20 października

Aparat ortodontyczny na NFZ

Aparat ortodontyczny na NFZ
Wpis jest częścią cyklu opisującego moje doświadczenia z noszeniem aparatu oraz wskazówki dla przyszłych i początkujących aparaciarzy. Tu znajdziesz listę wszystkich wpisów z tej serii- miłej i owocnej lektury.
      Leczenie ortodontyczne jest dość bolesne, nie tylko fizycznie, ale niestety i finansowo- jakiś czas temu rozpisałam wszystkie poniesione przeze mnie koszty leczenia ortodontycznego. Mimo, że na rynku regularnie pojawiają się nowe, droższe technologie, które skracają czas potrzebny na wyleczenie wady albo poprawiają jakość leczenia, to jednak nie wpływa to znacząco na obniżenie kosztów "tradycyjnego" leczenia czy aparatów starszego typu. Nieco pocieszające jest to, że część kosztów jest rozłożona w czasie- na przykład za comiesięczne wizyty nie płaci się przecież za cały okres leczenia z góry, ale sukcesywnie, co miesiąc płaci się za daną konsultację. Tak czy inaczej w polskiej rzeczywistości koszty związane z noszeniem aparatu stałego są po prostu bardzo wysokie i dla wielu rodzin czy nawet osób samotnych jest to wydatek, do którego trzeba się przygotować ze znacznym wyprzedzeniem. W związku z tym wiele osób szuka sposobu na obniżenie kosztów leczenia- warto zastanowić się nad wyborem rodzaju aparatu, bo różnice w cenie sięgają ponad 6 tysięcy złotych za łuk, jest się więc nad czym zastanawiać. Kolejnym aspektem, który warto rozważyć jest wybór tańszego ortodonty lub takiego, do którego nie trzeba daleko jeździć (choć tu lepiej kierować się w 100% jakością, a nie ceną). Jedynym sposobem na całkowicie darmowe leczenie jest jego refundacja przez NFZ.
   Założenie aparatu ortodontycznego "na kasę chorych" jest możliwe, ale niestety warunki są bardzo ograniczone. Zasady, na których można korzystać z darmowej opieki ortodontycznej określa rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 06.11.2013 r. w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu leczenia stomatologicznego (Dz.U. 2013.1462 ze zm.), przy czym w załączniku nr 6, w tabeli nr 1 można znaleźć pełną listę dostępnych świadczeń.. NFZ w ogóle nie refunduje aparatów stałych, a oferta skierowana jest tylko do dzieci. NFZ refunduje w ramach opieki ortodontycznej między innymi:
  • leczenie aparatem ruchomym: do końca 12. roku życia (w tym aparat ruchomy, za który nikt nie może pobierać opłat ani żadnych dopłat),
  • zdjęcia RTG wewnątrzustne: do 2 zdjęć w roku kalendarzowym,
  • pantomograf (zdjęcie RTG wszystkich zębów): najczęściej jednorazowo w czasie całego leczenia, w uzasadnionych przypadkach dwa razy w trakcie całego leczenia (na podstawie skierowania od ortodonty ze wskazaniem przez lekarza gdzie wykonać za darmo takie zdjęcie),
  • przygotowanie wycisków: do 12. roku życia, 
  • wizyty kontrolne w trakcie leczenia: maksymalnie 12 wizyt w roku kalendarzowym,
  • kontrolę wyników leczenia w okresie retencji (po zakończeniu leczenia, ale w okresie kiedy jeszcze trzeba kontrolować zgryz pod kątem tego, czy zęby się nie przesuwają): do końca 13. roku życia,
  • naprawę aparatu: do końca 13. roku życia.
Oznacza to, że jeśli Wasze dziecko nie ukończyło 12. roku życia, to NFZ może zapłacić za przygotowanie do leczenia, aparat zdejmowany, a jeśli leczenie zakończy się w 12. urodziny dziecka, to jeszcze przez rok może korzystać z darmowych wizyt kontrolnych (retencja zwykle trwa dłużej, bo mniej więcej tyle czasu, co noszenie aparatu, ale to i tak spora oszczędność).
    Dodatkowo, w ramach NFZ, do 18. roku życia można skorzystać z:
  • badania przeprowadzonego przez ortodontę,
  • korekcyjnego szlifowania zębów,
  • protezy dziecięcej częściowej lub całkowitej (w przypadku, jeśli dziecko ma ubytki w zębach- protezę wykonuje wówczas ortodonta). 
    Do ortodonty można się wybrać z dzieckiem bez skierowania do dowolnej placówki- nie obowiązuje tu zasada rejonizacji.


PS. Jeśli podobał Ci się ten artykuł, zapraszam do lektury pozostałych moich wpisów na temat aparatu ortodontycznego oraz do polubienia profilu bloga na Facebooku- dzięki temu będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. Do zobaczenia na FB!  

16 października

Katarzyna Michalak - Kawiarenka pod różą

Katarzyna Michalak - Kawiarenka pod różą
Czujesz te okruchy w łóżku?
      Są takie książki, których największym atutem jest to, że są krótkie, ale w tej nawet to mnie poirytowało. Ale może po kolei...
    Malownicze miasteczko gdzieś pod Chojnicami, może bliżej Tucholi (moje rejony- polecam, bo łatwo się kocha te strony). Pewnego dnia do najpiękniejszej, choć zapuszczonej kamienicy przy rynku wprowadza się na oko dwudziestokilkuletnia, piękna nieznajoma imieniem Amelia. Dziewczyna jakiś czas temu uległa wypadkowi (lub została napadnięta, tego nawet policja nie ustaliła), w wyniku którego straciła pamięć. Kiedy ją znaleziono miała na sobie za dużą kurtkę, a w kieszeni krótki liścik z adresem wspomnianej kamienicy i 20 tys. złotych. Dziewczyna nie ma pojęcia kim jest, ale czuje, że ma talent cukierniczy i postanawia otworzyć kawiarenkę. Pierwszego dnia zaprzyjaźnia się z miejscową aptekarką, przedszkolanką i sklepową, a dla równowagi podpada wójtowej, głównie tym, że jest i że pierwszego dnia pobytu w Zabajce wyskakuje w samej koszuli nocnej na rynek i krzyczy "Goooood moooorning, Zabajko!" (str.7.; serio, ale wierz mi proszę na słowo- nie sprawdzaj tego, bo to boli, kiedy się to czyta).
    Postaci, tak jak sama powieść, są sztampowe, kartonowe i nudne, mimo usilnych starań autorki. Piękna, dotknięta amnezją pozytywna wariatka, która życzliwością zjednuje sobie nawet najbardziej zatwardziałych złodupców. Facet, który ucieka przed miłością, przy czym zachowuje się jak nastolatek, który zaczyna się zakochiwać, choć miało to wyglądać na zachowanie zimnego drania. Nieśmiała, utalentowana dziewczyna, którą życie okrutnie zraniło, ale dzięki głównej bohaterce spełnia swoje marzenie (do czego wymagane było nieco gotówki i rozesłanie kilku CV). No i dla przeciwwagi zła wójtowa, którą od Strażnika Teksasu odróżnia jedynie brak wąsa i umiejętności rozłożenia przeciwnika kopniakiem z półobrotu (chociaż tak naprawdę pani Michalak nic o tym nie wspomina, więc może i wąs jest i półobrót), ale żaden obcy na jej terenie nie ma prawa oddychać bez jej wiedzy. Wracając do głównej bohaterki, chyba najlepiej charakteryzuje ją to, że szasta kasą na prawo i lewo, mimo, że wbrew pozorom, nie ma jej wiele, zważywszy na fakt, że nie ma pracy i musi urządzić się praktycznie od zera oraz to, że niedługo po wyjściu ze szpitala robi imprezę dla obcych ludzi, zamiast skupić siły na szukaniu swojej rodziny.
    Akcja powieści toczy się tempem jednostajnym- ani nie przyspiesza, ani nie zwalnia, co akurat jest pozytywem (chyba jedynym, więc jeśli jesteś tu w poszukiwaniu pozytywów, to możesz już poczytać o jakichś dobrych książkach, albo idź zrobić sobie pyszne pancakes owsiane). Ponadto akcja tej powieści toczy się jakoś tak dziwnie. Autorka naupychała tu kilka wyróżniających się wydarzeń, które postarała się jakoś ze sobą sklecić, ale pomiędzy nimi nie ma nic. Trzyma się to wszystko, ale stanowi bajeczkę dla dorosłych, która nie ma w sobie za grosz oczekiwanej magii, ma za to kilogramy infantylizmu i coś, co budzi irytację. O akcji mogę powiedzieć więc śmiało, że jest naiwna, momentami absurdalna i generalnie obraża moje uczucia społeczne. Jak? Przedstawienie społeczności małomiasteczkowej/wiejskiej jest żenujące- zapewniam Was, że w żadnej małej miejscowości nowy mieszkaniec nie ma co liczyć na wizytację jakichś nawiedzonych wójtowych i jej koleżaneczek. Ani normalnych ludzi. Po prostu traktujemy się jak normalni, cywilizowani ludzie w normalnych, cywilizowanych miejscach. Robienie z nas takich oszołomów jest uwłaczające, choć nie wiem, czy bardziej dla mnie czy autorki. Jeśli na wieś wprowadza się ktoś nowy, to zwyczajnie się z tym kimś witamy jak z każdym innym sąsiadem i nawiązujemy z nim takie same rozmowy, ale nie wpadamy do kogoś takiego z ciastem jak w amerykańskich filmach, ani nie podglądamy przez lornetki. I nie, nie śmieszy mnie to, jeśli to miało być zabawne. Po prostu nie. Poza tym, może pani Michalak poczuje się zaskoczona, ale w miastach ani miasteczkach nie ma wójtów- taka instytucja owszem istnieje, ale w gminach wiejskich. Odpowiednikiem wójta w gminach miejskich i miejsko-wiejskich jest burmistrz lub prezydent miasta- warto wiedzieć takie rzeczy (przy okazji zachęcam do głosowania w najbliższych wyborach samorządowych, które odbędą się 21.10.- warto wcześniej odrobić pracę domową, zrobić rozeznanie i wiedzieć, czy będzie się głosowało na wójta czy na burmistrza).
    Jeśli już tak sobie narzekam, to dorzucę jeszcze, że okrutnie, ale to okrutnie bolało/irytowało mnie:
  1. określenie "drimerka" używane przez narratora (narracja trzecioosobowa, gdyby ktoś popełnił grzech rozważania przeczytania tej książki). Że co? Przecież to kłuje w oczy. Gdyby nie było polskiego "marzycielka", to niech sobie będzie, ale co z "marzycielką"? Gdzieś narrator tłumaczy, że była drimerką, a nie marzycielką, bo nie bujała jedynie w obłokach, ale spełniała marzenia, czy coś równie absurdalnego. Serio to aż taka różnica? Drimerka to zdaje się słowo wymyślone przez panią Michalak- wujek Google wyszukuje na to hasło tylko witryny związane z książkami tejże właśnie pisarki. Mam nadzieję, że to określenie nigdy się nie przyjmie.
  2. powtarzanie wciąż określenia "bydgoski szpital" we wszystkich odmianach- to tam Amelia trafiła po wypadku, ale używanie właśnie takiego "zlepka", przy każdej okazji, kiedy była mowa o tym epizodzie, było uciążliwe. Nie wystarczyło napisać np. "po wyjściu ze szpitala", czytelnikowi trzeba bezwzględnie przypomnieć, że to był bydgoski szpital (no tak, przecież mógł być więcborski, tucholski, a nawet chojnicki- jeszcze by czytelnik pomylił i dopiero by było).
  3. ciągłe nawiązywanie do jednej z pierwszych scen, w której to Amelia wyskakuje ze swojego mieszkania w bieliźnie nocnej i nietypowym okrzykiem wita mieszkańców Zabajki- nagromadzenie wzmianek o tym przyprawia o mdłości. Bohaterowie nie mają o czym rozmawiać? Ciach- wrzućmy latanie w pidżamie po rynku. Bo wiecie, to takie szokujące i krejzi! (Coś mi się zdaje, że drimerki nie są szalone, tylko krejzi) Byłoby, gdyby to była powieść młodzieżowa, a nie skierowana do babeczek, które przekroczyły ćwierćwiecze. Szokuje mnie, że ktoś mógł wpaść na tak żenujący pomysł.
  4. otwieranie kawiarenki w totalnie nieperspektywicznym miejscu- to taka sztampa, że jeszcze jedna taka powieść i będę płakać. Pani Michalak uratowała moje serce przed pęknięciem w ostatniej chwili, wspominając o tym, że Amelia załatwiała w związku z tym biznesem jakieś formalności i urzędnicy rzucali jej kłody pod nogi- kropla realizmu i potwierdzenia, że akcja toczy się faktycznie w Polsce, zadziałała jak miód na moje serce.
  5. wątek miłosny- ok, niech napięcie rośnie powoli, niech będą przeszkody i wewnętrzne opory w kochankach, ale obrażanie się o każde słowo, przerysowane reakcje i rozmowy niepasujące do tego, co według narratora czują bohaterowie, to zdecydowanie nie to, co tygryski lubią najbardziej. Ba! To coś, czego tygryski nie akceptują i na co się nie godzą.
  6. banalne, potraktowanie po macoszemu i bez uwagi wątku molestowania seksualnego- tematu trudnego, bolesnego i ważnego. Po co coś takiego wprowadzać do idyllicznej, cukierkowej opowiastki, jeśli nie zamierza się tego rozwijać i omawiać w sposób wartościowy. Po co wprowadzać coś, co dla osób, które dotknął ten problem jest potwornym przeżyciem, raną, którą łatwo rozdrapać, a która goi się paskudnie i traktować to jak fraszkę? Ot, no ktoś kogoś molestował, i ten ktoś molestowany cierpiał, ale to tylko taki powód do zmiany otoczenia jak każdy inny, bo to przecież dobre wytłumaczenie, dlaczego młoda kobieta nagle zrywa kontakt z rodzicami, ale po co ciągnąć temat?
  7. to, że ilość książki w książce jest mniej więcej taka, jak ilość prawdziwego kakao w tabliczce mlecznej czekolady- generalnie ostatnia strona powieści ma numer 296, co daje objętość pozwalającą rozwinąć ciekawie (lub też nie) kilka wątków i zgrabnie (albo pokracznie) je zamknąć. Ale, jak się okazuje, tych 296 stron można też wykorzystać pisząc 91 stron powieści, w której wszystkie wątki zostają otwarte, a na reszcie wydrukować od groma przepisów na słodkości. Lubię książki, w które wplecione są przepisy kulinarne, ale to jest książka kulinarna, którą ktoś przetkał luźno powieścią. Serio- mamy tu cztery rozdziały, z których pierwszy to 21 stron, drugi 22, trzeci 23 i czwarty 25- razem 91. Reszta to nie tylko przepisy, ale też łamanie tekstu w taki sposób, że po końcu rozdziału mamy całą stronę pustą, bo tytuł rozdziału ma dla siebie pełną stronę oraz zarówno strony tytułowe rozdziałów jak i początek ich treści zaczynają się na prawych stronach. Z jednej strony jest to oczywiście estetyczne, ale z drugiej, gdybym kupiła tę książkę przed kilkugodzinną podróżą pociągiem nie zaglądając uprzednio do środka i kierując się objętością, a już w pociągu okazałoby się, że nie ma tam co czytać, byłabym wściekła. Autentycznie wściekła (i o 40 zł biedniejsza). No ja cię nie mogę, to około 30% całości- to dużo mniej niż połowa. HALO??? Panie Prezydencie? Jak żyć? To, że nie dzwonię do Urzędu Konsumenta wynika tylko z tego, że nie ma czego żałować, bo te 30% i tak mi się nie podobało (swoją drogą- UE wymaga, żeby czekolada mleczna zawierała min. 35% miazgi kakaowej- gdyby to była czekolada, nie można by jej nazwać czekoladą, więc dlaczego nazywam to powieścią?).
     Pani Michalak- jeśli pani przeczytała moją opinię, to przykro mi, ale nie mogłam inaczej. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa mogą być okrutne, ale czuję się dogłębnie rozczarowana. Niech pani tego nie traktuje personalnie, po prostu proszę tak więcej nie robić, dobrze? Ja ze swojej strony obiecuję przeczytać jeszcze inną pani powieść, pierwszą, która mi w bibliotece wpadnie w ręce, bo jestem niemożliwie ciekawa, czy miała pani słabszy okres, czy po prostu nie jesteśmy dla siebie stworzone.
    Tymczasem, podsumowując, muszę przyznać, że "Kawiarenka pod różą" jest powieścią słabą, rozczarowującą. Jej klimat i treść, nie pasują do grupy docelowej, do której zdaje się jest skierowane to opowiadanie- jej lukrowatość być może przypadłaby do gustu gimnazjalistkom, ale z pewnością nie rówieśnicom głównej bohaterki. Szkoda tego potencjału, który niewątpliwie był, który dawał nadzieję na przyjemną lub nawet zajmującą lekturę, a który niewątpliwie został zmarnowany. Dodatkowo, jako czytelnik, czuję się oszukana zagrywką marketingową, jaką niewątpliwie jest upchanie ogromnej ilości przepisów tak, by stworzyć złudzenie, że "Kawiarenka..." jest obszerniejsza niż w rzeczywistości. Mam nieodparte wrażenie, że autorka nie wyrobiła się z pisaniem w terminie i coś wydać trzeba było, zwłaszcza, iż rok później ukazała się "Amelia"- książka, która jest nie tylko kontynuacją "Kawiarenki...". "Amelia" łączy w sobie całą treść pierwszego tomu (obnażonego z przepisów) oraz kontynuację. Czy nie można było poczekać rok i wydać "Amelię" bez ściemy?

PS. Czy wiesz, że jeśli polubisz profil Swojemu Po na Facebooku, to będziesz na bieżąco z nowymi wpisami i być może unikniesz marnowania oczu na czytanie książek takich jak "Kawiarenka pod różą"?

Katarzyna Michalak: Kawiarenka pod różą, Wydawnictwo Filia, 2014; 296 stron (z czego tylko 89 to powieść)
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

14 października

Owsiane pancakes - idealne na drugie śniadanie do pracy

Owsiane pancakes - idealne na drugie śniadanie do pracy



    Przepis na owsiane pancakes, pochodzący z książki Nigelli Lawson- "Simply Nigella", wpadł mi w ręce (i w oko), kiedy już dość dawno temu szukałam alternatywy dla kanapek, które zabierałam do pracy. Nie mam nic przeciwko kanapkom, ale czasem fajnie jest zjeść na przerwie coś innego, a niedawno przypomniałam sobie o tym przepisie, zastanawiając się nad drugim śniadaniem, które nie uszkodzi mi aparatu ortodontycznego oraz które nie będzie sprawiało bólu i problemów podczas jedzenia. Owsiane placuszki świetnie się nadają- są pyszne, bardzo sycące, przyjemnie mięciutkie, a do tego banalnie proste i szybkie w przygotowaniu (ich zrobienie, łącznie ze smażeniem, zajmie ok 20 minut). Sprawdzą się nie tylko w roli (drugiego) śniadania, ale też słodkiego podwieczorku.
 

Owsiane pancakes - przepis

Składniki (na 6 szt.): 
  • 100g płatków owsianych (w oryginalnym przepisie zaznaczono, żeby nie były błyskawiczne, ale jak czasem robię właśnie z takich i też są dobre),
  • szczypta soli,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1,5 łyżeczki cynamonu,
  • 100ml mleka,
  • 1 jajko (duże),
  • 1 łyżeczka cukru waniliowego,
  • olej do smażenia.
Przygotowanie:
   Płatki owsiane zblenduj do otrzymania mąki (nie musi być idealnie miałka- może mieć spore kawałki płatków, ale jeśli jesteś aparaciarzem, to licz się z tym, że te kawałki mogą Ci utknąć między drutami). W jednym naczyniu wymieszaj mleko z jajkiem i cukrem waniliowym, w drugim pozostałe suche składniki. Dodaj suche składniki do mokrych i wymieszaj do połączenia całości- ciasto powinno być dość gęste, tak, żeby rozlane na patelnię nie rozpływało się zbytnio.
    Smaż placuszki wielkości połowy dłoni, najlepiej na patelni do naleśników, na złoty kolor na niewielkiej ilości oleju. Przewracaj je jak na powierzchni pojawią się pęcherzyki powietrza- to idealny moment (po przewróceniu smaż jeszcze chwilę, mniej więcej tyle, co przed przewróceniem). Ja do wylewania ciasta na patelnię używam małej chochelki (takiej do sosu)- dzięki temu pancakes mają idealny rozmiar (mieszczą się po 2-3 sztuki na jednej patelni, dlatego smażenie jest ekspresowe). Podobną wielkość można uzyskać wylewając 1,5 łyżki stołowej ciasta. Przy takiej wielkości placuszków, ciasta powinno starczyć na 6 sztuk, dlatego ja praktycznie zawsze od razu mnożę składniki x2 (12 placków to porcja dla mnie na kolację + śniadanie do pracy na kolejny dzień).
    Ten przepis jest świetną bazą do kombinowania- możesz odpuścić sobie cynamon albo zastąpić go taką samą ilością kakao (albo dodać i jedno i drugie) i już placuszki smakują inaczej, ale nadal obłędnie. Planuję następnym razem dodać do ciasta posiekane orzechy- podejrzewam, że to będzie coś wspaniałego, ale na pewno dam znać jak wyszło.
    Placuszki są pyszne solo, ale przede wszystkim świetnie komponują się z sosami owocowymi, dżemami (najbardziej pasują te lekko kwaskowe) i/lub  twarożkiem (dobra, już bez świętoszkowania- są obłędnie pyszne jeśli się je posmaruje kajmakiem albo nutellą). Wersja dodatków widoczna na zdjęciu to twarożek + mus z czerwonych porzeczek (popełniony przez moją mamę) + banan + płatki migdałów (jeśli ktoś się zastanawia, to owszem, było to cudownie, absolutnie i niewyobrażalnie pyszne i ślinka mi cieknie na wspomnienie tego smaku).

Twarożek do owsianych pancakes:
  • 125g twarogu,
  • 2-3 łyżki jogurtu naturalnego.
    Ser należy po prostu zblendować z jogurtem do uzyskania gładkiej konsystencji (równie dobrze możesz użyć widelca zamiast blendera, ale wówczas nie uzyskasz kremowej konsystencji- twarożek widoczny na zdjęciu rozmemłałam właśnie widelcem).
    Autorka przepisu, Nigella Lawson, proponuje podawać pancakes z malinami w miodowym syropie, przygotowanymi według poniższej receptury (której ja szczerze mówiąc nie polecam- przygotowywałam ze świeżych malin i było to tak potwornie słodkie, że nie byłam w stanie przełknąć więcej niż 2-3 łyżeczek, a wiedz, że jestem strasznym łasuchem).

Maliny w miodowym syropie:
  • 150 g miodu
  • 150 g malin, świeżych lub mrożonych
Maliny umieścić razem z miodem w garnuszku i podgrzewać co najwyżej 3 minuty, często mieszając.

09 października

Paula Hawkins - Dziewczyna z pociągu

Paula Hawkins - Dziewczyna z pociągu
    Rachel codziennie jeździ pociągiem do Londynu i codziennie przygląda się z pociągu małżeństwu, które zdaje się być idealną parą- Rachel naprawdę wierzy w zbudowany w wyobraźni idylliczny obraz ich życia. Chce wierzyć, bo jej związek rozpadł się po tym jak mąż zostawił ją (jak się okazuje tyjącą, bezpłodną alkoholiczkę) dla innej (młodszej, atrakcyjnej blondynki, która zaszła z nim w ciążę). Pewnego dnia wszystko trafia szlag. Czy to przypadek, że mieszkanka domu obserwowanego przez Rachel znika krótko po tym, jak zostaje przyłapana na zdradzie przez alkoholiczkę przechodzącą załamanie nerwowe po zdradzie męża, która w dodatku nie pamięta co robi po pijaku?
    Książka zdecydowanie nie przypadnie do gustu Czytelnikom, którzy mają apetyt na wartką akcję, niemniej jednak rozsmakują się w niej wszyscy, którzy mają chrapkę na akcję wciągającą, mglistą, rozwijającą się leniwie, ale znacznie przyspieszającą na ostatniej prostej. Pani Hawkins snuje swoją opowieść bardzo charakterystycznie, w sposób, co do którego jestem pewna, że czytelnik może go albo z marszu pokochać albo wręcz odwrotnie. Ja trafiłam do tej pierwszej grupy. Autorka prowadzi narrację z punktu widzenia trzech kobiet- główną bohaterką zdecydowanie jest Rachel, ale jej opowieść uzupełniają Anna (nowa żona byłego męża Rach) oraz Megan (zaginiona dziewczyna mieszkająca cztery domy od Anny). To ciekawy zabieg, pozwalający rozszerzyć czytelnikowi horyzont, który zwykle w przypadku narracji pierwszoosobowej jest dość okrojony. Pani Hawkins uwiodła mnie także miarowym, budującym zaciekawienie odkrywaniem kart- początkowy obraz Rachel, przeciętnej trzydziestolatki, zmienia się diametralnie, podobnie z całą resztą. Autorka świetnie buduje napięcie, umiejętnie wprowadza nowe informacje oraz trzyma czytelnika w niepewności aż do samego końca.
    Bohaterowie są wielowymiarowi, żywi i każdy z nich boryka się z realnymi problemami. Mimo, że zachowanie Rachel często wywołuje zażenowanie i nie da się go racjonalnie wytłumaczyć, to jednak jestem daleka od stwierdzenia, że ta postać jest wykreowana na wyrost. To kobieta, która doświadczyła kilku życiowych tragedii, które nie mogły nie odbić się na jej psychice, zwłaszcza, że w obliczu trudnych doświadczeń nie mogła liczyć na odpowiednie wsparcie. Także pozostali bohaterowie dalecy są od papierowych, sztampowych manekinów, jakie często spotyka się w literackim tle, kiedy autor za bardzo skupi się na projektowaniu głównej postaci- każdy z nich to osobna historia, inne troski, demony i pragnienia, a wszystkie tak samo rzeczywiste. Początkowo uwierały mnie koligacje pomiędzy głównymi bohaterami, jednak szybko się do nich przekonałam.
    Jedyne, co nie do końca mnie przekonywało, to sposób, w jaki Rachel odkrywa prawdę o sobie i swoich pijackich wyczynach- muszę przyznać, że w adaptacji filmowej przedstawiono to wiarygodniej.
    "Dziewczyna z pociągu" to powieść, której akcja, mimo, że rozwija się bardzo, bardzo powoli, to jednak trzyma w napięciu, intryguje i nie pozwala się oderwać. Hipnotyczna. Mglista. Niepokojąca. Genialna.

PS. Czy wiesz, że jeśli polubisz profil Swojemu Po na Facebooku, to będziesz na bieżąco z nowymi wpisami?

Paula Hawkins: Dziewczyna z pociągu, Wydawnictwo Świat Książki, 2015; 328 stron
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

02 października

Remigiusz Mróz - Kasacja

Remigiusz Mróz - Kasacja
     Przyznam się bez bicia, że wypożyczyłam książkę pana Mroza wiedziona wyłącznie ciekawością, a moje podejście nie było pozytywne (delikatnie mówiąc). No bo jak to możliwe, żeby wydawać kolejne (bynajmniej nie krótkie) książki w tak małych odstępach czasu i zachować przy tym wysoką jakość? Gość jest za młody, żeby przypuszczać, że może przez lata pisał do szuflady, a teraz publikuje prace tworzone dużo, dużo wcześniej, jedynie zaktualizowane. Tak więc pomyślałam sobie "No, panie Remigiuszu, pokaż pan co pan tam wymyśliłeś." i zaczęłam czytać...
    Akcja powieści toczy się we współczesnej Polsce. Szanowana adwokat, pracująca dla jednej z największych kancelarii w kraju, zostaje obrońcą mężczyzny oskarżonego o morderstwo dwóch osób ze szczególnym okrucieństwem. Sprawy nie ułatwia fakt, że oskarżony jest synem znanego biznesmena, ani to, że oskarżony prawie się nie odzywa, tym bardziej, że nie przyznaje się do winy, ale też jej nie zaprzecza. Chyłka, wraz z dopiero co przydzielonym jej aplikantem, daje się wciągnąć w grę, w której nic nie jest oczywiste.
    Czytam sobie, czytam i myślę "Co to za głupia baba z tej Chyłki.". Czytam dalej, a tu ni z tego, ni z owego, połowa książki za mną a i sympatia do Chyłki mi przez ramię zagląda. O ile drugi z głównych bohaterów przypadł mi do gustu natychmiast (i cieszę się niezmiernie, że w rolę Zordona w serialu wcieli się Filip Pławiak, bo odpowiada moim wyobrażeniom o tej postaci), o tyle Chyłka zdecydowanie nie. Jej brak kultury i to, jak zachowała się w momencie pierwszego spotkania z Kordianem... Ręce opadają. Tym samym autor nieco łamie konwenanse i powszechny obraz ładnej i miłej pani adwokat. To, że nie spodobała mi się postać, nie oznacza jednak, że oceniam ten aspekt na minus- wręcz przeciwnie. Lubię, kiedy postaci wzbudzają we mnie różne emocje, nie są papierowi, mdli czy zgodni z moimi oczekiwaniami, bo to zwyczajnie może nudzić. Pan Mróz odsłania powoli przed czytelnikiem kolejne karty na temat przeszłości i życia prywatnego swoich bohaterów, co wzbudza ciekawość a z czasem i sympatię. Postaci może nie są dynamiczne, ale na pewno zmienia się stosunek czytelnika do nich wraz z ich lepszym poznaniem. Na plus zasługuje także wątek uczucia pomiędzy panią adwokat a aplikantem- napięcie rośnie bardzo, bardzo powoli, mimochodem. Bohaterowie się nie spieszą i nie poddają się instynktom od razu, wbrew wszystkiemu tak, jak to zwykle bywa w filmach, serialach czy książkach. Brawo!
    Autorowi, oprócz świetnych kreacji bohaterów, nie można odmówić także kreatywności, zręczności i umiejętności knucia. Intryga jest szyta na miarę, zaskakująca, a akcja trzyma w napięciu, nie puszczając ani na moment. Zwrotów akcji jest niemało, wszystkie są ciekawe, większość-nieprzewidywalna. Przy tym wszystkim, dla takiego laika jak ja, całość nie jest zanadto przerysowana, przesadzona- wszystko dla mnie jest życiowo prawdopodobne i tym pan Mróz wygrywa z amerykańskimi autorami. To znaczy- gdyby jacyś gangsterzy uknuli taki właśnie plan, to mogliby go tak przeprowadzić, choć szczerze mówiąc uważam, że gdyby to się wydarzyło na prawdę, to po prostu znaleźliby kozła ofiarnego, który poszedłby siedzieć za tą zbrodnię i finito. Ewentualnie tak ukryliby zwłoki, że nigdy by się nie znalazły. Ewentualnie wręczyli kopertę komu trzeba, żeby sprawę zamknięto z powodu niewykrycia sprawcy. Ale może chcieli się zabawić... A jeśli już o autentyczności mowa, to nie mogę nie wspomnieć i nie docenić tego, że w powieści znajduje się kilka odniesień do rzeczywistości. Nie chodzi wyłącznie o takie sprawy jak umiejscowienie akcji w Warszawie, a nie fikcyjnym mieście, ale na przykład o wzmianki o najgłośniejszych sprawach ostatnich lat.
    To wszystko zostało spięte lekkim piórem, przyjemnie prowadzoną narracją i dobrymi dialogami. Zawiłe prawnicze kwestie są opisywane przystępnie. Język używany przez narratora jest naturalny, z resztą podobnie jak ten, którym posługują się bohaterowie włączając to siarczyste bluzgi rzucane przez Chyłkę. Ktoś o "wrażliwych uszach" może się krzywić, ale dla mnie jest to atut budujący autentyczność postaci i całej powieści. Mówiąc krótko- "Kasację" bardzo dobrze się czyta.
    Podsumowując- ciekawość została zaspokojona, a wątpliwości rozwiane. Minus jest jeden i to tylko w postaci okładki, która niespecjalnie mi się podoba, zwłaszcza, że okładki tej serii są dla mnie niemal identyczne (fajnie, jeśli tworzą spójną serię, ale każda z nich jest inna). Zwracam honor panu Remigiuszowi, chylę czoła przed talentem i dziękuję za fantastycznie spędzony czas przy lekturze. Już nie mogę się doczekać kolejnych spotkań z twórczością polskiego Johna Grishama- wiem, że na "Kasacji" nie poprzestanę, mimo, że dotychczas zdecydowanie nie przepadałam za thrillerami prawniczymi.

Remigiusz Mróz: Kasacja, Wydawnictwo Czwarta Strona, 2015; 492 strony
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"
Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger