóch mądrych braciach i jednym głupim).
     Język tych bajek jest bardzo prosty, ale to właśnie prości ludzie je tworzyli i opowiadali. Brak tu rymów, nadających utworom melodię czy rytm, za to mnóstwo tu archaicznych już słów, co z kolei nadaje pewien urok tym bajkom, legendom i przypowieściom. To, co totalnie mnie zaskoczyło, to kwestia erotyki- pojawia się w kilku bajkach i opisywana jest w sposób bezpośredni i dosadni (nie wydaje mi się, żeby było konieczne opowiadanie w bajce, że ktoś z kimś spółkował). Zdarzają się też bajki z elementami zabawnymi, czy kwiatki, które śmieszą, choć raczej nie powinny, takie, jak na przykład w bajce "O Turlajgroszku i smoku":
"Zobaczyła na wodzie siedem płynących strączków grochu. Wyłowiła je i zjadła. Od nich właśnie, jak to się zdarza z babami, zaszła w ciążę (...)" (str. 169)
    Zaskoczeniem była dla mnie bajka "Jak kot sobie z lisami poradził", której łagodniejszą wersję znam z dzieciństwa pod tytułem "Bajka o kotku i kogutku". Jest to bajka, którą opowiadała mi mama codziennie, co najmniej dwukrotnie, dopóki nie zasnęłam- inaczej nie usnęłabym wcale, bo to moja najukochańsza bajka. Akcja toczy się w taki oto sposób: kotek i kogutek mieszkają razem w lesie. Pewnego dnia kotek wybiera się do lasu po drewno na opał i ostrzega kogutka, że nie ma otwierać  drzwi nikomu poza nim. Ale naiwny kogut daje się zwieść podstępnemu lisowi (wybiegi stosowane przez lisa są wymyślniejsze i fajniejsze w wersji mojej mamy), który go porywa. Na szczęście kot słyszy wołanie o pomoc i w porę ratuje przyjaciela z opresji- taka sytuacja powtarza się trzykrotnie w kolejnych dniach. I od tego momentu wersje książkowa i mojej mamy znacząco zaczynają się różnić- według mojej mamy, czwartego dnia kot podjął decyzję, że nie będą więcej ryzykować i od tej pory kogut szedł do lasu razem z kotkiem- pracowali wspólnie. Natomiast wersja książkowa jest mniej łaskawa dla naiwnego ptaka- otóż kot czwartego dnia nie dociera na czas. Lisica smaży koguta na kolację. Zanim jednak lisia rodzina zasiada do posiłku, kot wywabia z nory kolejnych członków rodziny, zabija ich, po czym... wchodzi do nory i zjada usmażonego koguta. Kurtyna. Moim skromnym zdaniem, jest to wersja przykra i ucząca, że naiwność, bycie nieostrożnym, nieposłuszeństwo wobec opiekunów (kogut wobec lisa) a także ciekawość (lisiątka) może być srogo w życiu ukarana, ale nie mam pojęcia, alegorią czego, ma być zjedzenie koguta przez kota, co uważam za dalece okropne. Myślę, że łagodniejsza wersja przedstawiana przez moją mamę, jest lepsza, bo nie tylko uczy tego, że naiwność i nieposłuszeństwo rodzą niebezpieczeństwo, ale też uczą, żeby szukać mądrych rozwiązań ucząc się na błędach.
    Jako, że jest to wydanie ilustrowane (przez panią Magdę Rolkę), nie mogę przemilczeć ilustracji. Oprawa graficzna jest bardzo klimatyczna, pasująca do zebranych bajek. Ilustracje są nieco twarde z wyraźną kreską. Łączą prostotę i dbałość o szczegóły. Dodatkowo wydanie obfituje w rzucane gdzieniegdzie dodatkowe rysunki, najczęściej są to kwiatki wypełniające pustą przestrzeń, jeśli po zakończeniu bajki zostało pół pustej strony- jest to dość urocze i dla mnie wygląda trochę tak, jakby właściciel książki domalował je sam, tak, jak czasem to robią dzieci.
Jak widać miś Nielubiś był tak zaintrygowany, że dopił herbatę zanim dotarliśmy choćby do połowy.
    Podsumowując, mimo, że "Diabelskie wesele. Bajki z Polesia" to tradycyjne bajki, pełne cudów, czarów i gadających zwierząt, zdecydowanie nie przeczytałabym im swoim siostrzeńcom i bratankom. Są zdecydowanie zbyt krwiste dla dzieci, ale jako ciekawostkę, przybliżenie kultury wschodnioeuropejskiej czy bazę do snucia starych-nowych bajek dzieciom (wystarczy te nieco zmodyfikować) dorosłym polecam w stu procentach, bo lektura tych bajek to naprawdę ciekawe doświadczenie.

Mmichał Federowski, Aleksander Barszczewski: Diabelskie wesele. Bajki z Polesia, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2013; 243 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

25 września

Zupa krem z dyni

Zupa krem z dyni
    Decydując się na założenie aparatu ortodontycznego należy nastawić się nie tylko na to, że trzeba będzie poświęcać więcej czasu na higienę jamy ustnej czy że trzeba będzie radzić sobie z bólem, ale też, że trzeba zmienić swoje nawyki żywieniowe. Kiedy zęby się przesuwają, nie sposób wszystkiego pogryźć, poza tym twarde pokarmy mogą uszkodzić aparat. Na szczęście nie trzeba się przestawiać na papki dla niemowląt- wystarczy nieco inwencji. Jednym z moich ulubionych sposobów na obiad, kiedy zęby mi dokuczają są zupy- co prawda w moim przypadku ból jest na tyle delikatny, że spokojnie mogę jeść zupy w klasycznej postaci- miękkie warzywa nie stanowią dla mnie problemu. Jednak po ekstrakcji ósemek nawet to nie wchodziło w grę- wówczas błogosławieństwem były kremowe zupy. A kiedy zaczyna się sezon dyniowy, to oczywiste jest, że jak krem, to tylko z dyni!
    
 

Zupa krem z dyni- przepis

Potrzebujesz: 
  • trzy średniej wielkości ziemniaki,
  • surowa dynia- obrana ze skórki, pozbawiona nasion, pokrojona na kawałki- objętościowo 3x tyle, co ziemniaków,
  • średnia marchewka,
  • mała cebula,
  • czosnek surowy (ja daję 1 ząbek, ale jeśli wolisz bardziej czosnkowe zupy, dodaj więcej),
  • łyżka oleju lub oliwy,
  • około 1 litra wywaru drobiowego,
  • sól,
  • pieprz, 
  • mielona papryka słodka i/lub ostra,
  • imbir suszony,
  • do posypania: prażone ziarna słonecznika lub dyni, posiekana zielenina (u mnie nać pietruszki).
Przygotowanie:
    Przygotuj bulion. W ostateczności możesz wykorzystać kostkę rosołową- rozpuść ją w szklance gorącej wody i odstaw na bok (ale nie polecam- lepiej poświęcić nieco więcej czasu i zrobić prawdziwy bulion, kostki rosołowe to sam syf).
    W garnku zeszklij na łyżce oliwy pokrojoną w kostkę cebulę, następnie dodaj przeciśnięty przez praskę czosnek- chwilę podsmażaj (nie długo- jeśli się spali, całość będzie gorzka). Dodaj pokrojoną dynię, marchew i ziemniaki pocięte jakkolwiek (i tak na końcu wszystko zblendujesz)- podsmażaj co chwilę mieszając, aż warzywa nieco puszczą soki.
    Zalej bulionem (jeśli korzystasz z kostki rosołowej, to zalej tą szklanką rozpuszczonej kostki i dolej 3 szklanki wody). Dopraw do smaku solą, pieprzem, papryką i imbirem (jeśli używasz świeżego imbiru, to pamiętaj, żeby dodawać małymi porcjami, bo ma bardzo intensywny smak), gotuj tak długo, aż warzywa się rozgotują- w tym momencie zupa jeszcze nie będzie gęsta, rozgotowane warzywa nieco złamią wodnistą konsystencję, ale nie będzie to gęste. Odstaw zupę, żeby przestygła i dopiero wtedy ją zblenduj- nie blenduj wrzącej zupy, bo stępisz ostrza blendera.
    Podawaj z kleksem śmietany, grzankami (pokrój chleb w kostkę i upraż na patelni), posiekaną zieleniną i/lub prażonymi ziarnami.
    Taką zupę możesz przechowywać w lodówce do trzech dni.

22 września

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów

Jean-Michel Cohen - Klinika cudów
    Tytułowa "Klinika cudów" to szpital, w którym Mathieu Sorin leczy zaburzenia odżywiania. Osią fabuły są losy pięciu pacjentów kliniki: bulimiczki Emilie, anorektyczki Sarah, otyłych Liliane i Ralpha oraz jeszcze bardziej otyłej Delphine. Czy da się ich wyleczyć? Doktor Sorin jest zdania, że jeśli tylko uda się rozwiązać problemy z ich psychiką, uzdrowienie ciała będzie tylko "efektem ubocznym".
    Książka zainteresowała mnie dlatego, że sama miałam swego czasu problemy z odżywianiem, ale przeszło mi już po lekturze kilku pierwszych zdań. Zainteresowanie książką, nie problemy z odżywianiem- z tymi poradziłam sobie już dawno temu. Nie będę owijać w bawełnę- ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że pisać może każdy, ale nie każdy powinien (a przynajmniej nie każdy powinien publikować swoją twórczość). Jedynym plusem jaki tu dostrzegam, jest dołączenie do książki aneksu z kartami chorób głównych bohaterów, ale myślę, że o wiele fajniej byłoby, gdyby te karty znajdowały się na początku- zaczynając lekturę właściwej części książki już wiedzielibyśmy kto jest kto. Byłoby to o tyle korzystne, że autor pogrupował pacjentów według wieku: młode bohaterki mają anoreksję i bulimię, starsi są chorobliwie otyli przez co trudno ich rozróżnić. To nie jedyny minus- pacjentów łączą nie tylko zaburzenia odżywiania, ale też status społeczny- każdy z nich jest bogaty i/lub ma bogatych/znanych bliskich. Może i to uwiarygadnia klinikę, która jest renomowanym paryskim ośrodkiem, ale z drugiej strony sprawia, że trudno jest utożsamiać się z bohaterami oraz sprawia, że ktoś, kto nie ma dobrego zdania o osobach z zaburzeniami odżywiania może stwierdzić, że ta książka potwierdza, że to domena osób, które nie mają prawdziwych problemów. Na niekorzyść "Kliniki cudów" przemawia też to, że dialogi są mdłe i płytkie, tak samo jak płytko są potraktowane aspekty psychologiczne chorób pacjentów. Owszem, autor podaje przyczyny zaburzeń, ale ktoś, kto nie rozumie takich chorób, na pewno nie przybliży się do ich zrozumienia po lekturze tej książki. Wątek romantyczny? Jest tak kiepski i odrealniony, że może lepiej spuszczę na niego zasłonę milczenia. Poza tym, ta książka jest po prostu nudna- zwyczajnie, po książkowemu nudna, mimo takich zwrotów akcji, jak "porwanie" z kliniki jednej z pacjentek- córki ministra przez pielęgniarza.
    Słówko jeszcze na temat bardziej techniczny- uwierał mnie w tej powieści sposób prowadzenia narracji- jest to narracja trzecioosobowa, przy czym z początku są to jakby rozważania doktora Sorina, ale później, kiedy dochodzi do wspomnianego "porwania" jest to pozbawione sensu, wszak Sorina nie ma z uciekinierami. Mogłabym to zdzierżyć, bo to chyba kwestia mojego odczucia, ale już niezmiernie irytującą dla mnie kwestią było zastosowanie czasu teraźniejszego w narracji. Brzmi to tak:
"Wielkie żółte słońce ogrzewa anemiczny trawnik przed wejściem do kliniki. Po schodach prowadzących do środka wchodzi Baptiste de Luzille w towarzystwie młodej, pełnej uroku kobiety. W drzwiach niemal zderza się z dwoma mężczyznami w firmowych koszulkach jakiegoś atelier. Reżyser waha się przez chwilę. Czy przypadkiem nie pomylił budynku? Chyba jednak nie, poznaje ten hol. Anonsuje swoje przybycie w recepcji i kieruje się w stronę widny. Na piętrze puka do drzwi." (str. 317)
 Taka narracja na pewno sprawdza się w dynamicznych scenach, jak na przykład scena reanimacji anorektyczki, której zatrzymała się akcja serca, ale w przypadku całej reszty powieści, gdzie akcja jest leniwa, jest to zwyczajnie irytujące.
    Podsumowując- nie, nie i jeszcze raz nie. Co prawda, w przeciwieństwie do "Placu Zbawiciela" dałam radę dobrnąć do końca, ale chyba tylko przez wzgląd na moje osobiste doświadczenia z niejedzeniem. Oprócz wspomnianego aneksu dostrzegam zaledwie jeszcze jeden pozytyw w tej książce- trafny tytuł. Otóż, ta klinika faktycznie musi być cudowna, skoro chorująca od dwóch lat na anoreksję dziewczyna pozwala poić się gorącą czekoladą oraz karmić się chlebem z masłem oraz twarożkiem z miodem, mimo, że jeszcze niedawno trzeba było ją potraktować defibrylatorem, bo umarłaby niechybnie na skutek niedoboru potasu.

Jean-Michel Cohen: Klinika cudów, Wydawnictwo Świat Książki, 2009;362 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 września

Emma Donoghue - Cud

Emma Donoghue - Cud
    Ta książka przypomniała mi o fenomenie Baader-Meinhof, który polega mniej więcej na tym, że tuż po tym, jak pierwszy raz się z czymś spotykamy, trafiamy na to kilkukrotnie w stosunkowo krótkim czasie. W moim przypadku chodziło o angielską twórczynię nowoczesnego pielęgniarstwa- panią Florence Nightingale (ang. słowik). Jej uczennice nazywano "słowikami". Nigdy wcześniej nie słyszałam ani o pani Słowik, ani o jej "słowiczkach", a wkrótce po tym, jak przeczytałam o nich w "Cudzie", w ciągu zaledwie dwóch tygodni kilka razy trafiłam na wzmianki na ich temat w innej książce, internecie i filmie. Fascynujące zjawisko (swoją drogą, pani Nightingale jest równie fascynującą postacią- polecam zapoznanie się z jej życiorysem- bardzo inspirująca kobieta).

    Rok 1850, irlandzka wieś. 11- letnia Anna O'Donnell przestaje jeść. Zupełnie. Jest bardzo pobożna, twierdzi, że żywi się "manną z nieba" i wygląda na to, że faktycznie nie przyjmuje żadnych posiłków oraz pije jedynie niewielkie ilości wody. Rosnące zainteresowanie poszczącą dziewczynką sprawia, że specjalna komisja zatrudnia dwie pielęgniarki, które przez dwa tygodnie będą obserwowały dziewczynkę, by ustalić, czy przypadek Anny to cud czy może mistyfikacja.
"Ale co może zrobić dla ocalenia dziecka, które ocalone być nie chce?" (str. 250)
    Powieść opowiedziana jest z punktu widzenia trzydziestoletniej angielki, Lib Wright, "słowiczka", jednej z dwóch pielęgniarek zatrudnionych do obserwacji Anny, Mimo to, autorka postawiła na narrację trzecioosobową, dzięki czemu czytelnik ma szerszy horyzont. Lib nie ma dobrego zdania ani o Irlandii, ani o Irlandczykach, ani o sprawie Anny. Ma za to wyrazisty charakter, przez który początkowo trudno ją polubić, ale jak to z dynamicznymi postaciami bywa, autorka w końcu ociepla wizerunek Lib. Równie wyraziste, wzbudzające przeróżne emocje, są także pozostałe postaci tej historii- jak pisze autorka:
"Każdy jest skarbnicą sekretów."
i świetnie podsumowuje to najważniejsze osoby tej opowieści. Tacy bohaterowie, w połączeniu z leniwie rozwijającą się, acz niezwykle ciekawą, akcją tworzą bardzo, bardzo udaną powieść. Intryga uknuta przez panią Donoghue wciąga jak irlandzkie trzęsawiska, a zwroty akcji sprawiają, że chce się przyspieszyć tempo czytania. Ogromnym plusem jest też wielowątkowość- to powieść nie tylko roztrząsająca zagadkę natury religijnej, ale także obraz XIX wiecznej Irlandii i ówczesnej obyczajowości (w tym wszechobecnego mezaliansu pomiędzy pobożnością a zabobonami przejawiającymi się zarówno wiarą w czary, jak i chochliki), jest studium nad dzieckiem dotkniętym tragedią, ale na uwagę zasługuje też wątek życia prywatnego głównej bohaterki. Wszystkie te wątki są zbudowane bardzo ciekawie, nieszablonowo i nie pozwalają się nudzić, choć "Cud" z pewnością nie jest jedynie rozrywką. Autorka nie tylko opowiada niesamowitą, niewyobrażalną wręcz, historię, ale też daje do myślenia. Wisienkę na torcie stanowi zakończenie, które jedynie częściowo da się przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem- niemniej jednak pewien aspekt zakończenia był dla mnie bardzo zaskakującym wybiegiem.
"Los jest bezimienny, a życie to dzieło przypadku, »opowieść idioty«." (str. 260)
    Chyba jedyny zarzut, jaki mam, dotyczy nie samej powieści, ale kwestii marketingowej- otóż na odwrocie książki znajduje się rekomendacja Stephena Kinga, w której można przeczytać, że jest to powieść oparta na faktach- nie ukrywam, że ta informacja bardzo rozbudziła moją wyobraźnię i zachęciła do lektury. Natomiast na końcu książki znajduje się informacja, że inspiracją dla autorki były liczne przypadki długotrwałych postów, które odnotowano na przestrzeni wielu lat na całym świecie, ale nie ma tam żadnej informacji o historii zbliżonej do tej opisanej przez panią Donoghue. Czuję się więc nieco oszukana użytym na wyrost stwierdzeniem, że jest to historia oparta na faktach. Piszę to jednak bardziej w ramach ciekawostki i z chęci zwrócenia uwagi na problem przerysowywania faktów na potrzeby marketingu- "Cud" broni się sam, więc taki szczegół nie jest w stanie zepsuć odbioru tej powieści.
    Nie mogę nie wspomnieć też o wydaniu, jakie wpadło mi w ręce, ponieważ zauroczyła mnie jego estetyka. Okładka jest dość gruba (choć nie twarda), drukowana na papierze powlekanym matową, bardzo przyjemną w dotyku powłoką. Porównałabym to do delikatnego weluru. Tekst jest już nadrukowany zwykłą farbą z połyskiem, dzięki czemu kontrastuje z resztą. Okładka naprawdę jest obłędna- jest to najprzyjemniejsza w dotyku okładka, z jaką miałam do czynienia i dotykanie jej jest równie przyjemnie jak wąchanie nowego egzemplarza (nie ściemniajcie- wiem, że też to kochacie).
    Podsumowując, jest to książka fantastyczna pod każdym kątem, którą pochłania się ekspresowo. Jedna z tych, którą chce się przeczytać jak najszybciej, ale jednocześnie nie chce się, żeby się skończyła. Naprawdę cudowna, porywająca opowieść.

Emma Donoghue: Cud, Wydawnictwo Sonia Draga, 2017;288 stron
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

09 września

Bridget Asher - Pożyczona miłość

Bridget Asher - Pożyczona miłość
    Gwen, będąc w lodziarni z mężem, spotyka przypadkiem swojego byłego chłopaka z czasów studiów. Zwykle w takich sytuacjach ludzie wymieniają ze sobą kurtuazyjnie kilka zdań, po czym każdy idzie w swoją stronę, ale wówczas powieść miałaby 5 stron. Tak więc Gwen zaprasza Eliota na imprezę, na której mężczyzna ratuje jej życie. Mąż Gwen postanawia spłacić dług wdzięczności zgadzając się na prośbę Eliota, by Gwen udawała przed jego śmiertelnie chorą matką, że są małżeństwem. Pożyczone nie kradzione, ale czy stara miłość przypadkiem nie rdzewieje?
    "Pożyczona miłość" to powieść, której odbiór zależy od nastawienia, z jakim przystępuje się do lektury. Kiedy przeczytałam tę książkę po raz pierwszy, stwierdziłam, że mi się podoba. Przy drugim podejściu byłam już bardziej krytyczna i zaczęłam zastanawiać się, czy to aby na pewno to ten sam tekst. Otóż, można ją odebrać jako wielowarstwowy romans, ale jednak bardziej skłaniam się ku stwierdzeniu, że jest to irytujące, naiwne romansidło z równie irytującą główną bohaterką. Gwen ma wszystko- dom, przyjaciół i męża lekarza, który ją utrzymuje, podczas gdy ona sama co chwilę zmienia pracę bo właściwie nie wie co ma ze sobą zrobić. Po pięciu latach znajomości z mężem, spotyka przypadkiem gościa, z którym dziesięć lat temu przeżyła intensywny, trzytygodniowy romans i od razu daje się ponieść emocjom. Niby romantyczne, ale czy czasem jednak nie naiwne i wskazujące, że babka po prostu chce odskoczni, bo jest znudzona zbyt spokojnym życiem, w którym brakuje problemów? Gdzieś po połowie książki autorka jakby zdaje sobie z tego sprawę i zaczyna przedstawiać męża w coraz bardziej przyciemnionym świetle, aż w końcu okazuje się, że nie traktował Gwen uczciwie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autorka uświadomiła sobie, że Gwen wygląda na niewdzięczną, zdradzającą żonę, więc żeby usprawiedliwić jej zachowanie zwala winę na męża, tak, żeby czytelnik stwierdził "biedna Gwen" oraz nie stwierdził, że jest głupia, jeśli rozważa porzucenie swojego stabilnego życia dla faceta, którego praktycznie nie zna. Do tego dochodzi wątek dzieciństwa Gwen bez matki, wciśnięty jakby na siłę i nie wiadomo po co.
    Historię poznajemy z perspektywy Gwen. Narracja pierwszoosobowa miała chyba sprawić, że czytelnik będzie bardziej utożsamiał się w główną bohaterką, jednak we mnie wzbudzała tylko coraz większą irytację. Gdyby wcześniej zaczęła podejrzewać, że mąż jest nie fair, znacznie lepiej odebrałabym tę historię, a tak, mam o Gwen kiepskie zdanie. Niemniej jednak powieść napisana jest lekkim, przystępnym językiem. Asher nie można odmówić lekkości pióra, co jest podwójną zaletą, sprawia bowiem, że lektura mija szybko.
    "Pożyczona miłość" to jedna z tych książek, którą szybko się czyta i równie szybko się o niej zapomina. Ma niedociągnięcia, bohaterami kierują niezrozumiałe pobudki, ich zachowanie jest nielogiczne. Szkoda, bo pomysł z wypożyczeniem żony jest naprawdę ciekawy i mógłby stanowić wyjście do głębszego i bardziej interesującego studium ludzkich namiętności. Generalnie nie polecam, chyba, że już nie ma się nic innego pod ręką, czym można by zabić czas.
Bridget Asher: Pożyczona miłość, Wydawnictwo Otwarte, 2009;270 stron

Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

04 września

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)

Katarzyna Jabłońska - Szału nie ma, jest rak (recenzja)
 
    "Szału nie ma, jest rak" to rozbudowany wywiad, zapis rozmów Katarzyny Jabłońskiej z chorym na glejaka księdzem Janem Kaczkowskim. Tematem rozmów jest nie tylko śmiertelna choroba, z którą zmaga(ł) się ks. Kaczkowski, ale też hospicjum, które stworzył i prowadził, wiara, umieranie, miłość a nawet seks.
    Po tej, wątłej objętości, książeczce spodziewałam się, że tytuł jest tylko zaczepnym hasłem marketingowym, mającym zwrócić uwagę czytelnika, a w środku znajdę wzniosłe rozmowy na tematy najpoważniejsze- chorobie, wierze, Bogu, jeszcze raz chorobie i Bogu i tyle. No dobra, spodziewałam się jeszcze charakterystycznego dla księży, których znam, tonu bardzo oficjalnego, poważnego i pompatycznego. Dodać muszę, że kojarzę, że było o tym księdzu głośno przed jego śmiercią w 2016 roku, ale nie śledziłam informacji o nim, nie oglądałam ani nie czytałam wywiadów, reportaży, więc opierałam się tylko na własnych wyobrażeniach. A mimo to wypożyczyłam z biblioteki tę książkę, bo złapałam się na tytuł. I co? I guzik. Intuicję mam do wymiany, a co najmniej do porządnego naoliwienia, bo z niczym nie trafiłam. Owszem, tematy bardzo poważne są, ale w takiej formie, że zastanawiam się, dlaczego ta książka jest taka krótka. Pani Katarzyno, dlaczego?!
    To, co nasuwa mi się po lekturze "Szału nie ma, jest rak" i co absolutnie potrzebuję powiedzieć, to po pierwsze to, że nie spotkałam jeszcze księdza, który mówiłby o sprawach zarówno prostych jak i tych najtrudniejszych tak swobodnie, tak... ludzko. Zdaje się, że Kaczkowski nie zna słowa "tabu", nie unika tematów kontrowersyjnych, trudnych- wręcz przeciwnie. Podejmuje rękawicę rzuconą przez Jabłońską i odpowiada szczerze, mądrze i wyczerpująco na wszystkie pytania. Nie pomija takich kwestii jak miłość, która pojawia się także w życiu po święceniach kapłańskich czy zakonnych albo dylemat "kapłaństwo czy ojcostwo", przed którym staje niejeden ksiądz. Można się w niektórych kwestiach z ks. Kaczkowskim nie zgadzać, ale ogromnie cenię to, że nie udawał, że takich problemów nie ma i otwarcie o nich rozmawiał. Po drugie, jest to kopalnia wiedzy na temat tego, jak wygląda hospicjum, co dla mnie okazało się ogromną wartością, bo dotychczas kojarzyłam takie instytucje jako szpitale dla umierających- takie "umieralnie", szare i ponure, do których rodziny oddają czekających na śmierć, kiedy nie mają możliwości zająć się nimi należycie w domu. Nie wiem czy wszystkie, ale hospicjum stworzone przez ks. Kaczkowskiego jest inne- owszem, z niego też już raczej się nie wychodzi (chyba, że po to, żeby umrzeć w domowych pieleszach), ale nie wygląda ani szaro, ani ponuro. Przypomina raczej ośrodek wypoczynkowy, a ludzie tam pracujący, to nie klasyczni "etatowcy", czekający tylko do końca zmiany, ale prawdziwe anioły. Po trzecie, jest to źródło wiedzy etycznej- jeszcze nigdzie nie spotkałam się z tak szczegółowym wyjaśnieniem kwestii grzechu związanego z seksem. Może dla większości ludzi to nie ma znaczenia, co Kościół na to, ale jestem przekonana, że gdyby wiedza w temu podobnych zakresach byłaby bardziej rozpowszechniona, wizerunek Kościoła mógłby sporo zyskać. Wszak chyba większości z nas kojarzy się stanowisko, zgodnie z którym każdy stosunek małżeński winien skutkować ciążą, a przy tym najlepiej, gdyby to był bardzo ascetyczny akt, w najprostszej pozycji itd., a wg Kaczkowskiego, tak restrykcyjnie nie jest. Ale tematy związane z etyką to nie tylko seks- sporo z tej książki dowiedziałam się też o informowaniu chorego i jego rodziny o diagnozie, przebiegu choroby czy zbliżającej się śmierci (na studiach tego nie ma, ale na warsztatach Areopag Etyczny stworzonych przez ks. Jana i owszem), o leczeniu paliatywnym czy terapii uporczywej, o stanowisku wobec in vitro czy miłości homoseksualnej.
    Mogłabym tak pisać i pisać, bo Kaczkowski jako doktor teologii moralnej i bioetyk też miał sporo do powiedzenia, ale mówiąc krótko- urzekł mnie Kaczkowski i urzekła mnie ta książka. Choć "Szału nie ma, jest rak" porusza tematy ciężkiego kalibru, to jednak używając tonu, który nadaje (o ile to możliwe) lekkości, a na pewno przystępności. Ilością anegdot na przeróżne tematy można by obdzielić kilka publikacji- niewątpliwie są siłą tej książki, bo obrazują wiele problemów, o których rozmawiają autorzy (bo autorką nie jest przecież tylko Pani Katarzyna, ale i ks. Jan). Kaczkowski, na łamach tej książki, okazuje się bardziej człowiekiem niż księdzem (a już na pewno nie stereotypowym klechą) i czuję ogromny żal, że tego typu duchowni są w mniejszości, a jeszcze większy, że akurat jeden z tych świetnych księży (choć oczywiście nie życzę choroby ani śmierci nikomu) musiał umrzeć przedwcześnie.
    Obiecuję, że to już ostatnie myśli, bo zaraz się okaże, że napisałam recenzję dorównującą długością recenzowanej książki- zdawać by się mogło, że książka, która w tytule ma chorobę, będącą plagą naszych czasów, będzie działała przygnębiająco, wręcz depresyjnie i wyciśnie łzy z oczu. Otóż wcale nie- jest to fantastyczne źródło refleksji i nadziei. Mimo wszystko pokrzepia, a momentami wręcz budzi uśmiech, nie tylko dzięki lekkiemu tonowi, który utrzymuje się w sporej części tego wydawnictwa.

Katarzyna Jabłońska: Szału nie ma, jest rak, Towarzystwo "WIĘŹ", 2013; 140 stron


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger