16 października

Katarzyna Michalak - Kawiarenka pod różą

Czujesz te okruchy w łóżku?
      Są takie książki, których największym atutem jest to, że są krótkie, ale w tej nawet to mnie poirytowało. Ale może po kolei...
    Malownicze miasteczko gdzieś pod Chojnicami, może bliżej Tucholi (moje rejony- polecam, bo łatwo się kocha te strony). Pewnego dnia do najpiękniejszej, choć zapuszczonej kamienicy przy rynku wprowadza się na oko dwudziestokilkuletnia, piękna nieznajoma imieniem Amelia. Dziewczyna jakiś czas temu uległa wypadkowi (lub została napadnięta, tego nawet policja nie ustaliła), w wyniku którego straciła pamięć. Kiedy ją znaleziono miała na sobie za dużą kurtkę, a w kieszeni krótki liścik z adresem wspomnianej kamienicy i 20 tys. złotych. Dziewczyna nie ma pojęcia kim jest, ale czuje, że ma talent cukierniczy i postanawia otworzyć kawiarenkę. Pierwszego dnia zaprzyjaźnia się z miejscową aptekarką, przedszkolanką i sklepową, a dla równowagi podpada wójtowej, głównie tym, że jest i że pierwszego dnia pobytu w Zabajce wyskakuje w samej koszuli nocnej na rynek i krzyczy "Goooood moooorning, Zabajko!" (str.7.; serio, ale wierz mi proszę na słowo- nie sprawdzaj tego, bo to boli, kiedy się to czyta).
    Postaci, tak jak sama powieść, są sztampowe, kartonowe i nudne, mimo usilnych starań autorki. Piękna, dotknięta amnezją pozytywna wariatka, która życzliwością zjednuje sobie nawet najbardziej zatwardziałych złodupców. Facet, który ucieka przed miłością, przy czym zachowuje się jak nastolatek, który zaczyna się zakochiwać, choć miało to wyglądać na zachowanie zimnego drania. Nieśmiała, utalentowana dziewczyna, którą życie okrutnie zraniło, ale dzięki głównej bohaterce spełnia swoje marzenie (do czego wymagane było nieco gotówki i rozesłanie kilku CV). No i dla przeciwwagi zła wójtowa, którą od Strażnika Teksasu odróżnia jedynie brak wąsa i umiejętności rozłożenia przeciwnika kopniakiem z półobrotu (chociaż tak naprawdę pani Michalak nic o tym nie wspomina, więc może i wąs jest i półobrót), ale żaden obcy na jej terenie nie ma prawa oddychać bez jej wiedzy. Wracając do głównej bohaterki, chyba najlepiej charakteryzuje ją to, że szasta kasą na prawo i lewo, mimo, że wbrew pozorom, nie ma jej wiele, zważywszy na fakt, że nie ma pracy i musi urządzić się praktycznie od zera oraz to, że niedługo po wyjściu ze szpitala robi imprezę dla obcych ludzi, zamiast skupić siły na szukaniu swojej rodziny.
    Akcja powieści toczy się tempem jednostajnym- ani nie przyspiesza, ani nie zwalnia, co akurat jest pozytywem (chyba jedynym, więc jeśli jesteś tu w poszukiwaniu pozytywów, to możesz już poczytać o jakichś dobrych książkach, albo idź zrobić sobie pyszne pancakes owsiane). Ponadto akcja tej powieści toczy się jakoś tak dziwnie. Autorka naupychała tu kilka wyróżniających się wydarzeń, które postarała się jakoś ze sobą sklecić, ale pomiędzy nimi nie ma nic. Trzyma się to wszystko, ale stanowi bajeczkę dla dorosłych, która nie ma w sobie za grosz oczekiwanej magii, ma za to kilogramy infantylizmu i coś, co budzi irytację. O akcji mogę powiedzieć więc śmiało, że jest naiwna, momentami absurdalna i generalnie obraża moje uczucia społeczne. Jak? Przedstawienie społeczności małomiasteczkowej/wiejskiej jest żenujące- zapewniam Was, że w żadnej małej miejscowości nowy mieszkaniec nie ma co liczyć na wizytację jakichś nawiedzonych wójtowych i jej koleżaneczek. Ani normalnych ludzi. Po prostu traktujemy się jak normalni, cywilizowani ludzie w normalnych, cywilizowanych miejscach. Robienie z nas takich oszołomów jest uwłaczające, choć nie wiem, czy bardziej dla mnie czy autorki. Jeśli na wieś wprowadza się ktoś nowy, to zwyczajnie się z tym kimś witamy jak z każdym innym sąsiadem i nawiązujemy z nim takie same rozmowy, ale nie wpadamy do kogoś takiego z ciastem jak w amerykańskich filmach, ani nie podglądamy przez lornetki. I nie, nie śmieszy mnie to, jeśli to miało być zabawne. Po prostu nie. Poza tym, może pani Michalak poczuje się zaskoczona, ale w miastach ani miasteczkach nie ma wójtów- taka instytucja owszem istnieje, ale w gminach wiejskich. Odpowiednikiem wójta w gminach miejskich i miejsko-wiejskich jest burmistrz lub prezydent miasta- warto wiedzieć takie rzeczy (przy okazji zachęcam do głosowania w najbliższych wyborach samorządowych, które odbędą się 21.10.- warto wcześniej odrobić pracę domową, zrobić rozeznanie i wiedzieć, czy będzie się głosowało na wójta czy na burmistrza).
    Jeśli już tak sobie narzekam, to dorzucę jeszcze, że okrutnie, ale to okrutnie bolało/irytowało mnie:
  1. określenie "drimerka" używane przez narratora (narracja trzecioosobowa, gdyby ktoś popełnił grzech rozważania przeczytania tej książki). Że co? Przecież to kłuje w oczy. Gdyby nie było polskiego "marzycielka", to niech sobie będzie, ale co z "marzycielką"? Gdzieś narrator tłumaczy, że była drimerką, a nie marzycielką, bo nie bujała jedynie w obłokach, ale spełniała marzenia, czy coś równie absurdalnego. Serio to aż taka różnica? Drimerka to zdaje się słowo wymyślone przez panią Michalak- wujek Google wyszukuje na to hasło tylko witryny związane z książkami tejże właśnie pisarki. Mam nadzieję, że to określenie nigdy się nie przyjmie.
  2. powtarzanie wciąż określenia "bydgoski szpital" we wszystkich odmianach- to tam Amelia trafiła po wypadku, ale używanie właśnie takiego "zlepka", przy każdej okazji, kiedy była mowa o tym epizodzie, było uciążliwe. Nie wystarczyło napisać np. "po wyjściu ze szpitala", czytelnikowi trzeba bezwzględnie przypomnieć, że to był bydgoski szpital (no tak, przecież mógł być więcborski, tucholski, a nawet chojnicki- jeszcze by czytelnik pomylił i dopiero by było).
  3. ciągłe nawiązywanie do jednej z pierwszych scen, w której to Amelia wyskakuje ze swojego mieszkania w bieliźnie nocnej i nietypowym okrzykiem wita mieszkańców Zabajki- nagromadzenie wzmianek o tym przyprawia o mdłości. Bohaterowie nie mają o czym rozmawiać? Ciach- wrzućmy latanie w pidżamie po rynku. Bo wiecie, to takie szokujące i krejzi! (Coś mi się zdaje, że drimerki nie są szalone, tylko krejzi) Byłoby, gdyby to była powieść młodzieżowa, a nie skierowana do babeczek, które przekroczyły ćwierćwiecze. Szokuje mnie, że ktoś mógł wpaść na tak żenujący pomysł.
  4. otwieranie kawiarenki w totalnie nieperspektywicznym miejscu- to taka sztampa, że jeszcze jedna taka powieść i będę płakać. Pani Michalak uratowała moje serce przed pęknięciem w ostatniej chwili, wspominając o tym, że Amelia załatwiała w związku z tym biznesem jakieś formalności i urzędnicy rzucali jej kłody pod nogi- kropla realizmu i potwierdzenia, że akcja toczy się faktycznie w Polsce, zadziałała jak miód na moje serce.
  5. wątek miłosny- ok, niech napięcie rośnie powoli, niech będą przeszkody i wewnętrzne opory w kochankach, ale obrażanie się o każde słowo, przerysowane reakcje i rozmowy niepasujące do tego, co według narratora czują bohaterowie, to zdecydowanie nie to, co tygryski lubią najbardziej. Ba! To coś, czego tygryski nie akceptują i na co się nie godzą.
  6. banalne, potraktowanie po macoszemu i bez uwagi wątku molestowania seksualnego- tematu trudnego, bolesnego i ważnego. Po co coś takiego wprowadzać do idyllicznej, cukierkowej opowiastki, jeśli nie zamierza się tego rozwijać i omawiać w sposób wartościowy. Po co wprowadzać coś, co dla osób, które dotknął ten problem jest potwornym przeżyciem, raną, którą łatwo rozdrapać, a która goi się paskudnie i traktować to jak fraszkę? Ot, no ktoś kogoś molestował, i ten ktoś molestowany cierpiał, ale to tylko taki powód do zmiany otoczenia jak każdy inny, bo to przecież dobre wytłumaczenie, dlaczego młoda kobieta nagle zrywa kontakt z rodzicami, ale po co ciągnąć temat?
  7. to, że ilość książki w książce jest mniej więcej taka, jak ilość prawdziwego kakao w tabliczce mlecznej czekolady- generalnie ostatnia strona powieści ma numer 296, co daje objętość pozwalającą rozwinąć ciekawie (lub też nie) kilka wątków i zgrabnie (albo pokracznie) je zamknąć. Ale, jak się okazuje, tych 296 stron można też wykorzystać pisząc 91 stron powieści, w której wszystkie wątki zostają otwarte, a na reszcie wydrukować od groma przepisów na słodkości. Lubię książki, w które wplecione są przepisy kulinarne, ale to jest książka kulinarna, którą ktoś przetkał luźno powieścią. Serio- mamy tu cztery rozdziały, z których pierwszy to 21 stron, drugi 22, trzeci 23 i czwarty 25- razem 91. Reszta to nie tylko przepisy, ale też łamanie tekstu w taki sposób, że po końcu rozdziału mamy całą stronę pustą, bo tytuł rozdziału ma dla siebie pełną stronę oraz zarówno strony tytułowe rozdziałów jak i początek ich treści zaczynają się na prawych stronach. Z jednej strony jest to oczywiście estetyczne, ale z drugiej, gdybym kupiła tę książkę przed kilkugodzinną podróżą pociągiem nie zaglądając uprzednio do środka i kierując się objętością, a już w pociągu okazałoby się, że nie ma tam co czytać, byłabym wściekła. Autentycznie wściekła (i o 40 zł biedniejsza). No ja cię nie mogę, to około 30% całości- to dużo mniej niż połowa. HALO??? Panie Prezydencie? Jak żyć? To, że nie dzwonię do Urzędu Konsumenta wynika tylko z tego, że nie ma czego żałować, bo te 30% i tak mi się nie podobało (swoją drogą- UE wymaga, żeby czekolada mleczna zawierała min. 35% miazgi kakaowej- gdyby to była czekolada, nie można by jej nazwać czekoladą, więc dlaczego nazywam to powieścią?).
     Pani Michalak- jeśli pani przeczytała moją opinię, to przykro mi, ale nie mogłam inaczej. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje słowa mogą być okrutne, ale czuję się dogłębnie rozczarowana. Niech pani tego nie traktuje personalnie, po prostu proszę tak więcej nie robić, dobrze? Ja ze swojej strony obiecuję przeczytać jeszcze inną pani powieść, pierwszą, która mi w bibliotece wpadnie w ręce, bo jestem niemożliwie ciekawa, czy miała pani słabszy okres, czy po prostu nie jesteśmy dla siebie stworzone.
    Tymczasem, podsumowując, muszę przyznać, że "Kawiarenka pod różą" jest powieścią słabą, rozczarowującą. Jej klimat i treść, nie pasują do grupy docelowej, do której zdaje się jest skierowane to opowiadanie- jej lukrowatość być może przypadłaby do gustu gimnazjalistkom, ale z pewnością nie rówieśnicom głównej bohaterki. Szkoda tego potencjału, który niewątpliwie był, który dawał nadzieję na przyjemną lub nawet zajmującą lekturę, a który niewątpliwie został zmarnowany. Dodatkowo, jako czytelnik, czuję się oszukana zagrywką marketingową, jaką niewątpliwie jest upchanie ogromnej ilości przepisów tak, by stworzyć złudzenie, że "Kawiarenka..." jest obszerniejsza niż w rzeczywistości. Mam nieodparte wrażenie, że autorka nie wyrobiła się z pisaniem w terminie i coś wydać trzeba było, zwłaszcza, iż rok później ukazała się "Amelia"- książka, która jest nie tylko kontynuacją "Kawiarenki...". "Amelia" łączy w sobie całą treść pierwszego tomu (obnażonego z przepisów) oraz kontynuację. Czy nie można było poczekać rok i wydać "Amelię" bez ściemy?

PS. Czy wiesz, że jeśli polubisz profil Swojemu Po na Facebooku, to będziesz na bieżąco z nowymi wpisami i być może unikniesz marnowania oczu na czytanie książek takich jak "Kawiarenka pod różą"?

Katarzyna Michalak: Kawiarenka pod różą, Wydawnictwo Filia, 2014; 296 stron (z czego tylko 89 to powieść)
 
Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym "Grunt to okładka"

7 komentarzy:

  1. I właśnie dołączyłaś do (długiej) listy hejterów pani Kasi ;D Ona nie ma krytyków, ona ma hejterów. Przepraszam Cię bardzo, ale chichrnęło mi się pod nosem, kiedy przeczytałam o tych czterech dychach. Z tego, co czytałam po sieci, pani Michalak nie zwykła przejmować się krytyką, rozwijać warsztatu czy robić "riserczu". Bo nie. Tak że Twój apel może być głosem wołającego na puszczy.

    Co nie zmienia faktu, że ciekawa jestem Twojej kolejnej recenzji. Czy zmienisz zdanie, czy jednak Wam nie po drodze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma się co dziwić- powieści na takim poziomie powinny być sprzedawane jako dodatek za 5zł do babskich czasopism, a nie jako normalne książki. "Kawiarenka..." jest naprawdę na słabym poziomie, więc tym bardziej cena jest dla mnie niezrozumiała. W niższym przedziale cenowym można dostać o wiele lepsze książki. Tu dodatkowo ktoś wepchnął czytelnikowi na siłę książkę kulinarną sprzedawaną pod przykrywką prozy. Słabo.

      Usuń
  2. Jakoś nie mam ochoty na tą książkę, chociaż może powinnam przekonać się, jak ja bym ją odebrała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwykle zachęcam do sprawdzania i samodzielnego weryfikowania, ale nie w tym przypadku. Szkoda czasu i nerwów.

      Usuń
  3. Oj nie. Z Katarzyną Michalak zdecydowanie jest mi nie po drodze. Uno - nie przepadam za obyczajówkami, due - ponoć nie jest to literatura najwyższych lotów.
    I Twoja opinia to potwierdza ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obyczajówki same w sobie nie są złe, o ile nie trafia się na same takie kwiatki jak "Kawiarenka pod różą"- tę odradzam kompletnie.

      Usuń
  4. hahahhahahaha, no recenzja boska ;D Podobnie pisałam o 50 twarzy Greya z emocjami :D A jeśli chodzi o Michalak to napiszę tak.. czytałam jej jedną książkę ,,W imię miłości" i pomyślałam, że to pomyłka w twórczości autorki, bo to nie możliwe, żeby ktoś się mógł nią zachwycić i tymi pierdołami w niej, ale... Jako, że pracuję w bibliotece, to zgadnij co panie najchętniej wypożyczają??? Książki Michalak.. Serio.. One ją kochają.. Książki są na zapisy, bo nie można ich zastać na półce :D Ah proszę o książkę Michalakowej, ona tak cudownie pisze, fenomenalnie!! Aż mi się przewraca wszystko w żołądku jak tego słucham. I teraz się zastanawiam, czy to ze mną coś jest nie tak, może się nie znam :O Czy z resztą społeczeństwa, ze karmią się takimi bzdetami :P

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się w komentarzu Twoim zdaniem na temat tego, co napisałam, Twoimi doświadczeniami czy pytaniami- zapraszam do dyskusji :)

Copyright © 2016 Swojemu po! , Blogger